REKLAMA
  1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Filmy

"Miłość, seks, pandemia" i Biblia. Nowy film Vegi miał być dramatem, a jest dramatyczny

"Miłość, seks i pandemia" to pewien powiew świeżości w filmografii Patryka Vegi. W końcu odpuścił mafii, teoriom spiskowym oraz politycznym aferom i postanowił nakręcił coś bliższego naszym sercom i obecnej sytuacji. "Miłość, seks i pandemia" miał być dramatem o epidemii samotności, ale do połowy jest raczej niezamierzoną komedią z sucharami rodem z Wykopu. Kiedy jednak wchodzi motyw wiary i product placement, czar pryska i wtedy zaczyna się prawdziwy dramat.

milosc seks pandemia patryk vega film recenzja
REKLAMA

"Miłość, seks i pandemia" to film Patryka Vegi. I to stwierdzenie jest równocześnie najkrótszą i najlepszą możliwą opinią. Nie spodziewajmy się, że wraz ze zmianą tematyki reżyser odsłoni zupełnie inną twarz i zaskoczy nas nową jakością. Zwiastun jego najnowszego dzieła jest niezwykle uczciwy. Jeżeli go widzieliście, to już wiecie, jaki jest ten film, choć nie do końca. Jest jednak kilka momentów, których się nie spodziewałem, a które z przyjemnością wam opiszę.

REKLAMA

Przed seansem zastanawiałem się, czy "Miłość, seks i pandemia" będzie zlepkiem scen, które łączy jedynie motyw Covid-19. Trochę tak jest w warstwie montażu, ale jednak fabułę spajają trzy przyjaciółki grane przez Annę Muchę, Małgorzatę Rozenek-Majdan i Zofię Zborowska-Wronę oraz kuzyna jednej z nich: prawiczka-świadka Jehowy (Sebastian Dela). W ich życiu nastąpią rewolucje, które potem zostaną zdemolowane przez lockdown.

Miłość, seks i pandemia

"Miłość, seks i pandemia" - recenzja filmu dla kobiet, który obraża kobiety.

Na premierze Patryk Vega kilkukrotnie podkreślał, że jego nowy film to dramat, a on sam z wykształcenia jest socjologiem i dodatkowo konsultował wszystko z psychiatrami, przez co opowiadane problemy miały dotyczyć realnych ludzi. Trochę trudno mi w to uwierzyć, bo niektóre wątki i sceny są jakby żywcem wzięte z postów na Wykopie, komentarzy w internecie lub fanficów 15-latek.

Weźmy na przykład postać graną przez Zofię Zborowską-Wronę. Jest wojującą feministką, która gardzi Arabami. Co ma piernik do wiatraka? Ano to, że Arabowie nie szanują kobiet, więc nie chce ich w Polsce. Wszystko się zmienia, gdy bliżej poznaje jednego z nich (Leonardo Marques). Początkowo oznajmia mu, że jest feministką, więc nie sypia z Arabami, ale gdy ten zaczyna jej opowiadać przez telefon erotyczną wersję "Baśni tysiąca i jednej nocy", wkłada rękę pod kołdrę, leżąc tuż obok swojego nudnego męża, którego zaloty wcześniej odtrącała (Michał Czernecki).

Cała ta sytuacja przypomina trójkąt z Wykopu: p0lka leci na chada z zagranicy i zdradza swojego męża kukolda, który wszystko jej wybaczy. Sporą inspiracją dla tej historii była też z pewnością internetowa karykatura feministki, która na co dzień walczy z kulturą gwałtu, ale chciałaby być porwana przez kogoś takiego jak Massimo z "365 dni". Nawet w informacji prasowej jest podane, że film "pokazuje, co kręci i podnieca współczesne kobiety". I pewnie niektóre mają podobne fantazje, ale obraz Polek w "Miłość, seks i pandemia" jest nawet nie mansplainingiem, ale krzywdzącym stereotypem.

Zdecydowanie gorsze jest "obnażenie" całej prawdy o ruchu #MeToo - nie chcę spoilerować, ale jedna z historii porusza temat fałszywego oskarżenia o gwałt i kończy się tragicznie dla faceta. To też jest mocno ironiczne, ponieważ Patryk Vega zapewniał, że "Miłość, seks i pandemia" to film dla kobiet. Jego bohaterek jednak nie da się polubić i przedstawiają płeć piękną w bardzo złym świetle. Chyba że w takich zapowiedziach chodziło o pokazywanie penisów, bo tych na ekranie jest nad wyraz dużo (piersi zresztą też) i pod tym względem to do tej pory najodważniejszy polski film nie-porno, jaki kiedykolwiek powstał.

Fot. Miłość, seks i pandemia / materiały prasowe Kina Świat

Patryk Vega chyba najlepiej odnajduje się w komedii. Nawet jeśli nie kręci jej celowo.

Zanim jednak film skręca w złym kierunku, jest całkiem znośny. Może wynika to z faktu, że miał to być poważny dramat, a co chwilę śmiałem z tych niewyszukanych żartów, feministek-hipokrytek widzianych jakby oczami incela, Małgorzaty Rozenek-Majdan jako samotnej MILF (swoją drogą jej ekranowy debiut wypadł naprawdę dobrze. Zagrała lepiej niż niektórzy zawodowi aktorzy), szkoły uwodzenia wzorowanej na youtubowych mistrzach podrywu, czy 20-letniego prawiczka uczącego się striptizu. Typowy styl Patryka Vegi, do którego się przyzwyczailiśmy i dla którego wciąż chcemy oglądać jego produkcje.

W połowie filmu przychodzi pandemia, czyli jedyna rzecz z tytułu, której doświadczył dosłownie każdy z nas, co odróżnia też go od poprzednich produkcji o przestępczym półświatku. Film przypomina nam te surrealistyczne czasy pustych ulic (podejrzewam, że Patryk Vega najpierw zrobił ujęcia Warszawy z drona, a dopiero potem obudował to scenariuszem) i niedorzeczne wytyczne lockdownów takie jak zakazy wychodzenia z domu czy zalecenia uprawiania seksu w maseczkach. Ogląda się to z masochistyczną nostalgią, ale ma to też bezpośredni wpływ na dalsze losy bohaterów. Przez koronawirusa posypały im się plany życiowo-zawodowe i zaczęła doskwierać samotność. Ratunkiem na te trudne czasy okazało się jednak Pismo Święte.

Tu dochodzimy do kolejnego zwrotu akcji, który już tym razem wywraca do góry nogami cały vibe filmu. Nora (Rozenek-Majdan) po lekturze Biblii uzmysławia sobie, że "choroba ciała to szansa uleczenia duszy" i zabiera swoich zdegenerowanych znajomych do kościoła. Jesteśmy wtedy świadkami około 10-minutowej sceny kazania z przypowieścią o siewcy, a ksiądz przypomina mi lekko samego reżysera, który kilka lat temu nawrócił się i często mówi o swojej wierze, Bogu i uważa się za wojownika walczącego ze Złem, o czym wspominał przy okazji "Oczu diabła".

Fot. Miłość, seks i pandemia / materiały prasowe Kina Świat

"Miłość, seks i pandemia", a może raczej p0lki, Biblia i cinkciarz.pl?

Nagła śmiertelna powaga i motywy religijne po wcześniejszej karuzeli śmiechu i dyndających penisach wyszły groteskowo nie tylko z powodu kaznodziejskich zapędów reżysera, ale też w kontekście przemycania pewnej ideologii. Wspomniany Arab z harlequinowego romantyka staje się chamem, który montuje satelitę do oglądania Al-Jazeery, pachnie kebabem, wygania kobietę do kuchni i twierdzi, że Polki same proszą się o gwałt, bo mają wszystko na wierzchu - nie to, co w jego kulturze. Film ma podtekst społeczny, przez co wygląda to propagandowo jak w TVP i łopatologicznie pokazuje jedyną słuszną wiarę.

Wisienką na torcie jest product placement jednego ze sponsorów filmu – serwisu cinkciarz.pl. Striptizer za zarobione pieniądze chciał wesprzeć siostrę zakonną (co ciekawe, to autentyczna postać) budującą szkołę w Afryce. Przelał jej pieniądze przez zwykły bank, ale ten potrącił mu część kwoty na przewalutowaniu. Odkrył jednak Pewien Serwis (na monitorze wyświetliło się logo sponsora), który nie okrada potrzebujących i dostarcza pełną sumę. Siostra jest wniebowzięta, czarnoskóre dzieci śpiewają napisaną przez siebie piosenkę, a świat na chwilę staje się pięknym miejscem. Cała ta akcja jest tak abstrakcyjna, że słynny smalczyk roślinny w "Klanie" to subtelna reklama.

REKLAMA

Takich epickich veganizmów jest więcej, ale przed kupnem biletu musicie sobie odpowiedzieć na pytanie, czy chcecie iść na film z wyraźną mizoginią i islamofobią. Pomocne w tej rozkmince może być to, że Patryk Vega moralizuje tak nieporadnie, że nikt nie będzie w stanie uwierzyć w te bajeczki i nagle nie zmieni światopoglądu. Mnie cała otoczka filmu i jego przekaz, zestawiony z tym co faktycznie widziałem na ekranie, wybornie bawiły. Trochę na zasadzie fenomenu "The Room", który co prawda nie obrażał ludzi, ale jego reżyser również uważał się za wielkiego wizjonera, który nakręcił arcydzieło.

Film "Miłość, seks i pandemia" Patryka Vegi możecie oglądać od 4 lutego w kinach.

Zdjęcie główne: materiały prasowe Kina Świat

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA