REKLAMA
  1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Filmy

Już wiem, co mi najbardziej przeszkadza w "Gwiezdnych wojnach" od Disneya

Kiedy usłyszałem, że George Lucas sprzedał swoją odległą galaktykę, byłem pełen ostrożnego optymizmu. Teraz już niestety wiemy, że nowi właściciele praw do sagi upuścili piłeczkę. Chociaż w ofercie Myszki Miki pojawiły się świetne spin-offy oraz udane seriale "Star Wars", to same epizody nie spełniły pokładanych w nich oczekiwań. Ja z kolei po premierze ostatniego z nich sobie wreszcie uświadomiłem, co najbardziej mnie uwiera w "Gwiezdnych wojnach" od Disneya.

Star Wars Disney expanded universe jest slaby
REKLAMA
311 interakcji
dołącz do dyskusji

Jestem fanem sagi "Star Wars" już dłużej niż pół życia. Z perspektywy czasu żałuję jednak, że George Lucas sprzedał prawa do marki "Gwiezdne wojny" korporacji Disney. Od początku coś mnie w odległej galaktyce od Myszki Miki uwierało, a niedawno zrozumiałem wreszcie, co konkretnie mi tu nie pasuje.

Zdaję sobie oczywiście sprawę, że May the 4th to globalne święto fanów "Star Wars" i narzekanie na nie akurat dziś, to wręcz herezja. W tym roku nie mam jednak zamiaru celebrować tego dnia tak, jak w ostatnich latach. Mam już trzy krzyżyki na karku, więc najwyższa pora pobawić się w zgryźliwego tetryka.

Czytaj też:

REKLAMA

Gwiezdne wojny od Disneya: już wiem, co mi w nich przeszkadza

Oczywiście nadal jestem w stanie bawić się w adwokata Sitha w obronie "The Last Jedi", a nawet podczas oglądania zwiastuna IX epizodu szybciej zabiło mi serducho - ale i tak jestem po prostu rozczarowany tym, jak Disney potraktował tę markę oraz tych najwierniejszych fanów. Dla mnie to sprawa osobista.

W towarzystwie "Gwiezdnych wojen" dorastałem i były one zawsze bardzo ważną częścią mojego życia.

Pierwszą trylogię "Star Wars" obejrzałem, będąc jeszcze małym brzdącem. Pod choinką w 1997 roku znalazłem ten kultowy złoto-czarny zestaw kaset VHS z "Edycją Specjalną", który przez kolejne lata po prostu zajechałem, oglądając te same filmy raz po raz, chociaż od ich premiery minęły już wtedy de facto dwie dekady.

star wars may the 4th disney expanded universe 6
"Expanded Universe" to te moje "Gwiezdne wojny"

Później ze zdumieniem odkryłem, podczas przypadkowej wizyty w księgarni, że historia Luke’a, Lei, Hana i spółki nie skończyła się wraz z pokonaniem Imperatora! Zważcie też na to, że mowa tu o czasach, gdy internet w Polsce dopiero raczkował, a fani fantastyki zdani byli na magazyny, księgarnie, biblioteki i pocztę pantoflową.

Na szczęście niczym po nitce do kłębka dotarłem do świata "Expanded Universe".

Tym właśnie mianem określane były wszystkie dzieła popkultury bazujące na licencji "Gwiezdnych wojen". Składały się na nie liczne książki, komiksy, gry wideo itp. Te dzieła wydawane były od lat 80. ubiegłego wieku i rozszerzały filmowe historie na kilku różnych płaszczyznach, w kilku liniach czasowych.

Po kilkunastu latach śledzenia tego uniwersum oraz przeczytaniu ponad dwustu powieści od dziesiątek różnych autorów zrozumiałem, że "Expanded Universe" kręci mnie w zasadzie dużo bardziej niż filmy George’a Lucasa. Epizody to tylko taki punktem wyjścia dla historii opowiadanych przez innych twórców.

To dlatego ze zgrozą przyjąłem wiadomość, że Disney kasuje dotychczasowy pozafilmowy kanon i rozpisze historię "Star Wars" od nowa.

Rozumiałem oczywiście, dlaczego musiało tak się stać pod względem biznesowym. Ze smutkiem pożegnałem postaci, z którymi spędziłem całe dzieciństwo i początki mojej młodości. Uważam też, że marka "Star Wars" jak ulał pasuje do family-friendly portfolio Disneya i postanowiłem z otwartą głową chłonąć te nowe historie.

star wars may the 4th disney expanded universe 6
"Przebudzenie Mocy" na plakacie

Niestety po drodze coś poszło mocno nie tak. I nawet nie chodzi o to, że nowe pokolenie filmowych bohaterów jest mi całkowicie obojętne - przecież już wcześniej filmy były tylko fundamentem dla szerszego uniwersum. Niestety poza epizodami i spin-offami Disney nie ma nic konkretnego do zaoferowania.

Rey, Finn, Poe i Kylo wypadają po prostu blado na tle Mary Jade i Corrana Horna, Jacena i Jainy Solo oraz Revana i Dartha Bane’a.

Powstało już kilkanaście powieści, od kiedy "Gwiezdnymi wojnami" zarządza Disney, a do tego wydano dziesiątki zeszytów komiksowych, ale wszystkie te nowe historie to tylko popłuczyny po "Expanded Universe". Czuć, że w więszkości stoją za nimi nie artyści, tylko rzemieślnicy zatrudnieni przez księgowych.

Disney od początku grał zachowawczo. "Przebudzenie Mocy" to niemal remake "Nowej nadziei", a pozakinowe historie nie żyją własnym życiem. Problem w tym, że przez nie umiem się już nimi ekscytować. Opowiadają albo generyczne historie z udziałem Luke’a, Lei i Hana, albo są tylko tłem dla filmów.

Tak naprawdę to wszystkie pozakinowe historie z Odległej Galaktyki to… prequele.

W przypadku "Expanded Universe" wyglądało to przecież zgoła inaczej. Owszem, wiele książek, komiksów i gier opowiadało historie osadzone w przeszłości, w tym w zamierzchłych czasach Starej Republiki, ale na drugim biegunie były opowieści, które pchały historię całego uniwersum do przodu.

star wars may the 4th disney expanded universe 6
Chewbacca w Expanded Universe

Czytając kolejne tomy serii "Nowa Era Jedi" czy "Dziedzictwo Mocy" czułem, że podróżuję w nieznane i odkrywałem kolejny rozdział historii snutej od dekad. W dodatku autorzy nie bali się zmieniać status quo, a nawet okazjonalnie uśmiercali na kartach powieści ważne postaci, w tym te zaczerpnięte z filmów!

W serii "Star Wars" od Disneya nie pozostał po tym ślad.

"Ostatni Jedi" rozgrywa się zaraz po „Przebudzeniu Mocy”, więc nie było tutaj szansy na wciśnięcie opowieści w lukę pomiędzy epizodami. Te kilka prequeli wydanych pomiędzy tymi filmami - bardziej udanych jak "Bloodlines" i mniej udanych jak seria "Aftermath" - robią jednak tylko za tło dla wydarzeń, które już dobrze znamy.

Niestety w przypadku kolejnego filmu sytuacja się powtórzyła. Chociaż nadchodzący IX epizod o fatalnym tytule "The Rise of Skywalker" osadzony został fabularnie kilka lat po zakończeniu poprzedniej części, to Disney na tym poprzestał i po trzech latach od premiery filmu nadal nie wiemy, co działo się dalej.

Nie rozumiem tej awersji Disneya do dalszego rozwijania tego świata.

Nie dziwię się, że oczkiem w głowie Disneya nie są książki, które interesują garstkę fanów, tylko filmy (oraz seriale), które mają zarabiać nawet nie miliony, a miliardy dolarów (lub przyciągać widzów do Disney+). Niestety w kwestii epizodów korporacja pokpiła sprawę tak, że musiała się wycofać na z góry upatrzone pozycje.

star wars may the 4th disney expanded universe 6
Yuuzhan Vong z "Nowej Ery Jedi"

W czasach gdy Marvel - należący również do Disneya - jest w stanie wypuszczać kilka filmów o superbohaterach rocznie i każdy jest hitem, premiera "Hana Solo" na pół roku po kontrowersyjnym "Ostatnim Jedi" okazała się finansową klapą i to na tyle dużą, że zaprzestano pracę nad zapowiedzianym już trzecim spin-offem.

Trudno odpędzić od siebie myśli, że Disney w kilka lat urżnął łeb kurze znoszącej złote jaja.

REKLAMA

Wydawałoby się, że "Gwiezdne wojny" to taki samograj, a korporacja będzie mogła odcinać kupony od dotychczasowej popularności serii przez lata. W praktyce - nic bardziej mylnego. Zamiast w myśl zasady "jak działa, to nie rusz", robić to, co do tej pory, Disney próbował zmienić formułę. Niepotrzebnie.

W rezultacie w ledwie kilka lat korporacja zraziła do siebie kolejne grupy oddanych miłośników "Star Wars". Najpierw po zachowawczym "The Force Awakens" seria stracił w oczach osób, które oczekiwały nowego rozdania, a potem kontrowersyjny "The Last Jedi" zantagonizował tych ludzi, którzy zmian nie chcieli.

W międzyczasie Disney zadbał o to, by nie mieć kompletnie nic do zaoferowania fanom, dla których filmy były od zawsze tylko początkiem drogi, a nie celem samym w sobie. A ja dotarłem do momentu, gdy większe emocje budzi we mnie Marvel Cinematic Universe niż koniec historii rodu Skywalkerów...

Sprawdź nasze pozostałe teksty przygotowane z okazji May the 4th, czyli dnia "Star Wars"!

Felieton został pierwotnie opublikowany 4 maja 2019 roku i jest niestety nadal aktualny.

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA