Klasyki / Ciekawostki

4-drzwiowy Chevrolet Corvette byłby świetny, gdyby nie nadmiar pomidorowej

Klasyki / Ciekawostki 06.11.2018 36 interakcji
Piotr Szary
Piotr Szary 06.11.2018

4-drzwiowy Chevrolet Corvette byłby świetny, gdyby nie nadmiar pomidorowej

Piotr Szary
Piotr Szary06.11.2018
36 interakcji Dołącz do dyskusji

Wymienić kilka amerykańskich sedanów dostępnych na przełomie lat 70. i 80. XX wieku? Banał. Ford Fairmont, Plymouth Gran Fury, Dodge Diplomat, Chevrolet Corvette… czekaj, jak to?

Przecież Chevrolet Corvette to rasowe, amerykańskie coupe, co to za bzdury! – zakrzykniecie. Zasadniczo to by się zgadzało, gdyby nie pewien szkopuł. Rzecz w tym, że naprawdę istnieje coś takiego jak 4-drzwiowe Corvette. Co więcej, zbudowano więcej niż jedną sztukę. Na dodatek jedno z takich aut jest właśnie na sprzedaż.

Chevrolet Corvette
fot. NBS Auto Showroom

Zacznijmy jednak od początku: skąd w ogóle wzięło się takie auto?

Opis na stronie salonu NBS Auto Showroom oferującego nietypowe auto sugeruje, że sedan na bazie Corvette generacji C3 był dziełem fabryki. Nie do końca jest to prawdą. Owszem, pomysł na 4-miejscowego sportowego Chevroleta był własny, ale jego realizację powierzono firmie California Custom Coach z Pasadeny. W sumie powstało 6 sztuk (w tym jeden prototyp), z czego do dziś przetrwały prawdopodobnie tylko 2. Samochód miał nosić nazwę Corvette America. Wielkość planowanej produkcji nie była jednak porażająca: planowano wytwarzanie zaledwie 40 sztuk (!) rocznie. Większa produkcja prawdopodobnie i tak nie miałaby sensu.

4-drzwiowy Chevrolet Corvette miał bowiem kosztować ok. 35 tys. dol.

Żeby mieć lepsze pojęcie, jak wysoka była to cena dodajmy, że model ze standardowym nadwoziem 2-drzwiowym kosztował w tym czasie niemal trzykrotnie mniej – 13 tys. dol. Wiele elementów z seryjnego auta nie nadawało się do zastosowania w sedanach, co dodatkowo podnosiło cenę. Na pokładzie nie brakło też niestandardowych rozwiązań – aby otworzyć Corvette Americę, należało na panelu umieszczonym na drzwiach kierowcy wstukać odpowiedni kod, co odblokowywało wszystkie drzwi. Poza tym była tu też otwierana tylna szyba – rozwiązanie, które w seryjnym modelu pojawiło się dopiero w 1982 r.

Chevrolet Corvette
fot. NBS Auto Showroom

Ale – co najważniejsze – nie zrezygnowano z dachu typu T-Top!

Dzięki temu zarówno pasażerowie przednich, jak i tylnych siedzeń mogli podróżować z wiatrem we włosach. O odpowiednie ilości tegoż dbał seryjny small-block V8 o pojemności 350 cali sześciennych (5,7 l) i mocy ok. 200 KM. Wskazywałoby to prawdopodobnie albo na jednostkę L-48, albo L-82 – sprzedawca niestety nie podał tej informacji. Trochę szkoda, zważywszy na fakt, że przez cały okres produkcji Corvette C3 stosowano tam w sumie co najmniej… 7 silników o pojemności 5,7 l. Motor sprzężono z 4-biegowym automatem.

Amerykański samochód ma jednak dwa problemy.

Pierwszym jest wnętrze. Ja rozumiem, że czerwone wnętrze może wyglądać naprawdę w porządku i są fani takiego rozwiązania. Jednak kiedy czerwone jest i nadwozie, i całe wnętrze, to chyba robi się tej czerwieni odrobinę za dużo. Osobiście czułbym się tak, jakbym podróżował garem zupy pomidorowej. Nie żebym nie lubił zupy pomidorowej, ale jej stężenie w tym aucie przekracza wszelkie granice.

Chevrolet Corvette
fot. NBS Auto Showroom

Druga wada to cena.

Chevrolet pierwotnie wystawiony został za 217 203 dol. Mniejsza z tym, po co im przy takich kwotach te 3 dolary, bo cenę wywoławczą już nieco obniżono. Do 216 427 dol. Z jednej strony mamy więc kwotę, która nadal najlepiej sprawdzałaby się w kosmosie – tam, skąd ją wzięto. Z drugiej – 8 lat temu ten sam egzemplarz wystawiano na sprzedaż za okrągłe 300 tys. zielonych, więc już na starcie mamy w kieszeni ponad 80 tys. dol. To nawet cieszy, ale tylko do momentu, kiedy sobie nie uświadomimy, że za 121 tys. dol. można wyjechać z salonu fabrycznie nową Corvette ZR-1. Ba – nawet te zaoszczędzone 80 tysięcy starczyłoby na zakup nieco słabszej, ale i tak piorunująco szybkiej wersji Z06. Jeszcze tańszy z pewnością będzie 4-drzwiowy Ford Mustang, gdy już pojawi się na rynku w kategorii sportowych sedanów 4-drzwiowych coupe.

W normalnej sytuacji byłbym rozdarty.

Za 4-drzwiową ciekawostką z 1980 r. stoją niezaprzeczalne zalety, takie jak doskonały stan techniczny, wyjątkowa rzadkość i – oczywiście – możliwość zabrania w podróż trzech osób zamiast jednej. Jednak w tym przypadku cena jest chyba wywindowana zbyt wysoko. Oraz przesadzono ze stężeniem barwy pomidorowej.

Musisz przeczytać:

Musisz przeczytać

Autoblog na Instagramie

Autoblog na Instagramie