Felietony

Mieszkam już miesiąc poza Warszawą. Tutaj ludzie boją się samochodów

Felietony 09.09.2021 330 interakcji
Grzegorz Karczmarz
Grzegorz Karczmarz 09.09.2021

Mieszkam już miesiąc poza Warszawą. Tutaj ludzie boją się samochodów

Grzegorz Karczmarz
Grzegorz Karczmarz09.09.2021
330 interakcji Dołącz do dyskusji

Ludzie czasami pytają: jak się jeździ po Warszawie? Wspaniale, odpowiadam, ale lepiej wam powiem, jak się jeździ poza nią.

Dawno już za mną te czasy, że chciałem dusić pedał gazu i być pierwszym na bliżej nieokreślonej mecie. Wyleczyły mnie z tego przejechane kilometry i tych młodzieńczych żądz mi nie przypisujcie. Ale coś jest nie tak, zło powraca, nagle wszyscy zaczęli jeździć dla mnie za wolno.

Przeprowadziłem się do mniejszego miasta ze stolicy i ruch uliczny się zmienił, uspokoił i to wcale nie są zmiany na lepsze.

Jak się jeździ po Warszawie?

Powoli, wbrew pozorom, chyba że akurat jedzie się szybko. Ludzie z innych miast obawiają się Warszawy, gdy czasami muszą ją odwiedzić. Twierdzą, że tu jeździ się za szybko, a kierowcy są niemili, nie pozwalają zmienić pasa ruchu i tym podobne sprawy.

Są dwie przyczyny tych uprzedzeń. Pierwsza – Warszawa to rozległe miasto, z dużą liczbą dróg, gdzie obowiązuje ograniczenie prędkości powyżej 50 km/h. Jest też dużo pasów, samochodów, dużo się dzieje, wkraczają tramwaje, pojawiają się wielopasmowe ronda. Jeśli ktoś do tej pory jeździł po Łukowie, to jest to dla niego materia obca i tu pojawia się przyczyna druga, bo on niewiele umie. Niewiele jak na Warszawę.

To nie jest diss na kierowców z tablicami LLU

Nie piszę tego, żeby zdyskredytować niewinnych kierowców z Łukowa, albo w ogóle kierowców z mniejszych niż Warszawa miast. Prawda jest taka, że trening czyni mistrza. Jeśli ktoś trenuje na co dzień grę w bierki, to squash może być dla niego za szybki i zbyt męczący. Funkcjonując na co dzień w mieście o zupełnie innym natężeniu ruchu, ludzie nie potrafią wykonywać nowych manewrów w innym miejscu i do tego w szybszym, warszawskim tempie. Nie ma w tym nic złego, po prostu tak jest, że intensywność ulic Warszawy odbiega od tego co można spotkać w innych polskich miastach. Lepiej kierowców z Warszawy nazwać nieuprzejmymi, niż przyznać, że się bało zmienić pas na Moście Siekierkowskim. Zaskakujący byłby pewnie wynik, gdyby policzyć, jak wiele osób nigdy nie zmieniało pasa ruchu przy prędkości powyżej 50 km/h.

jak się jeździ po Warszawie
Most Siekierkowski w Warszawie ma więcej pasów ruchu niż polskie autostrady. Źródło: Google.

W rzeczywistości warszawska jazda jest bardzo racjonalna, a poziom uprzejmości na pewno nie jest niższy niż gdzie indziej w Polsce. Tej racjonalności mi teraz brak.

Wszyscy zrobili się za wolni

Jazda w mniejszym mieście prowokuje mnie do tego, żeby znowu być najszybszym. Nie chodzi o przekraczanie prędkości, ale zachowania, które sprawiają, że wychodzę na drogowego cwaniaka. Tylko czy to na pewno ja grzeszę?

Kurczowe trzymanie się swojego pasa, to jeden z głównych grzechów. Jeśli ktoś wie, że zajmując właściwy pas ruchu dojedzie nim prawie do samego końca podróży, to będzie się go uparcie trzymał. Liczba kierowców, którzy jadą jednym pasem, gdy drugi jest pusty, gwałtownie wzrasta w mniejszym mieście. Nie szkodzi, że po prawym jedzie koparka z pobliskiej budowy, ważne, że tym pasem dojedziemy po swoje. Jeśli ktoś nawet w swoim mieście unika zmiany pasów, to jak potem się dziwić, że boi się zrobić to Warszawie?

jak się jeździ po warszawie
Centrum Radzynia Podlaskiego. Źródło: Google.

Czuję się jak kierowca rajdowy, bo nie boję się zmienić pasa ruchu, albo zmienić go tuż przed planowanym skrętem. Nie ma rond, skrzyżowań, wyjazdów z podporządkowanej, czy pasów ruchu, których się boję i unikam. Jednocześnie czuję, że część kierowców obok mnie jeździ właśnie w ten sposób, żeby tylko przeżyć jakoś to skrzyżowanie. Jeśli na rondzie prowadzą dwa pasy w jednym kierunku, to przed rondem będzie zajęty tylko jeden pas, ten lepszy, bezpieczniejszy. W Warszawie sytuacja nie do pomyślenia, żeby wolny pas się marnował. I wtedy wchodzę ja i z niego korzystam, jak łamistrajk, oryginał, osoba niedopasowana.

Nie szaleję, nie przekraczam bardziej od innych dozwolonej prędkości, a wciąż czuję się jakbym wygrywał jakieś zawody. W jednym tylko tutejsi kierowcy wygrywają z Warszawą, w braku uprzejmości na drodze.

Nowe przepisy docierają tu z opóźnieniem

Gdy w Warszawie zaczęli się już kłaniać w pas pieszym przed przejściem, tu panowała stara dobra zasada niezauważania ich na drodze. Pierwszeństwo przed pasami, a nawet na nich, czasami prawie wymuszam machając nogą. Poziom ignorancji wobec niektórych przepisów i zwykłej przyzwoitości na drodze jest wyższy niż w stolicy. Ja i czubek mojego nosa, to cecha przypisywana mieszkańcom stolicy. Błędnie. Żeby zobaczyć, kto naprawdę na to cierpi, wystarczy trochę pojeździć po Polsce. Na własny nos na drodze patrzą ci, którzy wolniej przyjmują zmiany.

jak się jeździ w Lublinie
A tu nie lubią pieszych. Źródło: jw.

Tylu małych drogowych przygód nie miałem w stolicy, co w ciągu jednego miesiąca poza nią. Dziś ktoś poganiał mnie zwiększając obroty silnika, gdy przepisowo poruszałem się jezdnią na elektrycznej hulajnodze. Na jednym z przejść dla pieszych notorycznie ktoś chce przejechać mi po nogach, mimo że jestem widoczny z daleka. Czasami sytuacja wygląda tak, jakby większość kierowców bała się przebywać w samochodzie, z którego robią swoją twierdzę, a reszta musiała udowodnić całemu światu, że niczego się nie boi.

Ja tylko chciałbym, żeby było racjonalnie. W Warszawie jeździłem bardzo spokojnie, bo i tak w tych korkach nie bardzo da się jechać. Tutaj czuję się, jakby mi ktoś przed jazdą samochodem dosypywał do herbaty testosteronu. Podobno przyjmowanie pozycji ofiary wzmaga agresję agresora. Może to nie ze mną jest problem, tylko za dużo tu ofiar?

Musisz przeczytać:

Musisz przeczytać