Wiadomości

No to chyba już wiemy wszystko o nowej Toyocie Mirai

Wiadomości 04.11.2020 53 interakcje

No to chyba już wiemy wszystko o nowej Toyocie Mirai

Piotr Barycki
Piotr Barycki04.11.2020
53 interakcje Dołącz do dyskusji

Więcej mocy, lepsze wyciszenie, płyta podłogowa z Lexusa LS – Toyota Mirai drugiej generacji nie tylko z wyglądu zapowiada się fascynująco. 

Gdyby ktoś zapomniał, o co chodziło z tym wyglądem (auto pokazano w końcu rok temu), to szybko przypominam:

I z przodu:

toyota mirai

I z tyłu:

Jak to się stało, że druga generacja wygląda tak, podczas gdy pierwsza wyglądała tak…

… nie wiem i się nie domyślam, ale zmiana jest zdecydowanie na plus.

Do tej pory jednak informacje na temat Mirai ograniczały się do wyglądu. Teraz wiemy znacznie więcej, głównie przez to, że niektórzy japońscy dziennikarze doczekali się już możliwości jazdy nowym modelem Toyoty. Jeśli ktoś chce zapoznać się z ich opinią, tutaj jest filmik:

Ostrzegam tylko, że film jest po japońsku (choć można włączyć trochę nieudolne automatyczne tłumaczenie na angielski), a prowadzący ma dziwny zwyczaj wbiegania przed kamerę po każdym cięciu. Ewentualnie możecie przeczytać streszczenie nagrania:

Nowa Toyota Mirai – co już wiemy?

Przede wszystkim to, że samochód jest tylnonapędowy i osadzony na płycie podłogowej aktualnej generacji Lexusa LS. Sam układ napędowy jest z kolei mocniejszy o niecałe 30 KM i generuje 182 KM, przy czym sam pomysł na niego pozostaje ten sam – to w dalszym ciągu auto elektryczne, tyle że nie podłączamy go do gniazdka, żeby naładować akumulatory, a tankujemy wodór do specjalnych zbiorników. Te z kolei umieszczone są pod fotelami, a co za tym idzie – auto ma bardzo nisko umieszczony środek ciężkości i według dziennikarza (albo tłumacza Google) prowadzi się dobrze. Spora w tym pewnie zasługa równego rozkładu masy pomiędzy osiami, co np. w przypadku hybryd plug-in nie zawsze jest możliwe.

Co ciekawe, w materiale pojawia się też informacja, że nowa Toyota Mirai ma być w stanie przejechać nawet 850 km na jednym tankowaniu (które trwa tyle, ile tankowanie zwykłego samochodu). Stoi to trochę w sprzeczności z deklaracjami z zeszłego roku, według których wodorowa Mirai miałaby przejechać w takich warunkach do 650 km, ale kto wie – może Toyocie udało się dopracować układ napędowy i poprawić ten rezultat? Na razie jednak może trzymajmy się oficjalnej wersji.

Wykorzystanie platformy Lexusa LS nie sprawiło przy tym, że Toyota zbudowała po prostu LS-a ze swoim znaczkiem i innym napędem. Środek jest wprawdzie pod niektórymi względami podobny do bardziej prestiżowego odpowiednika, ale poza tym widać, że ma to być raczej auto pozycjonowane niżej – chociażby po ręcznych roletach z tyłu czy morzu błyszczącego, czarnego plastiku. Z drugiej strony, przynajmniej według autora nagrania, auto jest ekstremalnie ciche podczas jazdy, a do tego dorzucono mu kilka luksusowych dodatków – takich jak chociażby opcję sterowania oparciem fotela pasażera z przodu z tylnej kanapy albo dotykowy panel w podłokietniku do sterowania klimatyzacją.

Za prestiżowe trudno natomiast uznać cyfrowe dźwięki wydawane dobywające się z głośników na polecenie kierowcy (np. w trybie sport). Z kolei niezbyt prestiżowy, ale przydatny będzie pewnie całkiem szeroki i głęboki bagażnik z niezbyt potężnym progiem załadunkowym.

Ach, no i dobra wiadomość dla fanów rozwiązań muzealnych – pasażerowie siedzący z tyłu będą mieli dostęp do dwóch gniazd USB typu A.

A gdyby tak w Polsce?

Ładne, cichutkie, z przyjemnymi dodatkami, a do tego z napędem elektrycznym i bez większości wad samochodów akumulatorowych – czego tu nie lubić? Można jeszcze dodać, że cena aktualnej generacji Mirai wcale nie jest jakoś specjalnie z kosmosu, jeśli brać pod uwagę ceny samochodów elektrycznych. Przykładowo w Niemczech za wodorową Toyotę trzeba zapłacić równowartość ok. 350 000 zł, a np. EQC to wydatek rzędu 320 000 zł. Nie wiadomo na razie, jakie są plany co do cen nowej odsłony Mirai, ale może będzie równie ciekawie (choć platforma LS niekoniecznie wskazuje na okazję).

Niezmiennym problemem pozostaje niestety infrastruktura, która w Polsce po prostu nie istnieje. W sierpniu tego roku zapowiedziano budowę pierwszej takiej stacji, a kiedy zostanie ona faktycznie zbudowana i oddana do użytku klientom – tego nie wiadomo. A jedna stacja na cały kraj, nawet przy zasięgu w okolicach 800 km, nie jest przesadnie kuszącą ofertą dla klientów. Sam wodór też do tanich nie należy, więc tłumów na tej jednej stacji raczej nie będzie.

Aczkolwiek to sytuacja na dziś. Co będzie za 5 czy 15 lat – nie wiadomo. A z planami zakazu sprzedaży aut spalinowych, które pewnie kiedyś-kiedyś w końcu wejdą w życie, producenci przecież jakoś będą musieli sobie poradzić.

Musisz przeczytać:

Musisz przeczytać