Gigant idzie na giełdę. Będzie debiut marzeń czy kapitałowa apokalipsa?

Już wiem, czym różni się sektor nowych technologii od wszystkich innych. Przynajmniej w kontekście rynkowo-giełdowym. Ostatni tydzień przyniósł nam piękne odpowiedzi w tej kwestii. Zwykle wydaje nam się, że w firmie kluczowy jest zysk albo chociaż jego w miarę namacalna perspektywa. W przypadku spółek technologicznych (to coraz szersze pojęcie) zysk nie ma znaczenia. Najważniejszy jest wzrost. Kiedy pokazuje się duży wzrost, można liczyć na dużą nagrodę.

Na przykład akcje spółki mogą podrożeć o 163 procent w ciągu jednego dnia. Papiery Beyond Meat zyskały dokładnie tyle na wartości w czasie pierwszego dnia notowań. To był najlepszy debiut na Wall Street od 2008 roku. Oczywiście firma jak dotąd nie zarobiła na czysto jeszcze ani dolara. W 2018 roku miała 30 milionów dolarów straty netto. Ale to nic, bo jej przychody w tym czasie były większe niż w 2017 aż o 170 procent. Nikt na rynku nie mógł więc sobie pozwolić na to, żeby takie coś przegapić.

Beyond Meat robi mięso z roślin. W laboratoriach, naukowo. Nie wiem dokładnie, w jaki sposób, ale na pewno innowacyjnie. Potem z tego mięsa robi hamburgery, kiełbaski i sprzedaje w sieciach detalicznych, ale też wpycha się do restauracji, bo każda z nich dziś chce i musi mieć w menu vegehamburgery. Są też w amerykańskich stołówkach licealnych i uniwersyteckich, gdzie mogą budować wśród młodych swój fandom, który w zamierzeniach będzie potem procentował przez lata.

Na bogatych rynkach Ameryki i Europy Zachodniej widać wyraźnie zmianę preferencji konsumentów, którzy często z pobudek proekologicznych przerzucają się na wegetarianizm. Można zakładać, że trend jest trwały, a teraz w końcu znalazła się spółka, która skutecznie dokleja do tego trendu swoją markę. Jest więc szansa na dalszy wzrost i to duży, że po osiągnięciu odpowiedniej skali Beyond Meat będzie przynosić zyski. Ale co ciekawe, mało kto pyta o to, kiedy konkretnie to nastąpi. Wszyscy za to pytają, jak szybko będzie rosnąć. Wzrost i jego tempo jest najważniejsze. Na zyski możemy poczekać, ale biznes musi rosnąć.

Oczywiście we wczesnych fazach rozwoju takie podejście nie jest niczym nadzwyczajnym, ale rynek dzisiaj jest w stanie wybaczyć bardzo wiele także tym, którzy zyski obiecywali już wcześniej i swojej obietnicy nadal nie dowieźli. Tesla próbuje osiągnąć swój próg rentowności od kilku lat, wciąż bezskutecznie, a do tego wydaje na inwestycje tyle, że właśnie kończy jej się gotówka. Dlatego właśnie ogłosiła nową emisję akcji i obligacji zamiennych na akcje. I oczywiście, że ta emisja się sprzeda. Bo przecież w końcu kiedyś Tesla zacznie zarabiać, chociaż nie wiadomo kiedy. Ważne jednak, że pokazuje wzrost, a skoro rośnie, to nie można dopuścić, aby się przewróciła przez prozaiczny problem braku gotówki.

Ethan Brown, założyciel i szef Beyond Meat.

Ta niesamowita cierpliwość i wyrozumiałość rynku dla całej masy innowacyjnych start-upów z Doliny Krzemowej i nie tylko bierze się moim zdaniem głównie z rekordowo niskich stóp procentowych na świecie. Stopa procentowa powoduje, że wartość pieniądza w czasie rośnie. Dzisiejsze sto za kilka lat będzie warte sto dwadzieścia. To działa też w drugą stronę. Oczekiwany za kilka lat zysk na poziomie 120 dziś jest wart tylko sto. Dzisiejsza wycena spółki odzwierciedla więc oczekiwania rynku co do jej przyszłych zysków, ale z uwzględnieniem stopy procentowej. Im wyższa stopa, tym mniej warte dzisiaj są zyski z przyszłości.

Żyjemy w świecie, w którym w wielu krajach stopy procentowe są na poziomie zerowym, albo nawet ujemnym, tak jest chociażby w strefie euro, Szwajcarii, czy Japonii. Przy zerowej stopie procentowej milion dolarów zysku, który pojawi się za rok jest dziś wart milion dolarów. Co więcej: milion dolarów zysku, który pojawi się za dziesięć lat dziś również jest wart milion dolarów. I ten, który pojawi się za 50 lat tak samo. Zerowe stopy procentowe powodują, że wartość pieniądza w czasie przestaje rosnąć. A to oznacza, że z punktu widzenia funduszy inwestycyjnych z wieloletnim horyzontem inwestycyjnym czas oczekiwania na zysk przestaje mieć znaczenie. To stąd ta niesamowita cierpliwość i tolerancja dla kolejnych strat. Można je znosić, dopóki spółka zmierza w kierunku zysku, nawet jeśli będzie tak zmierzać jeszcze 20 lat. A najważniejszym, a może nawet jedynym widocznym znakiem takiego zmierzania w kierunku zysku jest wzrost. Przychodów, userów, przychodów na usera, wszystko jedno. Rynek musi widzieć, że jest wzrost.

Niesamowite przy tym wszystkim jest też to, że w przypadku branży technologicznej inwestorzy są tak przyzwyczajeni do tego podejścia, że stosują je również wobec spółek, które próg rentowności osiągnęły dawno temu i już od lat zarabiają miliardy. Tak więc w sumie nie powinno się od nich wymagać dalszego imponującego wzrostu – w końcu przecież już zarabiają. Świetny przykład na to zjawisko mieliśmy obserwując reakcje rynku na wyniki Alphabet, czyli spółki matki Google’a. Jej notowania spadły o ponad 8 procent między innymi dlatego, że Google pokazał wzrost przychodów z reklam o 15 procent rok do roku. Ta firma w kwartał zarobiła 6,7 miliardów dolarów pokazując wzrost biznesu o 16 procent, ale rynek uznał, że to fatalnie, bo za mało. W żadnej innej branży nie ma takich sytuacji. Kiedy Exxon Mobil zarabia tych samych parę miliardów dolarów, co rok wcześniej, nie ma sensacji i rozczarowania na rynku. Wiadomo, że duża, ciężka spółka naftowa nie może rosnąć o 30 procent rocznie. Ale większy i zarabiający więcej Google wciąż musi rosnąć o te 30 procent, bo kiedy rośnie o 16, to kurs akcji zaczyna spadać. To samo dotyczy Apple’a, który zresztą wyczuwając o co chodzi na rynku dostosował się i od pewnego czasu zamiast raportować ile sprzedał iPhonów (bo nie sprzedaje ich coraz więcej) kładzie nacisk głównie na raportowanie o wzroście przychodów z usług. Bo akurat przychody z usług rosną im najszybciej. Wygląda to w porywach dość komicznie, bo Apple nadal z gorzej sprzedających się smartfonów ma kilka razy więcej kasy niż z coraz lepiej sprzedających się usług – to nadal są zupełnie różne półki i rzędy wielkości, więc można odnieść wrażenie, że Apple próbuje wszystkich przekonać, że jest zupełnie inną firmą niż naprawdę jest. Ale robi tak, bo to działa. Bo widać wzrost. To nic, że tylko usług. Wzrost musi być widoczny. Taryfy ulgowej w tym względzie nie ma nawet dla firmy, która pół roku temu była warta bilion dolarów.

Musze przyznać, że nie rozumiem dlaczego tak jest. Dlaczego Apple czy Google nie mogą być traktowane tak samo jak chociażby Ford, czy McDonalds. Duża, zdrowa firma o globalnie znanym brandzie. Może to dlatego, że zarządy tych spółek same kreują się na wyjątkowych zbawicieli świata z wielką misją (BeyondMeat też oczywiście chce uratować świat). A skoro tak, to nie można tych spółek traktować jak zwyczajnych biznesów. Czytałem też opinie, że sytuacja, którą tu opisuje, to przejaw bańki spekulacyjnej, która może w każdej chwili pęknąć. Zwolennicy tej teorii wiedzą nawet kiedy to się może stać. Jeśli to prawda, to na przekłucie balona musimy poczekać jeszcze raptem parę dni. Do giełdowego debiutu Ubera.

Specjalnie zostawiłem go na koniec, bo to moim zdaniem absolutny król wszystkich technologicznych start-upów które kiedyś-będą-zarabiać-ale-nikt-nie-wie-kiedy-i-w-jaki-sposób. W jakiejkolwiek innej branży spółka z takimi wynikami finansowymi już dawno przestałaby istnieć, z powodu braku jakiegokolwiek sensu biznesowego. Jednak Uber, który od lat co roku przepala jakieś 2-3 miliardy dolarów bez jakichkolwiek perspektyw na zysk w dającej się przewidzieć przyszłości, już za kilka dni wejdzie na giełdę. Uber to także w moim mniemaniu absolutny mistrz świata, jeśli chodzi o kreowanie wrażenia, że wzrost jest nieunikniony. W ich prospekcie emisyjnym pojawia się określenie „total adressable market”, czyli liczba wszystkich potencjalnych klientów firmy. Uber jako tę liczbę podaje po prostu liczbę ludności w danym państwie, wychodząc z logicznego założenia, że absolutnie każdy może przejechać się uberem. Potem zbijają ten total adressable market z faktyczną i oczywiście wielokrotnie mniejszą liczbą ich użytkowników. Różnica pomiędzy obydwiema liczbami jest przedstawiana jako pole do możliwej ekspansji. Absolutnie genialny i brawurowy zabieg. Ciekawe, czy podziała na inwestorów.

Debiut giełdowy Ubera ma być największym i najważniejszym wydarzeniem tego typu w tym roku na świecie. Pesymiści twierdzą, że będzie to okazja do sprzedaży akcji i ucieczki dla tych wszystkich, którzy kupili je taniej w poprzednich latach. Wtedy kurs mocno spadnie i w ten sposób bańka technologiczna zacznie pękać.

Ale z drugiej strony wcale nie musi tak być, bo zapewne znajdą się tacy, którzy będą gotowi te akcje trzymać w portfelu w oczekiwaniu na zysk. Nie można wykluczyć, że Uber za 10 albo i 20 lat po kilku kolejnych pivotach w końcu znajdzie sposób na faktycznie zarabianie pieniędzy. W świecie zerowych stóp procentowych ten przyszły zysk już dziś wart jest tyle samo, co za 10, czy 20 lat, a więc już dziś może być to spółka warta miliardy. Jest tylko jeden zasadniczy warunek. Musi ciągle, bez przerwy i nieustająco pokazywać wzrost. Przynależność do sektora technologicznego zobowiązuje.