REKLAMA
  1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Filmy

Nikt nie zrobi lepszego "Władcy Pierścieni" od Petera Jacksona. Fani mówią, że serial będzie drugim "Hobbitem"

Filmowy "Władca Pierścieni" to dzisiaj już klasyka i jeden z najważniejszych filmów, nie tylko fantasy. Nie ulega wątpliwości, że każdy kolejny twórca, który zdecyduje się działać w tym gatunku, będzie musiał zmierzyć się z legendą. Fani twórczości Tokiena już teraz mówią, że "Władca Pierścieni: Pierścienie Władzy" wyjdą z tego porównania na tarczy.

władca pierścieni zwiastun
REKLAMA

Trylogia "Władca Pierścieni" to niepodważalna klasyka kina, z którą musiały zmierzyć się wszystkie kolejne produkcje high fantasy. Fani J.R.R. Tolkiena twierdzą, że serial "Władca Pierścieni: Pierścienie Władzy" nie będzie w stanie powtórzyć sukcesu serii i skończy jak "Hobbit". Skoro nawet Peter Jackson poległ w starciu z samym sobą, to jakie szanse ma para niedoświadczonych showrunnerów?

REKLAMA

Filmy i seriale fantasy od niemal dwóch dekad mierzą się z legendą "Władcy Pierścieni". Większość produkcji zupełnie sobie nie radzi z tym wyzwaniem, choć zeszłoroczny "Zielony Rycerz" od strony wizualnej był równie imponujący. Podobnych przypadków nie było jednak wiele. Jeżeli ktoś myślał, że pochodnię od starszej trylogii przejmie serial "Władca Pierścieni: Pierścienie Władzy" to chyba czeka go spore rozczarowanie. Przed weekendem fani J.R.R. Tolkiena zareagowali zbiorą wściekłością na premierowe zdjęcia i szczegóły fabularne. A potem miało być już tylko gorzej.

Czarę goryczy kilka dni później przelał zwiastun "Władca Pierścieni: Pierścienie Władzy", który w opinii najwierniejszych czytelników i widzów oryginalnej trylogii nie spełnia standardów wyznaczonych przez brytyjskiego pisarza. Lista obiekcji i uwag jest bardzo długa, a wielu fanów dodatkowo sięgnęło po bojkot w postaci zaspamowania sekcji komentarzy jedną parafrazą słów Frodo Bagginsa. W całym tym zalewie sprzecznych opinii i niekiedy wręcz histerycznych opinii dało się zauważyć pewien powtarzający się sentyment. Wielu fanów uważa, że filmowy "Władca Pierścieni" nie ma sobie równych i Amazon nigdy mu nie sprosta. Nawet Peter Jackson poniósł porażkę, czego efektem była seria "Hobbit".

Jak więc pozbawiony duszy "Władca Pierścieni: Pierścienie Władzy" miały dorównać filmom?

Zło nie jest w stanie stworzyć niczego nowego, może jedynie zniekształcać i niszczyć to, co zostało wymyślone lub stworzone przez siły dobra

- J.R.R. Tolkien.

Taki właśnie komentarz od wczoraj pojawia się tłumaczony na rozmaite języki pod wszystkimi doniesieniami o serialu Amazon Prime Video. Chwilowo abstrahując od autentyczności cytatu i jego słuszności, warto pochylić się nad tym, jaki sentyment reprezentują powyższe słowa. Fani fantastyki mają wyraźnie dosyć wielkich korporacji, które w pogoni za nowymi treściami przerabiają i wykrzywiają kultowe książki z tego gatunku. Finałowy sezon "Gry o tron" i zeszłoroczne odcinki "Wiedźmina" nie zostały zapomniane i do dzisiaj budzą ostry gniew w fandomie.

Osobiście zgadzam się z powyższym nastawieniem tylko połowicznie. To prawda, że klasyka fantasty jest przerabiana na współczesną modłę bez ładu i składu. Do bólu bezpieczne adaptowanie nie wydaje mi się jednak idealnym rozwiązaniem, za co krytykowałem swego czasu "Diunę". Nie da się natomiast ukryć, że obecnie widownie właśnia czegoś takiego chce i oczekuje.

Dlatego serial "Władca Pierścieni: Pierścienie Władzy" był w jakimś sensie z góry skazany na porażkę. J.R.R. Tolkien napisał na temat Drugiej Ery Śródziemia bardzo mało.

Osoby piszące w internecie o "książkach", które powinien był zaadaptować Amazon nie mają pojęcia, o czym mówią lub celowo wprowadzają w błąd. "Silmarillion" opowiada głównie o narodzinach Valarów, powstaniu Ardy, a także obudzeniu się Pierwszych i Drugich Dzieci Eru Iluvatara. Kolejnych kilkaset stron dotyczy Pierwszej Ery Śródziemia: powstaniu Simlarili, ich kradzieży i wielkiej wojny przeciwko Morgothowi aż do jego pokonania. Na temat kolejnej epoki, wyspy Numenor i wykuciu Pierścieni Władzy mówi się tam w finałowych dwóch rozdziałach. Obu bardzo krótkich. Więcej o Drugiej Erze opowiada się w książce "Niedokończone opowieści", ale tam mamy do czynienia z serią rozczłonkowanych historii w różnym stopniu ukończenia, co wskazuje zresztą sama nazwa.

Na ten temat przeczytamy też co nieco w jednym z dodatków zamieszczonych do "Powrotu Króla", lecz ponownie w bardzo skrótowej formie. Wszystkie informacje zawarte w tych (i jeszcze kilku innych tomach) można oczywiście zebrać do kupy, ale nadal wymagają one dodania mnóstwo od siebie, by stworzyć zgrabną i spójną narrację. Inna sprawa, że twórcy serialu "Władca Pierścieni: Pierścienie Władzy" sami sobie nie pomogli. Nie dość, że skompensowali wydarzenia całej lub prawie całej Drugiej Ery do zaledwie kilku lat, to jeszcze pozmieniali mnóstwo w postaciach, o których wiedzieliśmy akurat całkiem sporo, czyli w Galadrieli i Elrondzie.

"Władca Pierścieni: Pierścienie Władzy" pod wieloma względami przypomina trylogię "Hobbit".

Zacznijmy od tego, że w wypadku tej trylogii filmowcy również mierzyli się z niedoborem materiału i ponownie głównie ze swojej własnej winy. Najpierw zamarzyły im się dwa filmy na bazie jednej krótkiej książki, a potem rozciągnęli ją nawet do trzech produkcji. Był to oczywisty wynik chciwości i braku poszanowania dla artystycznej wizji oryginalnego twórcy. Skończyło się oczywiście tak, jak można było się tego spodziewać. Pierwszy "Hobbit" był jeszcze całkiem dobrym, choć dosyć powolnie rozwijającym się filmem. Kolejne dwa musiały jednak zapełnić nadmiar czasu antenowego zupełnie nowymi i często nieprzystającymi do reszty opowieści postaciami, a także kolejnymi nonsensownymi scenami akcji.

Fani "Władcy Pierścieni" i Tolkiena mieli też pretensje o zbyt często korzystanie przez Jacksona z CGI i nazbyt "czystą", kolorową estetykę nowej trylogii. Po części wynikało to z zupełnie różne stylu książkowego "Hobbita", ale nie miało to wielkiego znaczenia dla widzów. Oba filmowe serie funkcjonowały w ramach jednego uniwersum, dlatego taka zmiana kłóciła się z tym, co widzieliśmy wcześniej. "Władca Pierścieni: Pierścienie Władzy" zdaje się mieć bardzo podobny problem, co odbiorcy z miejsca wychwycili. Serial de facto funkcjonuje w zupełnie innym uniwersum niż trylogie "Władca Pierścieni" i "Hobbit", ale dla większości z nich nie ma to znaczenia. Oczekiwania i wyobrażenia liczą się bardziej niż suche fakty.

"Władca Pierścieni" to trzy naprawdę wybitne filmy, ale Peter Jackson wcale nie uniknął złych zmian i pomyłek.

Stawianie "Drużyny Pierścienia", "Dwóch wież" i "Powrotu króla" na nienaruszalnym piedestale ne zaprowadzi nas do niczego dobrego. Każda z tych produkcji miała swoje mocne i słabsze strony. Od strony wizualnej naprawdę trudno się tam do czegokolwiek przyczepić, ale przecież wiele miejsc wykreowanych przez twórców wcale nie odpowiada ich opisom z książkowego "Władcy Pierścieni". Podobnie jest z bohaterami. Krytyka wyglądu Elronda, Galadrieli czy krasnoludów ma sens, o ile taki sam poziom dbałości o szczegóły przyłożymy do wszystkich adaptacji Tolkiena. Bohaterowie tacy jak Boromir, Aragorn, Faramir, Frodo czy Denethor nijak nie przypominają siebie z książek. Często i pod względem wyglądu, i charakterystyki.

REKLAMA

Peter Jackson w swoich ekranizacjach naprawdę nie był jakoś szczególnie wierny Tolkienowi. Niektóre z jego zmian miały wielki sens, inne były dyskusyjne, a garstka do dzisiaj jawi się jako kolosalne pomyłki. Tom Bombadil może jest milutkim kompanem, ale nie miał żadnej roli w filmie i bardzo słusznie został wycięty. Jestem nawet w stanie zrozumieć, że z punktu widzenia ekipy filmowej zatrudnianie kolejnego aktora, by zagrał Glorfindela w pojedynczej sekwencji nie miało wiele sensu. Tego samego nie można natomiast powiedzieć na temat zmienionej decyzji rady entów, która całkowicie rozwala ich wątek i pozbawia logiki późniejszy atak na Isengard. Nie wahałbym się też przed stwierdzeniem, że Faramir i Denethor zostali przez Jacksona zamordowani jako postaci.

Dlatego warto wstrzymać się mimo wszystko ze zbyt daleko idącymi wnioskami na podstawie jednego zwiastuna i garstki zdjęć. Między serialem "Władca Pierścieni: Pierścienie Władzy" i kolejnymi częściami "Hobbita" faktycznie znajdziemy sporo podobieństw. Być może we wrześniu przyjdzie nam powiedzieć, że showrunnerzy produkcji Amazona popełnili takie same błędy jak New Line i Jackson w okresie powstawania adaptacji "Hobbit, czyli tam i z powrotem". Ale w "Drużynie Pierścienia", "Dwóch wieżach" i "Powrocie króla" znajdziemy sporo fragmentów i szczegółów identycznych do tych, które dzisiaj tak denerwują fanów Tolkiena. Żaden z nich, ani nawet wszystkie razem nie przeważyły jednak nad mocnymi stronami trylogii. Nie wykluczam, że z serialem będzie podobnie, choć mój entuzjazm wobec niego nie jest zbyt wysoki.

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA