Felietony

Motoblender 11/2019: Seat rzadszy niż Lamborghini

Felietony 23.03.2019 362 interakcje
Tymon Grabowski
Tymon Grabowski 23.03.2019

Motoblender 11/2019: Seat rzadszy niż Lamborghini

Tymon Grabowski
Tymon Grabowski23.03.2019
362 interakcje Dołącz do dyskusji

Oto Motoblender numer 11 w roku 2019. Dziś będzie jak zwykle o wszystkim i o niczym, czyli subiektywny przegląd niusów motoryzacyjnych mijającego tygodnia. 

Amnesty International twierdzi, że produkcja akumulatorów do aut elektrycznych to środowiskowa masakra

Podobno wytwarzanie akumulatorów litowo-jonowych odbywa się z wykorzystaniem pracy osób nieletnich i dzieci. Pracownicy kopalń litu w D.R. Konga muszą gołymi rękami kopać rudy litu z ziemi, oczywiście za grosze i bez żadnego ubezpieczenia. Ponadto zagrożone są ziemie należące do rdzennych plemion w Argentynie, gdzie bez zgody tychże plemion buduje się kopalnie odkrywkowe, niszcząc środowisko. Kolejnym problemem są wiercenia pod dnem morskim w poszukiwaniu rzadkich metali, co mocno zagraża różnorodności podwodnego życia. Amnesty International ma słuszność. Niestety nie widzę z ich strony żadnej alternatywy. To co, wracamy do diesli czy jak? Czy to po prostu typowa zagrywka A.I., żeby pokazać, jak bardzo się troszczą o środowisko, wpędzając w poczucie winy tych, którzy próbują produkować samochody bezemisyjne? Nie ma wątpliwości, że istnienie cywilizacji ma wpływ na naturę, przeważnie negatywny. Jedynym wyjściem jest zlikwidować cywilizację. Na wszelki wypadek jednak warto przypomnieć, że ostatnio zarząd Amnesty International podał się do dymisji w odpowiedzi na silne i uzasadnione zarzuty o tworzenie toksycznego środowiska pracy. Wiecie jak to jest, mężczyźni którzy uważają się za „feministów” najczęściej mają na sumieniu parę grzeszków, a narodowcy chcący leczyć homoseksualizm marzą przede wszystkim o możliwości wyleczenia samych siebie. Przepraszam za dygresję, wróćmy do samochodów…

Anglia stała się potentatem w dziedzinie ładowania aut elektrycznych

Najnowszy hub ładowarek otwarto w okolicach Milton Keynes (które w ogóle jest bardzo ciekawym miastem). To największe skupisko szybkich, 50-kilowatowych ładowarek w tym kraju. W momencie pełnego obciążenia żre tyle prądu, że w Milton Keynes gaśnie światło. To ile tam jest tych ładowarek, 100?

Nie. Jest ich osiem. Nie osiemnaście i nie osiemdziesiąt, a osiem. Osiem stanowisk, dzięki czemu ośmiu użytkowników aut elektrycznych może ładować się równocześnie. To prowadzi mnie do pewnej wizji, którą uważam za nieuchronną. Gdy liczba samochodów elektrycznych faktycznie zwiększy się do poziomu norweskiego lub nawet go przebije w krajach nieco bardziej zaludnionych niż Norwegia, ludzie dostaną szału z powodu niemożności dostania się do wolnej szybkiej ładowarki. Będzie tak źle, tzn. liczebność aut elektrycznych tak radykalnie przekroczy liczebność dostępnych ładowarek, że ludzie będą gotowi płacić drożej, żeby tylko kupić samochód benzynowy. Oczywiście to nie potrwa długo, bo wtedy samochody benzynowe zostaną już po prostu zakazane w całości i nagle te, które pozostaną „przy życiu” pójdą w cenę. Reszta elektrycznych szczęśliwców będzie czatować na wolne miejsce w ładowarkowym hubie.

Skoro już o Wielkiej Brytanii mowa…

AutoExpress wykrył straszliwy skandal! Samochody po szkodach całkowitych były naprawiane blacharsko i sprzedawane! AAA!!! Oczywiście skandal jest, bo klienci nie byli informowani o dokonanych naprawach, auta były sprzedawane bez wpisów o uszkodzeniach w historii pojazdu. Wiadomo, to jest naganne, nikt nie dyskutuje. Ale uwaga. W Wielkiej Brytanii samochody są dość tanie, a naprawy drogie. To sprawia, że powstanie tzw. szkody całkowitej jest kwestią niewielkiej stłuczki. Możemy mieć kolizję samochodem z 2016 r., a ubezpieczyciel i tak powie, że to szkoda całkowita. Uważajcie, bo mam dla Was zdjęcie potwornie zniszczonego samochodu, który został zakwalifikowany jako „szkoda całkowita”, a potem jacyś zwyrodnialcy go naprawili.

motoblender

Ouu tu była istna masakra! Nie ma lampy, do wymiany jest wahacz i plastikowy błotnik. Widać wyraźne, że auto jest zrujnowane. Serio, wiele ludzi tak uważa. Niektórzy sądzą, że samochód po stłuczce nadaje się do zezłomowania. To dobrze, dzięki temu można tanio kupić lekko uszkodzone wozy w dobrym stanie i sobie nimi dalej jeździć. Ja dokładnie tak zrobiłem, kupiłem żonie auto, w którym były uszkodzone drzwi, błotnik i przedni zderzak. Popularny model w popularnym kolorze. Naprawa była śmiesznie tania, samochód też kosztował grosze w porównaniu z cenami tego modelu choćby w komisach dilerskich. W sumie po podliczeniu wszystkich kosztów za auto z bardzo małym przebiegiem i dokładnie w takiej wersji w jakiej chciałem zapłaciłem 25% taniej niż średnia rynkowa (na gotowo, już naprawiony). Mogę więc powiedzieć, że każda stłuczka to okazja dla świadomego nabywcy.

Napiszmy coś o Fordzie

Wiem, że przedstawiciele Forda uważnie czytają Autobloga i chciałem ich zapewnić, że nie traktujemy tej marki inaczej niż pozostałych. Serio u nas obrywa się wszystkim, chyba że jest za co pochwalić, to wtedy chwalimy. Tym razem w sumie nie mam nic ciekawego oprócz tego, że ten nowy elektryczny SUV-Mustang to będzie produkowany w Meksyku, co jest dość zabawne. Pewnie chodzi o trollowanie prezydenta Trumpa. Będą przerzucać te auta nad granicznym murem, a w co 20. egzemplarzu będzie parę torebek tego, co Meksykanie robią najlepiej (nie są to samochody, gdyby ktoś pytał).

Ważniejsze jest jednak to, że w zeszłym roku prezes Forda, Jim Hackett, zarobił ponad 17 milionów dolarów. Słuchajcie, chyba znalazłem prosty sposób jak zwiększyć zysk Forda o ponad 17 mln dolarów. Wystarczy wywalić na zbity pysk zbytecznego prezesa-darmozjada, który tylko za darmo pieniądze bierze i zaoszczędzicie 17 baniek. Ciekawe ile w sumie rocznie zarabiało te 5000 pracowników, których Ford zwolni. Jeśli każdy z nich brał nawet po 1500 dolców miesięcznie, to wychodzi 90 mln dolarów. Czyli po zwolnieniu 5,3 prezesa oszczędności byłyby takie same.

SAMAR przygotował ciekawe zestawienie

Chodzi o rynek 3-drzwiowych hatchbacków dziś, a w roku 2009. Uwielbiam takie zestawienia. Poproszę jeszcze drugie, dla dwudrzwiowych sedanów, mylnie nazywanych „coupe”. Najpopularniejszym 3-drzwiowym hatchbackiem w Polsce jest bez wątpienia Fiat 500. Tyle że w ciągu 10 lat jego sprzedaż spadła dwukrotnie, ale nie to jest najlepsze, tylko to, że w 2009 r. auto z 5. miejsca (czyli Yaris) sprzedawało się w liczbie 1400 sztuk, a dziś jest to 140 sztuk. To chyba najpiękniej umierający segment rynku. Absolutnie wzruszył mnie Seat Leon. W 2018 r. sprzedało się sześć Seatów Leonów w wersji 3d. Sześć osób uznało, że nie potrzebuje dodatkowych drzwi z tyłu i kupiło sobie Leona w tej niezwykłej, patologicznej wersji. Zwróćcie zresztą uwagę, że pierwszy Leon był tylko 5d, drugi też tylko 5d, a w trzecim wprowadzono nagle wariant trzydrzwiowy ku niemałemu zaskoczeniu odbiorców. Ciekawe, jakie motywy stały za tą decyzją. Raczej nie chodziło o zwiększenie sprzedaży. Pomyślcie, że zapłacono jakimś ludziom za stylizację tego wozu, za opracowanie drzwi, za opracowanie mechanizmów foteli – i potem sprzedaje się sześć sztuk na rok. Taki Leon 3d z polskiego salonu to będzie większa rzadkość niż jakieś supersamochody.

Seat Leon

Zadebiutował ważny model samochodu, który nikogo nie obchodzi

General Motors pokazało nowego Chevroleta Onix. Do tej pory nazwa Onix odnosiła się do 5-drzwiowego hatchbacka produkowanego w Brazylii na rynek lokalny. Od teraz Onix będzie sedanem w dwóch wersjach napędu; do wyboru będzie wolnossący 1.3 albo turbodoładowany 1.0. Dlaczego to ważny model? Dlatego, że wraz z nim debiutuje nowa platforma GEM – Global Emerging Markets – na której GM będzie budować swoje samochody dla rynków wschodzących. A rynki wschodzące to jest to, co się liczy. Bo producenci samochodów nie mają zarabiać absurdalnych ilości pieniędzy – oni mają z każdym rokiem zarabiać o absurdalną wartość więcej pieniędzy niż rok wcześniej, bo tego oczekują inwestorzy. Takie szanse dają tylko rynki wschodzące. Dlatego warto było opracować nową platformę i zbudować na niej nowego eleganckiego sedanika. To będzie ważny model dla GM. Obstawiam że nic on was nie obchodzi.

No i na koniec takie ostrzeżenie

Nie wiemy dlaczego kierowca czerwonej ciężarówki staranował chyba busa lub pickupa stojącego na pasie awaryjnym (może zasłabł), ale jedno jest pewne. Jak jedziesz ekspresówką i wóz się zepsuje, to uciekaj z niego, bo jest to bardzo niebezpieczne miejsce. Mój znajomy zajmujący się rekonstrukcją wypadków i dochodzeniem ich przyczyn twierdzi, że takie najechania są powszechne i nadzwyczaj groźne. Nie siedź w takim samochodzie, a już w szczególności nie z rodziną. Wszyscy won! Wtedy w razie takiej sytuacji będziecie najwyżej stratni o jakiegoś grata.

Musisz przeczytać:

Musisz przeczytać

Autoblog na Instagramie

Autoblog na Instagramie