Maciążek: Prezydent załatwił nam w USA atom? I co z tego, skoro rząd zawalił sprawę

Podczas wizyty prezydenta Andrzeja Dudy w Waszyngtonie doszło do podpisania polsko-amerykańskiego memorandum o współpracy w energetyce jądrowej. Ministerstwo Energii wydało w tej sprawie komunikat, ale nie wyjaśnia, czy dokument cokolwiek zmienia w toczącym się od lat bez wyraźnych efektów projekcie budowy elektrowni atomowej.

Fot. The White House/Flickr.com/Public Domain

W niedawnym felietonie dla Bizblog.pl szczegółowo opisywałem stan w jakim znajduje się obecnie projekt budowy siłowni jądrowej w Polsce. Spółka, która go realizuje tj. PGE EJ1, co roku przejada potężne pieniądze, a realnych efektów jej pracy nie widać. Dlaczego?

Kluczowym powodem jest brak decyzji politycznej na najwyższym szczeblu, by atom w Polsce naprawdę budować. Było to dotąd uwarunkowane kilkoma czynnikami: złym klimatem międzynarodowym dla atomu, problemem ze sfinansowaniem projektu (w optymistycznym wariancie chodzi o 40-60 mld zł – byłaby to więc największa inwestycja III RP) oraz niebezpiecznym dla interesów państwa politykierstwem, z powodu którego zrezygnowano z koncepcji wypracowanych przez poprzedników.

Zobacz także:

Zły klimat dla atomu

Katastrofa w Fukushimie wywołana przez trzęsienie ziemi i falę tsunami, a w konsekwencji decyzja o odejściu Niemiec od energetyki jądrowej spowodowała, że na nowo rozgorzała dyskusja o tym czy ta technologia jest bezpieczna. W efekcie w Unii Europejskiej wprowadzono dodatkowe obostrzenia dotyczące bezpieczeństwa elektrowni atomowych, co przełożyło się na dodatkowe koszty dla inwestorów.

Równie istotne okazały się problemy nowego francuskiego reaktora, które doprowadziły do wieloletnich opóźnień projektów Olkiluoto (Finlandia) i Flamanville (Francja). Te inwestycje  stały się trwałym elementem dyskusji dotyczącej nieprzewidzianych kosztów jakie mogą się wiązać z budową atomu.

Słabnąć zaczęli także tradycyjni potentaci związani z branżą jądrową jak: Areva/EDF czy Westinghouse. Duży portfel zamówień utrzymał w zasadzie jedynie rosyjski Rosatom, który z przyczyn politycznych jest dla Polski nieakceptowalny.

Nadchodzą lepsze czasy dla energetyki jądrowej?

W ostatnim czasie coś zaczęło się jednak zmieniać i być może branżę jądrową czekają lepsze czasy.

Przede wszystkim zdano sobie sprawę, że szeroko pojęty polityczny Zachód nie jest reprezentatywny, jeżeli chodzi o kondycję energetyki atomowej. W Azji do atomu po katastrofie w Fukushimie zaczęła wracać Japonia, coraz więcej reaktorów budują Chiny, a Indie mają takie plany.

W Europie pewnym światełkiem w tunelu okazała się zgoda Komisji Europejskiej na kontrakt różnicowy dla planowanej elektrowni Hincley Point C powstającej w bólach ze względu na wybór francuskiego reaktora, który nie zdał już egzaminu w Olkiluoto i Flamanville.

No i wreszcie rzecz najważniejsza. Zaczęto zdawać sobie sprawę, że mimo rozwoju OZE wygaszanie atomu powoduje wzrost emisji CO2. Energetyka jądrowa powoli powraca więc na salony europejskie przy okazji dyskusji nad strategią osiągnięcia przez Unię Europejską gospodarki zeroemisyjnej do 2050 r. Dla krajów członkowskich, które są uprzemysłowione, bez siłowni jądrowych będzie to niemożliwe.

PiS wykorzystał pojawiające się raz na kilka lat okienko możliwości

Rząd PiS wykorzystał nadarzające się raz na kilka lat okienko i udało mu się wpisać polski projekt atomowy w obszar zainteresowania amerykańskiego, wykorzystując poprawiający się klimat międzynarodowy dla energetyki jądrowej.

To krok do przodu, ale do pełnego sukcesu jeszcze daleka droga, co zresztą widać zarówno po formie podpisanego w Waszyngtonie dokumentu (memorandum jest niezobowiązujące), jak i reakcji na to wydarzenie Ministerstwa Energii (resort nie poinformował, co porozumienie z Amerykanami zmienia).

W mojej subiektywnej ocenie na stole leży dziś kredyt, jakiego mogą udzielić nam Stany Zjednoczone (od wielu lat na taki krok były w przypadku Polski gotowi i inni gracze), a także dokumentacja techniczna ze strony spółki Westinghouse. Dotyczy ona sprawdzonego projektu reaktora AP 1000. To o tyle istotne, że spółka po długim okresie problemów wydaje się stawać na nogi. W Stanach Zjednoczonych powstaje właśnie 3 i 4 blok elektrownia Vogtle na bazie AP 1000.

Podsumowując: zostały usunięte dwie przeszkody dla budowanego w Polsce atomu – zły klimat dla tej technologii oraz kwestia pozyskania środków finansowych na ten cel. Nie rozwiązano jednak najpoważniejszego problemu – politykierstwa.

Zabrakło dokumentów w szufladzie

Jak już wspomniałem, wielką zasługą rządu PiS jest wykorzystanie okienka, które otwiera się raz na kilka lat i włączenie budowy elektrowni atomowej w obszar zainteresowania i wspólnych interesów polsko-amerykańskich. Jednak aby osiągnąć pełny sukces, należałoby dziś powiedzieć potencjalnemu inwestorowi, że pozyskano dokumentację projektu i jego częściowe (?) finansowanie, a następnie przejść do konkretów. Takim konkretem byłoby wyjęcie gotowych dokumentów z szuflady i wytłumaczenie, jaka będzie stopa zwrotu z planowanej inwestycji.

Niestety rząd PiS przespał ostatnie lata. Wyrzucił do kosza pracę poprzedników i zakomunikował, że w projekcie atomowym nie zostanie wykorzystany kontrakt różnicowy. To w dużym uproszczeniu pomoc publiczna, wedle której państwo i inwestor ustalają bazową cenę energii. Gdy w przyszłości będzie niższa od zakładanej, to państwo dopłaci inwestorowi, gdy niższa, to inwestor zapłaci państwu. Taki mechanizm zastosowano w Wielkiej Brytanii, a Komisja Europejska wydała na nią zgodę, ponieważ w dzisiejszych czasach, dużej zmienności rynkowej i regulacyjnej, bardzo trudno buduje się nowe źródła mocy.

Polska mogła podążyć brytyjskim przykładem i dziś mieć już zakończony proces tworzenia dokumentacji dla własnego kontraktu różnicowego oraz jego konsultacji z Komisją Europejską. Z powodów politycznych wrzucono jednak kontrakt różnicowy przygotowany przez PO do kosza, a nie zaoferowano niczego innego w zamian (łudzono opinię publiczną obligacjami atomowymi etc.). I dzisiaj w kluczowym momencie dla projektu atomowego Ministerstwo Energii ma puste szuflady.

Nietrudno w tym kontekście zgadnąć jaki może być efekt memorandum podpisanego w Waszyngtonie…

Piotr Maciążek: publicysta specjalizujący się w tematyce sektora energetycznego. W 2018 r. nominowany do najważniejszych nagród dziennikarskich (Grand Press, Mediatory) za stworzenie fikcyjnego eksperta Piotra Niewiechowicza, który pozyskał wrażliwe informacje o projekcie Baltic Pipe z otoczenia ministra Piotra Naimskiego. Autor książki „Stawka większa niż gaz” (Arbitror 2018 r.), współautor książki Młoda myśl wschodnia (Kolegium Europy Wschodniej 2014 r.). Obecnie pracuje nad kolejnym tytułem – tym razem dotyczącym polskich służb specjalnych.