REKLAMA
  1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Filmy

Herkules Poirot wraca w filmie "Śmierć na Nilu", ale fani detektywa nie będą zachwyceni

Po ponad dwóch latach oczekiwania "Śmierć na Nilu" jutro oficjalnie zadebiutuje w kinach na całym świecie. Kenneth Branagh ponownie zebrał gwiazdorską obsadę i przeniósł na duży ekran jedną z powieści Agathy Christie. Czy Herkules Poirot w jego wykonaniu jest tym razem lepszy niż w niezwykle słabym "Morderstwie w Orient Expressie"?

śmierć na nilu recenzja film gal gadot herkules poirot
REKLAMA

Herkules Poirot to bohater kultowy. Fani kryminałów od ponad stu lat darzą go niewyczerpanym uczuciem, a do ich ulubionych powieści z jego udziałem należą m.in. "Wielka Czwórka", "Śmierć na Nilu", "Zabójstwo Rogera Ackroyda" oraz "A.B.C.". Poirota wielokrotnie widywaliśmy też na małym i dużym ekranie. Ostatnio przy okazji miniserialu "The ABC Murders" z Johnem Malkovichem i pełnometrażowego filmu "Morderstwo w Orient Expressie", w którym Kenneth Branagh wziął się i za reżyserię, i odgrywanie roli belgijskiego detektywa.

Druga z wymienionych produkcji okazała się sporym finansowym hitem, bo przy budżecie o wysokości 55 mln dolarów zarobiła dla wytwórni 20th Century Fox ponad 352 mln dol. w globalnym box office. Decyzja o stworzeniu sequela została więc podjęta błyskawicznie i bez wielkich dywagacji, choć wielu fanów czuło niezadowolenie ze sposobu, w jaki Branagh przedstawił Herkulesa Poirota.

REKLAMA

Śmierć na Nilu - recenzja

Według pierwotnego planu "Śmierć na Nilu" mieliśmy ujrzeć w kinach już 20 grudnia 2019 roku. W międzyczasie doszło jednak do wielu ważnych wydarzeń. Wytwórnię 20th Century Fox na własność przejął Disney (i później zmienił jej nazwę), a z Chin na cały świat rozprzestrzenił się wirus COVID-19. Produkcję z Gal Gadot i Armiem Hammerem przekładano więc ogółem pięciokrotnie, aż finalnie wylądowała na ekranach 11 lutego 2022 roku. W sumie nawet pasuje. Zaraz za pasem walentynki, a przecież "Śmierć na Nilu" to w dużej mierze opowieść o trójkącie miłosnym i rozmaitych rozczarowaniach, które serce przeżywa na przestrzeni lat. Kończy się tylko odrobinę bardziej krwawo niż w większości komedii romantycznych.

Fabuła nowej adaptacji powieści Christie kręci się wokół postaci Linnet Ridgeway, Jacqueline de Bellefort i Simona Doyle'a. One to dwie przyjaciółki z dzieciństwa, a on mężczyzna, który je ostatecznie poróżnił. Gdy Poirot pierwszy raz ma okazję obserwować całą trójkę Doyle wydaje się szaleńczo zakochany w de Bellefort. Kobieta popełnia jednak kluczowy błąd, poznając narzeczonego ze zjawiskową Linnet Ridgeway (w tej roli Gal Gadot). Kilka tygodni później Linnet i Simon są już małżeństwem.

Ich wymarzony miesiąc miodowy w Egipcie przerywają jednak ciągłe i uporczywe wizyty Jacqueline próbującej zatruć życie młodej parze. Obecny na miejscu w ramach urlopu Herkules Poirot zostaje poproszony o załatwienie sprawy, ale jego rozmowa z panną de Bellefort nie przynosi rezultatu. Detektyw postanawia więc udać się z gośćmi Doyle'ów i pewnym starym przyjacielem w rejs po Nilu. Intuicja go nie zawodzi, bo wkrótce dochodzi do pierwszego z kilku morderstw.

"Śmierć na Nilu" zmienia sporo elementów z oryginalnej opowieści Agathy Christie, ale głównie trzeciorzędnych. Klucz do tej historii wciąż jest taki sam.

Kenneth Branagh wybrał na swoje dwie pierwsze ekranizacje Christie powieści niezwykle popularne, ale jednocześnie dosyć specyficzne. Siła ich oddziaływania kryje się bowiem w pomysłowości ujawnionego w finale zwrotu akcji. Dla pierwszych czytelników rozwiązania wymyślone przez Brytyjkę w "Morderstwie w Orient Expressie" oraz "Śmierci na Nilu" musiałyby być naprawdę szokujące. Zresztą do dzisiaj nadal dobrze działają na odbiorców, ale pod warunkiem, że ci faktycznie nie znają rozwiązania.

Po tylu adaptacjach obu dzieł jest o to jednak bardzo trudno. Rzecz w tym, że Agatha Christie była też absolutną mistrzynią sprytnego zarysowywania różnych charakterów, a także odzwierciedlania nastrojów i postaw brytyjskiego społeczeństwa. A akurat "Morderstwo w Orient Expressie" i "Śmierć na Nilu" wypadają pod tym względem dosyć przeciętnie.

Poprzednim razem Branagh był krytykowany za fakt, że choć zebrał obsadę pełną zjawiskowych aktorskich nazwisk, to zupełnie jej potem nie wykorzystał. Wszystkie postaci poza Poirotem (do niego przejdziemy za moment) były w "Morderstwie w Orient Expressie" okropnie nijakie i papierowe. Widać wyraźnie, że reżyser wziął sobie tamte komentarze do serca, bo "Śmierć na Nilu" poświęca swoich pobocznym bohaterom zdecydowanie więcej uwagi. Wychodzi to naprawdę nieźle, bo niemało do pokazania mają tutaj tacy aktorzy jak Annette Bening, Emma Mackey, Letitia Wright i Tom Bateman.

Ich bohaterowie i bohaterki mogą się pokazać również dlatego, że "Śmierć na Nilu" zmienia wiele kwestii obyczajowych z tamtych czasów i dostosowuje je pod pewnymi względami pod dzisiejszą wrażliwość. Nie wszystkim widzom spodoba się takie rozwiązanie, ale w tym konkretnym wypadku wychodzi nieźle. Osobne słowa należą się duetowi grającymi młodą parę. Gal Gadot udanie oddaje prezencję zjawiskowej Linnet Ridgeway, ale umówmy się - Izraelka nigdy nie była wybitną aktorką i tutaj się to nie zmienia. Nie jestem natomiast w stanie ocenić, czy rola Simona Doyle'a jest wystarczająco mocnym zakończeniem kariery wcielającego się w niego aktora. Pomijając jednak olbrzymie kontrowersje wokół osoby Armiego Hammera, to Amerykanin zagrał w "Śmierci na Nilu" naprawdę dobrze.

Szkoda tylko, że Kenneth Branagh wciąż nie rozumie "małego Belga". Herkules Poirot w jego wersji nie ma ze sobą niemal nic wspólnego.

śmierć na nilu recenzja
Foto: Gal Gadot i Armie Hammer w filmie Śmierć na Nilu
REKLAMA

Nie nazwałbym tego "zabójstwem bohatera" na miarę losu Luke'a Skywalkera, bo Branagh darzy detektywa dużą sympatią. Za nic nie rozumie jednak ani jego ideologii, ani niepodważalnego humoru, ani przywiązania do działania "małych szarych komórek". Herkules Poirot w wydaniu Brytyjczyka jest pędzącym na złamanie karku i w sumie dosyć niewyszukanym snobem, który wcale nie jest dużo bardziej inteligentny od otaczających go ludzi. Dlatego nie dziwię się fanom bohatera stworzonego przez Christie, że nie spodobała się im się ta wersja w "Morderstwie w Orient Expressie".

Na obronę Branagha wypada natomiast powiedzieć, ze w 2. filmie przynajmniej próbuje przerobić Poirota na swoją modłę. Daje mu nowe motywacje i uchyla rąbka tajemnicy dotyczącej przeszłości detektywa. W poprzedniej produkcji po prostu go nie rozumiał i nie miał na niego żadnego pomysłu. Teraz jest trochę lepiej. To zdanie dobrze podsumowuje zresztą całość "Śmierci na Nilu". Ten film jest po prostu trochę lepszy niż poprzednia adaptacja Christie od tego samego filmowca. Produkcja 20th Century Studios ma swój urok, potrafi rozbawić, a nawet zaskoczyć (o ile z góry nie znało się rozwiązania zagadki). Jednocześnie trochę się też dłuży i jest miejscami do bólu schematyczna. Kenneth Branagh zmierza w stronę udanej ekranizacji któregoś z kryminałów słynnej brytyjskiej pisarki, ale robi to w irytująco powolny sposób.

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA