REKLAMA
  1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Filmy

"Doktor Strange 2" mnie wkurzył. To nie jest najgorszy film Marvela, ale poprzeczka nie była wysoko

Najważniejszy film Marvela od czasu "Avengers: Koniec gry", czyli "Doktor Strange w multiwersum obłędu", już za nami. Co się udało, a co nie do końca? Patrzymy krytycznym okiem na ten mały festiwal cameo, który wywrócił oczekiwania fanów do góry nogami. Recenzja "Doktor Strange 2" ze spoilerami.

doktor strange 2 cameo recenzja spoilery
REKLAMA

W materiale omawiam fabułę najnowszej produkcji Marvela. Recenzję filmu "Doktor Strange w multiwersum obłędu" bez spoilerów znajdziecie w osobnym tekście.

Zapowiadało się na to, że "Doktor Strange 2" będzie takim "Avengers 4.5" i duchowym spadkobiercą "Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów" z całą plejadą starych i całkiem nowych postaci Marvela. W praktyce to całe tytułowe multiwersum zostało jednak wykorzystane przez Sama Raimiego po łebkach! Co prawda to właśnie dzięki temu cameo nie przyćmiły (na szczęście!) tytułowego bohatera, ale to nie oznacza (niestety), że 28. film z cyklu MCU wypadł idealnie.

Czytaj też:

REKLAMA

"Doktor Strange w multiwersum obłędu", bo pod takim tytułem dzieło Disneya trafiło do kin, jest filmem szalenie nierównym. Obraz jest pełen sprzeczności i dziur w scenariuszu, a im dłużej o nim myślę, tym więcej rzeczy zaczyna mnie wkurzać - i nie chodzi tutaj wcale o niespełnione oczekiwania. Największym problemem jest to, w jaki sposób scenarzysta Michael Waldron potraktował Wandę Maximoff, spuszczając w toalecie rozwój tej postaci z serialu "WandaVision".

Doktor Strange w multiwersum obłędu - spoilerów recenzja

Doktor Strange 2 - recenzja ze spoilerami

Nie zrozumcie mnie źle: sam pomysł na to, aby antagonistką w nowym filmie była upadła bohaterka, jest całkiem niezły, nawet jeśli nieco oklepany. Problem w tym, że nie podoba mi się ewolucja tej postaci, skoro pod koniec "WandaVision" zrozumiała, że popełniła błąd, a i tak zaczęła czytać magiczną księgę Darkhold, co wypaczyło jej charakter. W dodatku widzowie, którzy nie widzieli serialu, bo np. nie mają dostępu do Disney+ jak Polacy, mogą być tu srogo zdziwieni.

Tyle dobrego, że "Doktor Strange 2" nie robi tajemnicy z tego, kto goni Amerykę Chavez. Moment opadnięcia maski Wandy był zaskakujący, a występ Elizabeth Olsen pełen emocji. Niestety od tej pory Maximoff, która toczka w toczkę podąża drogą Dartha Vadera z "Gwiezdnych wojen", stała się chodzącąkulejącą kliszą. Trudno uwierzyć, że w social media można znaleźć ludzi, którzy solidaryzują się ze Szkarłatną Wiedźmą, mimo że film zrobił z niej morderczynię. Sam Raimi zaś przyznał, że nie oglądał całego "WandaVision" i to niestety widać.

Doktor Strange 2 - opinie

Brak szerszej współpracy pomiędzy twórcami kolejnych filmów i animacji Disneya o superbohaterach staje się coraz większym problemem 4. fazy Marvel Cinematic Universe. Co prawda nie mamy tutaj żadnych dziur w fabule na tyle dużych, aby nie udało się ich zasypać przy odpowiedniej dozie samozaparcia, ale i tak pozostaje niedosyt. Zmiana charakteru Wandy o 180 stopni w trakcie sceny po napisach serialu to jedno, a do tego dochodzą te nieszczęsne cameo.

"Doktor Strange 2" z jednej strony wbrew obawom nie przesadził z tymi gościnnymi występami, a z drugiej nie tak wyobrażałem sobie debiut Fantastycznej Czwórki i X-Menów w MCU.

Mimo to nie mam Marvelowi specjalnie tego za złe, bo przynajmniej udało mu się mnie zaskoczyć - i to kilka razy! Już sam skład Illuminati to miła niespodzianka. Tak jak wiedziałem, że będzie Xavier, tak spoilerów związanych z Reedem Richardsem i Blackboltem uniknąłem.

Niestety nowy film nie umiał sprawić, bym przejmował się losem tych herosów z Ziemi-838. Sam pomysł, by zadufanych w sobie Illuminati posłać do piachu w kilka minut, był świetny - tego się nie spodziewałem. Szkoda jednak, że Marvel nie zdecydował się na to, by przedstawić nam mieszkańców tego uniwersum wcześniej w jakimś innym filmie i serialu lub np. sięgnąć po postaci z produkcji, które powstały przed premierą "Iron Mana" z 2008 roku. Wtedy ładunek emocjonalny związany z ich uśmierceniem przez oszalałą Wandę byłby znacznie większy.

Żałuję też, że Marvel zdecydował się zagrać na nosie fanom "What If...?". Spodziewaliśmy się po zwiastunach, że postaci takie jak Kapitan Carter, mroczny wariant Stephena i zombie z "Doktora Strange'a 2" będą pochodziły właśnie z tej animacji, a okazało się, że to po prostu kolejne wersje znanych postaci. Również i je spotykamy tutaj pierwszy raz, tak jak Illuminatów (podobnie było też z Wandą z Ziemi-838, o której również kompletnie nic nie wiemy).

Tyle dobrego, że mamy przynajmniej sporo Doktora Strange'a w nowym "Doktorze Strange'u".

Benedict Cumberbatch wypadł fenomenalnie jako czarodziej, który zdążył dojrzeć. Nadal się od czasu do czasu popisuje (w tym z zamianą wody w wino), nadal robi sobie żarty (i to nawet z nowego Najwyższego Czarnoksiężnika) i nadal nie pogodził się z utratą ukochanej (czemu dał wyraz na jej ślubie), ale wbrew obawom nie zmienił się w Tony'ego Starka 2.0. W dodatku nawet jeśli popełnia błędy, to uczy się na nich i ma już wyraźnie zarysowany charakter(ek).

Niestety na tle Doktora z Ziemi-616 jego inne warianty, które widzieliśmy, wypadają gorzej. Defender Strange z prologu zginął jeszcze zanim zdążyliśmy się z nim zapoznać, a nowy Mroczny Strange jest tylko marną podróbką tego znanego z "What If...?". Zabrakło scen, które nadałyby przynajmniej części z tych wielu nowych postaci głębi. W filmie, który trafił do kin, wszyscy przedstawiciele drugiego planu (może poza Wongiem) robią za jednowymiarowe tło.

"Doktor Strange w multiwersum obłędu" był zbyt krótki jak na historię, którą chciano nam opowiedzieć.

Marvel tym razem celował w film trwający mniej więcej dwie godziny, chociaż scenariusza wystarczyłoby nawet na sezon serialu w serwisie Disney+ (albo dwa). W dodatku - jeśli wierzyć plotkom - to pierwotnie "Doktor Strange 2" był aż o 40 minut dłuższy, a ogromna ilość materiału została na stole montażowym. Użycie go nie rozwiązałoby co prawda tych fundamentalnych problemów ze scenariuszem, ale dałoby przynajmniej nieco oddechu pomiędzy kolejnymi scenami akcji.

"Doktor Strange w multiwersum obłędu" gna cały czas na najwyższych obrotach, a pomiędzy pojedynkami i pościgami stawia na klasyczną ekspozycję za pośrednictwem dialogów, łamiąc kardynalną zasadę "nie mów, tylko pokazuj". Na szczęście przy okazji Sam Raimi uraczył nam kilkoma naprawdę zapadającymi w pamięć sekwencjami z walką na nuty na czele. Kampowa stylistyka pościgu Wandy, której puściły wszelkie hamulce, również wypadła świetnie.

Nie można jednak powiedzieć, aby "Doktor Strange 2" był horrorem.

Tak jak "Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz" był zwrotem w kierunku kina szpiegowskiego, a "Ant-Man" to rzeczywiście typowy film z gatunku heist, tak klasyfikowanie sequela "Doktora Strange'a" jako horror byłoby już nadużyciem. To tylko i aż typowy superbohaterski blockbuster, w którym udało się wpleść parę motywów kojarzonych z horrorami - i tyle. Nie uważam jednak tego za coś złego, a pod tym względem w dodatku moje oczekiwania pokryły się z rzeczywistością.

Z kolei jako nomen omen strzał w pysk odebrałem obie sceny po napisach. Oczekiwałem, że Disney wreszcie pokaże nam, jaki jest motyw przewodni 4. fazy MCU, a tutaj w jednej chwili Strange pada na chodnik i zaczyna mrugać trzecim okiem, a w drugiej chodzi sobie jak nigdy nic po tym samym chodniku, by nawiedziła go niejaka Clea (Charlize Theron). Druga scena zaś była wyłącznie hermetycznym żartem, którego sens załapać mogli jedynie fani Sama Raimiego.

Doktor Strange w multiwersum obłędu - czy warto obejrzeć film?

Mimo tych wszystkich moich uwag nie uważam jednak seansu "Doktora Strange'a 2" za stracony czas. Najnowszy film z cyklu Marvel Cinematic Universe trapi kilka problemów, ale jeśli tylko widz pogodzi się z kilkoma decyzjami podjętymi przez reżysera i scenarzystę, to można się na nim bardzo dobrze bawić. Z pewnością "Doktor Strange 2" wypadł lepiej niż "Czarna Wdowa", "Shang-Chi i Legenda dziesięciu pierścieni" oraz "Eternals", czyli wszystkie pozostałe filmy produkcji Marvel Studios zaliczane do 4. fazy (aczkolwiek poprzeczka leżała nisko).

Niezwykle podoba mi się też motyw wykorzystania snów w kontekście multiwersum i zrobienie z nich swoistych okien na inne wszechświaty. Gdy będę oglądał ponownie wszystkie poprzednie filmy z tego cyklu, co planuję zrobić zaraz po wejściu Disney+ do Polski, z pewnością będę zwracał uwagę na wzmianki o tym, co śniło się bohaterom. Te ich uważne do tej pory za niewinne wypowiedzi nabrały teraz głębszego sensu i mrocznego drugiego dna.

REKLAMA

Liczę przy tym na to, że Marvel wreszcie się rozkręci i zacznie wreszcie spinać kolejne produkcje narracyjną klamrą. To poniekąd też blamaż dla Disneya, że po dwóch latach 4. fazy MCU najlepszą z kinowych produkcji jest osadzony w tym samym uniwersum "Spider-Man: Bez drogi do domu" od wytwórni Sony, w którym znany z seriali "Loki" oraz "What If...?" motyw wieloświatu przedstawiono po raz pierwszy w ramach tego cyklu na srebrnym ekranie.

* Zdjęcie główne: @akithefull

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA