REKLAMA
  1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Filmy

"Dragon Ball" wraca z filmem, o którym marzyli fani anime. Hity z lat 90. dostają drugie życie

Kinowa premiera "Dragon Ball Super: Super Hero" to dopiero drugi taki przypadek w historii rodzimej branży. Pojawienie się pełnometrażowej produkcji anime na dużym ekranie nie jest jednak przypadkiem. Kultowe tytuły z lat 90. od pewnego czasu cieszą się rosnącym zainteresowaniem, co nie mogło ominąć "Dragon Balla". Ale to oczywiście nie jedyny powód, dla którego warto obejrzeć film z Gohanem i Piccolo.

dragon ball super super hero film
REKLAMA

Goku, Vegeta, Gohan i Piccolo w kinach to nieczęste wydarzenie. "Dragon Ball Super: Super Hero" dostąpił zaszczytu, który nie spotkał dwóch ostatnich pełnometrażowych tytułów z tej marki - "Dragon Ball Super: Broly" i "Dragon Ball Z: Resurrection F". Ani, skoro o tym mowa, w zasadzie żadnej z poprzednich "kinówek". Tylko dwa filmy pokazywano na dużym ekranie w Polsce, ale było to niezwykle dawno temu. Dokładniej mówiąc, chodzi o łączoną premierę "Dragon Ball Z: Fuzja" i "Dragon Ball Z: Atak smoka" w 2002 roku.

W tym wszystkim nie ma jednak przypadku. Po pierwsze, marka "Dragon Ball" w ostatnich latach zaliczyła dosyć wyraźny wzrost. Wszystko dzięki kontrowersyjnemu i często krytykowanemu, ale popularnemu serialowi "Dragon Ball Super", nadal publikowanej mandze i grom wideo (ze szczególnym uwzględnieniem "Dragon Ball FigherZ").

REKLAMA
Dragon Ball Z - filmy

Po drugie, branża kinowa wreszcie dostrzegła opłacalność szerokiego dystrybuowania anime w kinach. Filmy takie "Jujutsu Kaisen 0" czy "Demon Slayer the Movie: Mugen Train" w Stanach Zjednoczonych notowały wyniki otwarcia na poziome około 20 mln dolarów, a nawet w Polsce Stowarzyszenie Nowe Horyzonty zdecydowało się wypuścić przed kilkoma miesiącami genialne anime "Belle". Wreszcie po trzecie, trend powracających po latach popularnych anime z końca XX i początku XXI wieku jest zdecydowanie szerszym zjawiskiem i nie dotyczy tylko "Dragon Balla".

Kultowe anime wracają - jak wypadł "Dragon Ball Super: Super Hero"?

Podobny wstęp niektórym z was może wydać się niepotrzebny, ale bardzo trudno dyskutować o dostępnym od piątku w kinach filmie bez zahaczenia o szerszą historię serii. Również dlatego, że "Dragon Ball Super: Super Hero" wyraźnie odwołuje się do przeszłości, a jego główny wątek podąża w rzeczywistości za fanowską meta narracją. Chodzi oczywiście o ojcowsko-synowską relację łączącą Picollo z Gohanem oraz tezę o fatalnych umiejętnościach rodzicielskich Goku. Fandom od dawna żyje w przekonaniu, że "prawdziwym" ojcem męża Videl jest właśnie Nameczanin, a scenariusz napisany przez samego Akirę Toriyamę podąża dokładnie tym samym torem.

Historia stawiająca Gohana i Piccolo na pierwszym planie była zresztą życzeniem fanów od bardzo wielu lat. Jedną z największych słabości Toriyamy od zawsze było to, że nie potrafił korzystać z drugiego planu i dawać mu wystarczająco dużo do roboty. Poza takimi wyjątkami jak walka Piccolo z Androidem 17 czy popis Tien Shinhana przeciwko Komórczakowi w dalszej części mangi i anime bohaterowie poza Goku i Vegetą przeważnie nie mieli nic do roboty. Największy upadek spotkał oczywiście Gohana, którego żenująca postawa w "Dragon Ball Z: Resurrection F" do dzisiaj budzi niesmak w fandomie.

"Dragon Ball Super: Super Hero" próbuje do pewnego stopnia naprawić tamte błędy i robi to przeważnie w sposób dosyć inteligentny (choć nie zawsze "wywalczony" przez postacie). Punktem wyjścia dla fabuły jest powrót do dawnej pozycji Armii Czerwonej Wstęgi, która przy pomocy doktora Hedo (wnuka doktora Gero) i jego androidów chce na nowo przejąć władzę nad światem. W czym przeszkodzić mogą tylko rzekomo trzęsący światem i działający pod dowództwem Bulmy Wojownicy Z. Stawki przedstawione w "Dragon Ball Super: Super Hero" są w zauważalny sposób niższe niż w dwóch poprzednich filmach, ale ta decyzja działa na korzyść całej historii.

"Dragon Ball Super: Super Hero" stoi relacjami między Piccolo a Gohanem i jego córką o imieniu Pan.

Dragon Ball Super: Super Hero - w kinach

Ta trójka pełni tutaj najistotniejszą rolę, a ich wzajemne interakcje przynoszą zdecydowanie największą frajdę. Choć zagrożenie ze strony Armii i jej androidów (Gamma #1 i Gamma #2 stanową udane dodatki do szerokiego świata "Dragon Balla") jest całkiem realne, to Piccolo traktuje zamieszanie głównie jako okazję, by wyrwać swojego przyszywanego syna do boju. Bo zapatrzony we własną pracę Gohan nie tylko zaniedbuje treningi, ale też relację z własną córką.

Jako wielki fan Szatana Serduszko (ach, to tłumaczenie z RTL 7) z olbrzymią przyjemnością oglądałem jego perypetie w nowym filmie. Fani Gohana pewnie chcieliby trochę więcej swojego bohatera, ale z drugiej strony na tym etapie naprawdę nie powinni narzekać na to, co otrzymali. Z kolei Goku i Vegeta pojawiają się tutaj głównie po to, by swoim występem w trailerze zachęcić widzów do kupienia biletów. Nie mają w rzeczywistości żadnego wpływu na fabułę, ale ich obecność łączy produkcję z "Dragon Ball Super: Broly" i zarazem dostarcza widzom całkiem ciekawą scenę po napisach.

Anime z lat 90. i początku XXI wieku wracają. Niekiedy jak w "Bleach: Thousand-Year Blood War" czy "Dragon Ball Super: Super Hero" z drastycznie zmienioną stroną wizualną.

Najwięcej kontrowersji przy okazji premiery nowego "Dragon Balla" wywołała oczywiście decyzja, żeby zrobić film w całości w 3D. Elementy grafiki komputerowej pojawiały się już przy "Dragon Ball Super: Broly", ale tym razem twórcy produkcji poszli na całość. Co doprowadziło do (w gruncie rzecz) połowicznego sukcesu. Strona wizualna filmu jest mocno wystylizowana, a sceny akcji przynajmniej próbują dorównać swoją intensywnością tym znanym z "Dragon Ball Z".

Niestety, "Super Hero" nawet w swoich najbardziej imponujących momentach (a tych kilka się znajdzie) nie wygląda tak dobrze jak poprzednia część. Dwa wymiary po prostu lepiej pasują do tej serii. Z drugiej strony, tragicznie też nie jest. Bohaterowie poruszają się naturalnie i brak im sztywności tak często widocznej w japońskich serialach animowanych tworzonych przy pomocy techniki 3D (takich jak "ULTRAMAN" czy "Ghost in the Shell: SAC_2045").

REKLAMA

Inna sprawa, że fani anime nie zadowalają się byle czym, a czasem mają po prostu wygórowane oczekiwania. Dlatego w sieci dało się znaleźć nawet narzekania na nową stronę wizualną finałowego sezonu "Bleacha", choć przecież powyższe zwiastuny prezentują absolutnie perfekcyjnie. Odpowiedzialne za nadchodzącą wielkimi krokami produkcję studio Pierrot postawiło jednak na nieco inny styl, a mangaka Tite Kubo chciał, by anime wykorzystywało bardziej współczesną kolorystkę. Dlatego "Bleach: Thousand-Year Blood War" będzie wyglądać diametralnie odmienne od oryginalnej serii.

Czy to źle? W żadnym razie, powroty do klasycznych anime muszą nieść ze sobą coś nowego. W przeciwnym wypadku szybko zamieniłyby się w kiepską podróbkę. Również w "Dragon Ball Super: Super Hero" nie brak wizualnych smaczków (m.in. tych nawiązujących do "Batmana" z Adamem Westem), które nie wywarłyby podobnego efektu w 2D. Każdy kij ma dwa końce. Dlatego fani powinni cieszyć się, że klasyczne opowieści z ich dzieciństwa wciąż cieszą się zainteresowaniem nowych artystów i inspirują ich do tworzenia kolejnych produkcji. Czasem te eksperymenty z formą przynoszą lepsze ("Bleach: Thousand-Year Blood War"), czasem gorsze efekty ("Dragon Ball Super: Super Hero"), ale lepsze to niż deptanie po własnych śladach tak długo, aż zaczynamy kręcić się w kółko.

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA