Felietony

Będzie można jeździć bez prawa jazdy, ale za to z rodzicami? Dobry krok, tylko za mały

Felietony 04.07.2018 285 interakcji
Tymon Grabowski
Tymon Grabowski 04.07.2018

Będzie można jeździć bez prawa jazdy, ale za to z rodzicami? Dobry krok, tylko za mały

Tymon Grabowski
Tymon Grabowski04.07.2018
285 interakcji Dołącz do dyskusji

Jak chcemy wyszkolić kandydatów na kierowców, jeśli ich udział w ruchu ulicznym obkładamy absurdalnymi obostrzeniami? W myśl projektu Ministerstwa Infrastruktury jazda bez uprawnień może stać się legalna. Projekt jest jednak dość ostrożny. Może to i dobrze, bo inaczej obywatele mogliby doznać szoku, dowiadując się, że aby nauczyć się jeździć samochodem, trzeba jeździć samochodem.

Ministerstwo Infrastruktury przekazało do Kancelarii Prezesa Rady Ministrów projekt, który umożliwiłby młodym kandydatom na kierowców jazdę po drogach publicznych bez egzaminu państwowego. Pod pewnymi warunkami, o których napisano już na Bezprawniku. W skrócie: kandydat musiałby mieć ukończone 17 lat, poruszać się z opiekunem prawnym, który ma prawo jazdy od ponad 5 lat i ukończyć kurs nauki jazdy zakończony zdanym egzaminem wewnętrznym. Nie mógłby przekraczać 50 km/h w obszarze zabudowanym i 80 km/h poza nim. Jego samochód musiałby zostać specjalnie oznakowany. Co ciekawe, nie będzie jednak wymogu, aby taki pojazd wyposażyć w pedał hamulca obsługiwany przez pasażera, tak jak to jest w samochodach nauki jazdy.

Dlaczego to dobry pomysł?

Spróbuj pojeździć samochodem, nie mając prawa jazdy. Masz dwie możliwości: albo wykupić kurs w szkole nauki jazdy, który nie jest jakoś przesadnie długi (30 godzin), albo jeździć na nielegalu po polu, poza drogą publiczną. Po tych 30 godzinach, przyjmując że nie kręcisz się po polnych drogach, możesz podejść do niesłychanie skomplikowanego i rozbudowanego egzaminu państwowego. Pod warunkiem że wcześniej zdasz egzamin wewnętrzny. W skrócie, jest to więc sytuacja, w której musisz zdać trudny egzamin, nie bardzo mając możliwość wcześniej wyszkolić się w materii egzaminacyjnej. Chyba że wykupisz za niemałe pieniądze dodatkowe jazdy doszkalające. Nie ma innej metody na zdobycie doświadczenia i opanowania w jakiejś sztuce niż przez ćwiczenia tej właśnie umiejętności. Nie wyćwiczysz skrzypka, pokazując mu jak są zbudowane skrzypce, ale nie pozwalając mu grać dłużej niż 10 minut dziennie, bo nie da się znieść tego rzępolenia. Żeby młody kierowca nauczył się jeździć, musi jeździć. Szokująca prawda, którą władze najwyraźniej właśnie odkryły. Tylko realna jazda pozwoli nabrać pewności i doświadczenia przed trudnym egzaminem państwowym.

Na wszelki wypadek obudowano się rozmaitymi zastrzeżeniami.

Rozumiem te o ograniczeniu prędkości, choć nie bardzo rozumiem zakaz wjazdu na drogę ekspresową. Jednak najdziwniejsze wydaje mi się wymaganie, aby osoba nadzorująca prowadzenie pojazdu była prawnym opiekunem kandydata/tki na kierowcę. Czy 30-letni kandydat na kierowcę będzie musiał jeździć ze swoim 60-letnim ojcem? A co z 30-latkiem, którego rodzice nie żyją lub nie mają prawa jazdy – kto wtedy będzie mógł z nim/nią jeździć? Przecież całkowicie wystarczyłoby, żeby na prawym fotelu zasiadała osoba mająca prawo jazdy kategorii B od co najmniej 5 lat (które nigdy nie było jej w tym czasie odebrane – to dość ważne). Stopień pokrewieństwa czy opieki prawnej nie wydaje mi się aż tak istotny.

Przywołajmy przykład dopuszczenia jazdy na motocyklach do 125 ccm z kategorią B

Pamiętam dobrze, jak instruktorzy szkół nauki jazdy motocyklem protestowali przeciwko umożliwieniu jazdy na jednośladach o pojemności 125 ccm z kategorią B. Pamiętam wypowiedź pewnego znanego specjalisty od wszystkiego (jest łysy i ma Chevroleta Corvette) na temat tego, jak to ludzie bez kategorii A rzucą się teraz na 125-tki i nastąpi „realne zagrożenie bezpieczeństwa ruchu drogowego w ogólności”. Wtórowali mu niektórzy policjanci i szefowie WORD-ów. Motocykliści z doświadczeniem i poważaniem w branży, jak Lech Potyński czy Tomasz Kulik, popierali jednak ten pomysł.

Zajmujące się rozpowszechnianiem bredni na temat ruchu drogowego portale w rodzaju brd24.pl próbują nieporadnie atakować ten przepis, wypluwając tytuły w rodzaju „Śmiertelne żniwo po wpuszczeniu kierowców kategorii B na motocykle 125 ccm”. Jest to najzwyklejsze kłamstwo. Liczba wypadków z udziałem motocykli rzeczywiście wzrosła, bo… znacząco wzrósł ruch motocyklowy. Dziesięć owiec zjada więcej trawy niż dwie owce. Co ciekawe, liczba wypadków wzrosła mniej niż wynikałoby to z wzrostu ruchu motocyklowego. Motocykliści jeżdżący pojazdami o pojemności do 125 ccm byli w 2016 r. sprawcami 172 wypadków, tj. 0,6% ogółu i to mimo ogromnego wzrostu ogólnej liczby kilometrów przejechanych takimi jednośladami. Dla porównania, motocykliści na większych maszynach spowodowali 823 wypadki, a rowerzyści – 1778 wypadków. Dopuszczenie jazdy na 125 ccm posiadaczom kategorii B nie wpłynęło tak naprawdę w ogóle na bezpieczeństwo ruchu drogowego. Po prostu więcej osób jeździ na 125 ccm, w tym niżej podpisany. Po raz kolejny okazało się, że zezwolenie na coś, co wcześniej było zakazane, nie powoduje skutków negatywnych. Ciekawostka: w niektórych stanach Stanów Zjednoczonych dopuszczono palenie zielska. Długofalowym skutkiem okazał się być spadek ludzi palących zioło i zażywających opioidy.

Abstrahując jednak od jarania blantów…

O ile ten rząd ma większe niż poprzedni tendencje do trzymania za mordę, o tyle w tej dziedzinie jaką jest ruch drogowy czy rejestracja pojazdów póki co wykazuje się zadziwiającym rozsądkiem. Ludzie mają samochody i jeżdżą samochodami. Jest to realna część życia społecznego. Nie luksus dostępny wąskiej grupce automobilistów w pilotkach i okularach przeciwpyłowych. Uzyskanie prawa jazdy czy rejestracja samochodu powinny być prostymi czynnościami. Jedynie późniejsze korzystanie z nich należy kontrolować i porządkować, a przede wszystkim edukować kierowców (i nie tylko, bo rowerzystów też) na temat skutków nierozsądnej jazdy. To tak jak z papierosami: obrazki z wnętrznościami przeżartymi przez dym tytoniowy nie zakazują nikomu palenia, ale działają na wyobraźnię. Bez pozwolenia na ćwiczenie umiejętności za kółkiem nie będzie dobrych kierowców. Główny nacisk trzeba położyć na pobudzanie wyobraźni młodych kierowców, odwodząc ich od udawania króla driftu w zardzewiałym BMW E36. W mojej opinii projektowany przepis nie tylko nie spowoduje wzrostu liczby wypadków, ale wręcz w dłuższej perspektywie wpłynie na jej spadek, podnosząc ogólne doświadczenie i umiejętności kierowców.

 

Musisz przeczytać:

Musisz przeczytać

Autoblog na Instagramie

Autoblog na Instagramie