Brak węgla to wcale nie nasz największy problem. Rząd skrzętnie ukrywa prawdę o tym, co czeka nas zimą

Na razie słyszymy bajki, że Polska śpi na gazie, bo mamy magazyny zapełnione w 100 proc. Słyszymy bajki, że Baltic Pipe od jesieni nas uratuje. A najgorzej, że rządowi nie chce przez gardło przejść, że powinniśmy w końcu zacząć oszczędzać energię. Tymczasem magazyny może i mamy w pełni zapełnione, ale są tak małe, że nie wystarczą nam na długo. Budowa Baltic Pipe może i zostanie ukończona z końcem września, tylko po co nam sama rura, jak nie uda się wypełnić jej gazem? Dobrze chociaż, że Polacy zaczęli już zużywać mniej gazu. Bogu dzięki za drożyznę!

Ten rząd wyjątkowo sprawnie żongluje faktami, tak by wyglądało, że wszystko ma pod kontrolą. Zaczynam mieć wrażenie, że słowa „ten węgiel już do nas płynie” powtarzane na przemian przez premiera i minister klimatu to takie nowe „tego wirusa nie trzeba się już bać”.

Ale problemy z węglem stają się już passe, bo zaczyna wyłaniać się nam przed sezonem zimowym nowy problem – gaz.

Magazyny gazu napełnione w 100 proc. Na jak długo to wystarczy?

No to wrócimy do żonglowania faktami. Od tygodni ministerstwo klimatu regularnie chwali się poziomem wypełnienia polskich magazynów z gazem. I oto dobiliśmy już do 100 proc. zapełnienia. 

Minister klimatu i środowiska Anna Moskwa właśnie na antenie Polsat News zapewniała, że w związku z tym jesteśmy bezpieczni, a tej zimy będzie ciepło.

Tylko że to nadal obietnice, a nie analiza faktów. Te są bowiem takie, że zapełnienie magazynów w 100 proc. bezpieczeństwa na zimę nam wcale nie daje, bo mamy po prostu na tle innych europejskich krajów małe magazyny.

Bizblog.pl poleca

Mamy ich siedem, a ich łączna pojemność to 3,2 mld m3. To mniej więcej tyle, ile rocznie zużywają gospodarstwa domowe. Tylko że to nie wszystko, bo całkowite zapotrzebowanie Polski na gaz to 20 mld m3, ponad sześć razy więcej niż wynoszą nasze zapasy.

No i nagle ten stan zapełnienie magazynów blednie.

Zaraz, przecież mamy jeszcze krajowe wydobycie gazu, a przede wszystkim jesienią ruszy Baltic Pipe! Ten ostatni ma nas uratować przed gazowym koszmarem. Tylko że…

Baltic Pipe nie musi nas uratować

No właśnie, Baltic Pipe, z którego jesteśmy tak dumni, może okazać się wielką porażką. Bo choć wyjątkowo uda nam się zakończyć budowę bez opóźnień, jeszcze przed sezonem zimowym, to należy zapytać, po co nam rura, jak nie będzie jej czym wypełnić?

I znów wracamy do żonglowania.

W prasie informacje o tym, że nie uda się wypełnić Baltic Pipe gazem, bo PGNiG nie podpisał jeszcze wystarczająco dużo kontraktów gaz i ma z tym poważny problem, pojawiają się od kilku dni.

Minister klimatu została w końcu postawiona przed tym pytaniem w Polsat News. Wiecie, co odpowiedziała? Oczywiście nie padło „tak, to prawda” albo „nie, to nieprawda”. Ministerstw zaczęła opowiadać, jak to dużo negatywnych wieści pojawia się przestrzeni publicznej i że w lutym straszono, że jak nas Gazprom odetnie, to będzie dramat, a przecież sobie poradziliśmy. Czyli bla bla bla – brak odpowiedzi, klasyczny unik.

Ale została dociśnięta – mamy kontrakty na gaz czy nie? No – w końcu wydusiła, według minister mamy zabezpieczone 100 proc. w tym roku.

No i znowu brzmi dobrze, ale właśnie w tym problem. Bo jak sama przyznała minister Moskwa, kontrakty na przyszły rok są dopiero „sukcesywnie podpisywane”, ale nie może przecież mówić o szczegółach, bo zepsuje pozycję negocjacyjną PGNiG.

To teraz zobaczcie, jak wygląda przepustowość Baltic Pipe. Po jego uruchomieniu w październiku to będzie jedynie 2-3 mld m3 w skali roku – to da się jeszcze jakoś zapełnić, dlatego mamy tu pokrycie 100 proc.

Ale maksymalną przepustowość Baltic Pipe osiągnie dopiero w 2023 r. – to już 10 mld m3 rocznie. I tego właśnie nie potrafimy sobie zapewnić. Z tych 10 mld m3 na przyszły rok zakontraktowane mamy 4,5 mld m3. Resztę trzeba dopiero dopiąć. A jak wskazują eksperci, negocjacje, które prowadzi PGNiG nie dotyczą tego, po ile ten brakujący gaz kupimy, ale czy w ogóle go kupimy, bo kolejka chętnych w Europie jest długa.

Liczenie na pojawienie się umów na norweski gaz w obecnej sytuacji to czekanie na cud – mówi money.pl Grażyna Piotrowska-Oliwa, była prezes PGNiG.

Wniosek jest dość prosty – jeśli ten cud się nie wydarzy, gazu nam w Polsce zabraknie, niezależnie od tego, co opowiadają nam rządzący.

Tak na marginesie, na mieście spekuluje się, że zwolniony niedawno Piotr Naimski, ojciec projektu Baltic Pipe, któremu zgodnie z obecną narracją powinniśmy wręczyć medal, skoro ten projekt ma nas gazowo uratować. Prawdopodobnie wyleciał za to, że zbudowaliśmy rurę, ale nie potrafimy jej wypełnić, więc w sumie te 2,2 mld euro wydane na tę budowę to może wcale nie być taka doskonała inwestycja.

A jak niby inaczej należało to budować? Może Was to zdziwi, ale wielu ekspertów podkreśla, że najpierw w takiej sytuacji zapewnia się kontrakty na surowiec, a dopiero potem zabiera za budowanie infrastruktury do jego przesyłu.

No i na Nowogrodzkiej zamiast szykować szampana z powodu zbliżającego się otwarcia Baltic Pipe, zrobiło się chyba jednak nerwowo.

A my nawet nie chcemy słyszeć o oszczędzaniu energii

Tym bardziej dziwi, dlaczego polscy politycy słowem nie pisną o konieczności oszczędzania. Przeciwnie, premier się stawia i wymachuje szabelką, że on o żadnym wymuszonym przez UE obniżeniu zużycia gazu o 15 proc. słyszeć nie chce i jak ktoś do przyprze do ściany, wykrzyknie w Europie „veto!”.

Ja rozumiem, że woli, żeby Polacy mieli go za bohatera, co wszystko załatwi i do żadnych oszczędności nie namawia, bo to nie przystoi w kraju mlekiem i miodem płynącym. Ale jego europejscy koledzy jakoś nie mają z tym problemu, choć są pod podobną presją.

To już powszechne, że całej Europie wyłącza się podświetlanie publicznych budynków, przykręca klimatyzację, urzędnikom z tego powodu wydaje się zalecenia, żeby nie zakładali do pracy krawatów, by lepiej znieść wysoką temperaturę przy biurku, a w Niemczech to nawet zakazano podgrzewania wody w basenach i nakazano wyłącznie zimne prysznice w basenowych szatniach.

A Polska? Nic. Zupełnie nic. Ale jak się wczytacie w temat…

BiznesAlert pisze, że dane Gaz-System pokazują spadek zużycia gazu w Polsce o 10 proc. Zaś Ministerstwo klimatu chwali się właśnie na łamach tego samego portalu, że dane od początku 2022 r. wskazują, że jesteśmy na ścieżce redukcji zużycia gazu o 17 proc. za cały rok w porównaniu do średniej pięcioletniej.

Powód? Polacy najwyraźniej przestraszyli się wysokich cen i trochę zaczęli się pilnować. Bogu dzięki za drożynę! Oby było jeszcze drożej, to może zaczniemy sami naprawdę solidnie oszczędzać, bo na odpowiedzialność polityków nie ma co liczyć. Ci trzymają się sondaży, a te ostatnie wskazują, że 60 proc. Polaków nadal nie zamierza oszczędzać energii – to badanie United Surveys dla „Dziennika Gazety Prawnej” i RMF FM.

Tymczasem w Niemczech w lipcu zapotrzebowanie na gaz było aż o 2/3 mniejsze niż w lipcu rok temu. Tak to się właśnie robi. Tylko najpierw trzeba nas solidnie przestraszyć zamiast opowiadać bajki choremu leżącemu w hospicjum, że wszystko będzie dobrze.