REKLAMA
  1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Netflix

Halo? Policja? Proszę przyjechać na Netfliksa. Nowe "365 dni" to zbrodnia na RiGCz-u

Najgłupsze momenty w "365 dni: Ten dzień"? Wszystkie. Netfliksowa kontynuacja erotycznego hitu na podstawie prozy Blanki Lipińskiej to istna zbrodnia na rozumie i godności człowieka. To wręcz zaskakujące, że platforma zaserwowała nam nawet gorszy wyrób filmopodobny niż część pierwsza.

365 dni 2 netflix najgorsze momenty premiera
REKLAMA

Uwaga! Film zawiera spoilery z filmu "365 dni: Ten dzień". Jeśli jeszcze nie widziałeś/aś produkcji, a zamierzasz to zrobić, przeczytaj po seansie.

To niesamowite. "Ten dzień" nie promuje co prawda kultury gwałtu, ale i tak wyszedł gorzej niż pierwsza część "365 dni". Barbara Białowąs i Tomasz Mandes tym razem nawet nie próbują udawać, że robią film. Netfliksowa kontynuacja erotycznego hitu na podstawie prozy Blanki Lipińskiej rozpoczyna się jak tani pornos i z logiki taniego pornosa cały czas korzysta. Pomyślicie pewnie teraz, że może chociaż są "momenty". Owszem, ale tylko wprawiające w zażenowanie. Produkcja w teorii kipi seksem. W rzeczywistości morduje całe libido widza.

REKLAMA

Najgłupsze momenty w "365 dni: Ten dzień"

Erotyka bez erotyki, fabuła bez fabuły i ostre rżnięcie dla samego ostrego rżnięcia - tak w skrócie można opisać "365 dni: Ten dzień". Sceny, mające w zamierzeniu wywoływać ekscytację, tylko zabijają wszelki popęd seksualny. Ten film można oglądać dla beki, albo wcale. Jeśli zrobi wam się gorąco to tylko z nadmiaru alkoholu potrzebnego do przeżycia seansu. W dodatku przekonacie się o tym bardzo szybko.

Najgłupsza ekspozycja: cztery teledyski w 20 minut

Już na samym początku widać, że twórcy nawet nie zamierzali symulować pracy nad tą produkcją. W ciągu pierwszych 20 minut dostajemy jakieś cztery teledyski z seksem na ekranie. Jakby w Barbarę Białowąs i Tomasza Mandesa wstąpił duch Tommy'ego Wiseau. Tak jak w słynnej scenie z "The Room" bohaterowie uprawiają seks... i uprawiają seks... i jeszcze trochę seksu uprawiają, przynajmniej dopóki piosenka nie zamilknie. Nawet jeśli Massimo celuje swoim przyrodeniem w inne otwory na ciele partnerki niż pępek, skojarzenia ze wspomnianym najgorszym filmem świata są całkiem uzasadnione.

365 dni: Ten dzień - Netflix

Fabuła grubymi nićmi jest tu szyta. Wzorem tanich pornosów liczy się tylko rżnięcie. Przesłanie hardcore'u jest proste: na seks zawsze jest miejsce i czas. "365 dni: Ten dzień" mówi nam coś podobnego. Dlatego Massimo bierze Laurę tuż przed ślubem, bierze ją po masturbacji w noc poślubną i podnieca się, gdy na polu golfowym jego partnerka siada okrakiem nad jednym z dołków. Najlepsza przyjaciółka Laury, Olga, również nie próżnuje i w każdej wolnej chwili oddaje się Domenicowi. Potrzebujemy takich obrazów zdrowej seksualności, nawet jeśli oznacza ona robienie ciasta na owłosionej klacie chłopaka. Pytanie tylko, dlaczego zostaje ona sprowadzona do iście pornograficznej chuci, a twórcy udają, że to romantyczna poezja a la Adrian Lyne?

Najgłupszy ekranowy duet: Laura Biel i jej wibrator

Sekspozytywność wychodzi tu na pierwszy plan. Ten film kipi od seksu. Cały czas ktoś tu uprawia seks albo korzysta z erotycznych zabawek. Tak, bohaterowie są niewyżyci. Podczas stosunku korzystają z dwóch, trzech pozycji, ale ubarwiają sobie je chociażby wibratorami. I okej, scena, w której Laura przywiązuje Massimo do fotela i każe mu patrzeć, jak korzysta z urządzenia, być może jest jedną z najodważniejszych tego typu w historii kina. Ale to ona wprowadza "365 dni: Ten dzień" na tereny zarezerwowane do tej pory przede wszystkim dla pornografii.

Wibrator powraca na ekran jakiś czas później w rewersie sceny z "365 dni". Laura w ramach prezentu mikołajkowego i podziękowania za podarowanie jej firmy modowej (sic!) pozwala zrobić Massimo ze sobą, co tylko zechce. Ten chwyta za wibrator, każe jej go oblizać, a potem wsadza go... sami zobaczycie gdzie. Już słynny moment z masełkiem w "Ostatnim tangu w Paryżu" zdaje się bardziej subtelny i przepełniony pozytywną energią seksualną.

Najgłupszy przekaz: seks w ujęciu konserwatywnym

Seks w "365 dniach: Tym dniu" kiedy nie poraża swoją wulgarnością, to mówi się o nim tylko w konserwatywnych kategoriach. Już przy pierwszym teledysku, tfu... w pierwszej scenie przedślubny seks głównych bohaterów przerywa Olga. Krzyczy na Massimo, żeby szanował polską tradycję. Zgodnie z obowiązującym u nas zwyczajem pan młody nie może przed ślubem oglądać panny młodej, a co dopiero "posuwać ją i niszczyć jej makijaż". No tak, ciocia Krysia dostałaby zawału.

Laura oddaje się Massimo na każdym kroku, nie rozstaje się z wibratorem, marzy o porannym seksie oralnym, ale w rzeczywistości pragnie, tylko aby partner patrzył na nią tak jak jej ojciec na matkę. Seks bez miłości tutaj w rzeczywistości nie istnieje. Dlatego Olga bez zastanowienia zgadza się na ślub z Domenikiem. Stosunki seksualne prowadzą do związku małżeńskiego, a zdrada męża znajduje swe miejsce jedynie w dzikich erotycznych fantazjach. Nie ma nic ważniejszego niż rodzina.

Najgłupsza reprezentacja kobiet na ekranie: Polki

Nie zapominajmy bowiem, że mamy do czynienia z Polkami. Zawsze są chętne na seks i podkreślają swoją niezależność, ale co polskie wychowanie to polskie wychowanie. Stereotyp pogania tu stereotyp. Olga nie może się uspokoić, "bo jest z Polski". To jest najlepszym tłumaczeniem każdego absurdalnego zachowania, jakie zobaczymy na ekranie. Bohaterki kierują się emocjami, racjonalność schodzi na dalszy plan. Laura nawet sama o tym wspomina.

Zarzucanie bohaterkom, że zachowują się nieracjonalne, staje się tutaj bezsensowne. One są zbudowane z nadwiślańskich klisz. Dużo piją i podejmują każde wyzwanie, rzucając słynne "potrzymaj mi piwo". "365 dni: Ten dzień" to w rzeczywistości mem o nieustraszonych silnych Polkach, które spoliczkują nawet otoczonego ochroniarzami mafijnego bossa, gdy skrzywdzi ich bliskich. No cóż, nikt nie obiecywał bardziej wyrafinowanego humoru niż ten ze skeczy kabaretowych.

Najgłupszy twist: zły brat bliźniak

Twórcy się tutaj nie wysilają. Rzucają stereotypami i suchymi żartami, łącząc kolejne sceny seksu na słowo honoru. Wychodzą z założenia, że wystarczy pokazać na ekranie dupę, aby widzowie zapomnieli o braku fabuły. Dlatego dojście (pun intended) do chociażby zawiązania akcji zajmuje im zdecydowanie za dużo czasu. Jakby po kilku teledyskach nagle przypomnieli sobie o potrzebie prowadzenia narracji. Z tego względu chowają w rękawie mnóstwo asów, pod postacią nonsensownych twistów.

Obok quasipornograficznych scen największą atrakcją są tu zwroty akcji. Gdyby nie jeden z nich, Laura wyszłaby na najgorszą atencyjną lafiryndę. Na początku wydaje się bowiem, że ku innemu mężczyźnie popchnie ją znudzenie życiem bogatej żony. Wścieka się, gdy partner musi iść do pracy i ironizuje, gdy przerywa jej obiad z przyjaciółką. Ciągle powtarza, że nie da się zamknąć w klatce. Fabuła rusza z kopyta, gdy widzi swojego męża w łóżku z Anną. Chce uciec jak najdalej. W tym wypadku ma akurat powód. Pamiętajmy jednak o konserwatywnym wymiarze tej opowieści i zauroczeniu wszystkich mieszkańców innych krajów temperamentem polskich kobiet. Dodajmy dwa do dwóch, a do akcji wkroczy zły brat bliźniak Massimo. Tak, to film ze złym bratem bliźniakiem.

Najgłupsza forma dedukcji: Laura Biel uczy się na własnych błędach

Od kontynuacji "365 dni" nie powinniśmy wymagać żadnej logiki. Pierwsza część to był w końcu film o przystojnym Włochu, który porywa piękną Polkę, żeby go pokochała. O dziwo udaje mu się to. Laura Biel nigdy nie była najrozsądniejszą bohaterką. W "Tym dniu" sama zresztą swoje zachowanie nazywa "chorym". Jednakże zdrada męża zmusza ją do wyjazdu z przystojnym hiszpańskim ogrodnikiem. Wow, here we go again. Na pytanie, w jaki sposób Nacho może sobie pozwolić na wielki dom i drogi samochód, wystarczy jej odpowiedź, że jego ojciec jest zamożny. Ona nie drąży tematu. Wszystko jasne. W jej głowie nie zapala się żadna czerwona lampka. Widzowie z łatwością mogą jednak przewidzieć, co stanie się dalej.

Nacho jest synem mafijnego bossa. Jego rodzina od zawsze konkuruje z rodem Massimo. Laura ponownie staje się zabawką w rękach gangsterów. Gdy nowy przystojniak w jej życiu w końcu wyjawia jej prawdę, tak śmiesznie w jej ustach brzmi stwierdzenie, że potrafi wyciągać wnioski z własnych błędów. Serio? Dziewczyno, właśnie wpakowałaś się w identyczną sytuację, co w pierwszej części. Tym razem jeszcze na własne życzenie. Halo? Czy na planie był jakiś dyżurny pilnujący związków przyczynowo-skutkowych?

365 dni: Ten dzień - wyrób filmopodobny

REKLAMA

"365 dni: Ten dzień" jest okropny. Nie starczyłoby tu miejsca, aby wymienić wszystkie absurdy, z jakimi mamy do czynienia podczas seansu. Te powyższe są jednak tymi najważniejszymi. Warto jednak zauważyć, że jeśli widz ma w sobie wystarczająco samozaparcia, znajdzie tu kilka pozytywów. Mamy ładne pejzaże, na których można oko zawiesić. Prócz tego Oldze zdarza się rzucić kilkoma zabawnymi tekstami. Ale jeśli chodzi o plusy, to tak naprawdę tyle.

W "365 dni: Ten dzień" próżno szukać logiki, oryginalności, czy nawet seksualnych uniesień. To film zrobiony dla kasy. Porno dla znudzonych życiem gospodyń domowych i źle pojmujących niezależność nastolatek. Najlepiej podsumować go więc parafrazą jednej ze wspomnianych wyżej zabawnych kwestii Olgii: rozumiem, nie szanuję, polecam alko do seansu.

"365 dni: Ten dzień" obejrzycie na własną odpowiedzialność na Netfliksie.

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA