REKLAMA
  1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Seriale

"Miłość, śmierć i roboty" to fenomen Netfliksa. Byłem zachwycony, a teraz ciągle starszą mnie apokalipsą

Pierwsza część "Miłość, śmierć i roboty" była prawdziwym animowanym fenomenem i dowodem na to, że Netflix potrafi się wykazać inwencją i oryginalnością, o ile tylko tego pragnie. Nowy i 3. z kolei sezon antologii science fiction pokazał jednak, że niełatwo będzie ponownie uchwycić błyskawicę w butelkę. Czy najnowsze odcinki produkcji świadczą o jej powrocie do formy? A może ostatecznie udowadniają, co było z nią nie tak?

miłość śmierć i roboty recenzja cześć 3 netflix animacje
REKLAMA

W 2019 roku powtarzane od pewnego czasu pochwały pod adresem animowanych produkcji Netfliksa przemieniły się w prawdziwy zachwyty. Wszystko za sprawą serii krótkometrażowych filmów animowanych zebranych pod szyldem "Miłość, śmierć i roboty". Zaprezentowane przez platformę produkcje były różnorodne, wciągające, cudownie krwawe, a nierzadko też mające coś ciekawego do powiedzenia. W dodatku za ich powstanie odpowiadało aż 15 różnych studiów animacji, co zapewniło widzom największy przegląd artystów animacji od bardzo wielu lat.

Jakże bolesny był więc kontrast, gdy zestawialiśmy tamto arcydzieło ze znacznie skromniejszym i dużo słabszym 2. sezonem antologii "Miłość, śmierć i roboty". Zamiast 18 epizodów dostaliśmy tylko osiem, w dodatku stworzonych jakby kompletnie bez pomysłu i werwy. Premierowa odsłona serii miała w sobie olbrzymią energię, sporo autoironii i może trochę szczeniackie (ale godne uwagi) poczucie buntu. W porównaniu do niej 2. część wydawała się stworzona jakby pod linijkę, w czym nie pomagało zmniejszenie liczby studiów pracujących przy antologii do zaledwie sześciu.

REKLAMA

Miłość, śmierć i roboty - recenzja 3. sezonu

Przyznam więc szczerze, że obawiałem się premiery najnowszego sezonu. Dalsza dominacja studiów Blur i Blow, tworzących w bardzo podobny semi-realistycznym stylu, wydawała mi się wręcz nieunikniona. Byłoby to zresztą niejako potwierdzeniem ostatnich problemów Netfliksa i ich nowej strategii względem animacji, która zakłada podobno wzorowanie się na popularnych tytułach takich jak "Dzieciak rządzi".

Tim Miller niby podkreślał, że początkowo planowali 2. i 3. sezon jako jedną całość, ale Netflix chciał dostać odcinki wcześniej, więc w sumie tak powinniśmy je traktować. Trudno mi było jednak do końca zaakceptować, że platforma przez te dwa lata w żaden sposób nie wpływała na produkcję kolejnych odcinków/filmów. Ta niepewność trwała więc aż do 9 maja i premiery zwiastuna, który wlał w serce sporo nadziei. Zaprezentowany tam humor może nie zachwycał, ale niektóre animacje wyglądały po prostu zjawiskowo. Trzeba było tylko trzymać kciuki za równie świetne fabuły, bo z tym bywało wcześniej różnie.

Po obejrzeniu całości mogę do pewnego stopnia potwierdzić swoje pierwsze wrażenia. Jest pięknie, trochę drętwo, a pod względem fabuły bardzo nierówno. Antologia "Miłość, śmierć i roboty" nie zanurzyła się może całkowicie w przeciętności, ale mimo wszystko powoli rozmywa pozostawione po sobie świetne pierwsze wrażenie. Ma w sobie ewidentnie coraz mniej oryginalności, ale gdy któryś z pojedynczych filmów się udaje, to osiąga absolutny szczyt.

Im dłużej oglądam "Miłość, śmierć i roboty", tym łatwiej mi dostrzec wiążące całość szwy.

Na pierwszy rzut oka seria w 3. sezonie podejmuje kilka dobrych decyzji. Na dziewięć odcinków tylko dwa stworzyła jedna i ta sama firma (chodzi o "Niekomfortową podróż" i "Rój" autorstwa Blur Studios). Oprócz tego dostaliśmy też po jednym odcinku od Blow Studio, Polygon Pictures, BUCK, Titmouse Inc., Axis Studios, Sony Pictures Imageworks i Pinkman.tv. Niestety, większa różnorodność artystów tym razem nie przełożyła się na większą różnorodność opowieści. Można odnieść wrażenie, że mnóstwo historii z "Miłość, śmierć i roboty" jest do siebie podobnych jak dwie krople wody. Jeżeli zna się też poprzednie sezony, to wspomniane odczucie jeszcze się pogłębia.

W kółko dostajemy filmy o grupie żołnierzy walczących w nierównej walce z jakimś potworem, silące się na śmieszność satyry o ludzkiej apokalipsie, spotkania samotnych astronautów z potężną obcą istotą lub opowiastki o starciu jakiegoś przeciętnego obywatela z zaskakującym przeciwnikiem. Myślicie, że żartuję? W 3. sezonie "Miłość, śmierć i roboty" znajdziecie dwie produkcje z pierwszej grupy, dwie z drugiej, dwie z trzeciej i jedną z ostatniej. Naprawdę oryginalne są tylko wyreżyserowana przez Davida Finchera "Niesamowita podróż" i przepiękne "Jibaro".

Czy to jest jedyne kryterium, przez które powinniśmy oceniać ten sezon? Oczywiście nie. Przy wszystkich moich obiekcjach do poprzedniej odsłony, jestem w stanie trzeźwo ocenić, że zawierała ona w sobie więcej ciekawych pomysłów i chęci do powiedzenia czegoś znamiennego. Tylko co z tego, jeśli większość odcinków była diabelnie nudna? Debiutująca dzisiaj 3. część wraca do pewnego stopnia do heavy metalowych korzeni serii. Jest krwawo, często odjechanie, to po prostu brutalna jazda bez trzymanki.

REKLAMA

Od strony animacji "Miłość, śmierć i roboty: część 3" często zachwyca. Fabuła za to leci schematami science fiction.

Antologia science fiction Netfliksa w dalszym ciągu stanowi absolutny wizualny popis. Osobiście wolałbym nieco większą estetyczną różnorodność między poszczególnymi filmami, ale jakakolwiek krytyka pracy wykonanej przez animatorów nie ma tutaj najmniejszego sensu. Natomiast od strony fabularnej znajdziemu tu schemat na schemacie i nieco tchórzliwą tendencję do urywania zakończeń. Nie ma może tragedii, ale kilka tytułów stoi na zauważalnie słabszym poziomie od reszty. I choć w przypadku antologii nie jest to może wielkim zaskoczeniem, to po takiej serii jak "Miłość, śmierć i roboty" mimo wszystko chciałbym się spodziewać trochę więcej. A chyba powoli nie starcza mi do tego argumentów.

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA