REKLAMA
  1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Netflix

"365 dni: Ten dzień" szczytuje z Laurą i Massimo na pozycji nr 1. Film Netfliksa jest dla tych, co wstydzą się porno

Prawie dziewięć tys. lat - tyle czasu oglądaliśmy "365 dni: Ten dzień" na Netfliksie. Wszyscy. Na całym świecie. W minionym tygodniu film był numerem jeden na platformie w wielu krajach i teraz szczytuje na globalnej liście najpopularniejszych tytułów dostępnych w serwisie. Jak to tak? Przecież internet zapewnia nam dostęp do lepszego porno.

365 dni ten dzień netflix top10
REKLAMA

Nie oszukujmy się. "365 dni: Ten dzień" to pseudoporno. Kiedy bohaterowie nie uprawiają seksu, to o nim rozmawiają, bądź o nim fantazjują. Bliżej temu do retoryki hardcore'u niż softcore'u. Dla kogo więc ten film powstał? Według danych Netfliksa dla każdego. Tak wskazują wyniki oglądalności produkcji podane przez platformę.

W zeszłym tygodniu użytkownicy Netfliksa oglądali "365 dni: Ten dzień" przez niemal dziewięć tys. lat. Serio. Tyle czasu poświęciliśmy na tę szmirę w ciągu zaledwie pięciu dni od jej premiery (produkcja zadebiutowała w środę, 27 kwietnia). Dlatego stała się hitem platformy. Zajmuje pierwsze miejsce w globalnym zestawieniu najpopularniejszych filmów anglojęzycznych dostępnych w serwisie.

REKLAMA

365 dni: Ten dzień hitem Netfliksa

Według danych ze strony top10.netflix w zeszłym tygodniu poświęciliśmy łącznie niemal 78 mln godzin (sposób mierzenia oglądalności przez platformę, to temat na osobny tekst). Zgodnie z oczekiwaniami Netflix odhaczył więc kolejny hit. Jednocześnie przywrócił też do życia szlagier sprzed dwóch lat, bo pierwsza część "365 dni" również trafiła na wspomnianą listę - z nieco ponad 10 mln godzin na koncie zajęła pozycję czwartą.

365 dni: Ten dzień - Netflix

Na dwie adaptacje prozy Blanki Lipińskiej użytkownicy Netfliksa poświęcili łącznie około 88 mln godzin. Biorąc pod uwagę jakość obu filmów, może wydawać się to zaskakujące. Romantyzowanie gwałtu, pseudopornograficzne sceny, znikome ilości fabuły i absurdalne zwroty akcji - to wszystko czego można się po nich spodziewać. A jednak tłumnie je oglądaliśmy. Twórcy słusznie wyszli z założenia, że wystarczy obiecać pokazanie dupy, a widzowie zapomną o bożym świecie.

365 dni: Ten dzień - kto to ogląda?

REKLAMA

Odpowiedzi na powyższe pytanie może być wiele. Po "365 dni: Ten dzień" jasno widać, że zachwycić się nim mogą co najwyżej osoby, które wstydzą się oglądać porno. W końcu hardcore funkcjonuje w przestrzeni publicznej jako coś wulgarnego i niewłaściwego. Ale, gdy sceny seksu są krótkie i przerywane nawet najbardziej absurdalnymi dialogami, to już zupełnie inna sprawa. Te same uniesienia, a sumienie czyste, bo podniecenie zapewnia kino erotyczne, a nie filmik na Pornhubie.

Nie ma innego wytłumaczenia. To musi być ten właśnie mechanizm - porno to za dużo, porno pod płaszczem kina erotycznego będzie w sam raz. Może zakrawa to o hipokryzję, ale zasługuje na rozgrzeszenie. Softcore jako taki w X muzie na dzień dzisiejszy nie istnieje. Jego brak tłumaczy popularność "50 twarzy Greya" i "365 dni". Nie mamy alternatywy, więc zgadzamy się na półśrodki. Może jednak czas zmienić podejście i pójść na całość, odpalając hardcore w internecie? Niby to samo, ale marne aktorstwo i brak scenariusza w produkcjach XXX nie wprawia w zażenowanie.

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA