1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Filmy

Mało szaleństwa w szaleństwie. "King’s Man: Pierwsza misja" zawodzi na całej linii

"King’s Man: Pierwsza misja" po kilku przesunięciach premiery z powodu pandemii koronawirusa, trafił w końcu na ekrany kin. Jeśli jednak czas oczekiwania jedynie zaostrzył wasz apetyt na mnóstwo szalonej akcji, to muszę was rozczarować. Prequel serii zawodzi bowiem na całej linii. Dlaczego? Dowiecie się z naszej recenzji.

kings man pierwsza misja recenzja premiera

Cóż to był za piękny bałagan. "Kingsman: Tajne służby" podbił serca widzów i krytyków, bo kto by się przejmował brakiem fabularnej spójności, skoro otrzymaliśmy napędzaną przesadą współczesnych blockbusterów, alternatywę dla przygód Jamesa Bonda, w której szpiegowska intryga prowadzi do żartu o seksie analnym. Matthew Vaughn z przesytu budował do tej pory historię tajnych i niezależnych służb Jej Królewskiej Mości. Reżyserowi w głowie był tylko nadmiar. Tym bardziej więc boli, że "King’s Man: Pierwsza misja" popełnia wszystkie grzechy główne prequeli, zapominając, na czym opiera się fundament całej serii.

"King’s Man: Pierwsza misja" jest po prostu nudne. Vaughn cofa się do czasów początków tytułowej agencji, ale nie napędza swojego filmu znaną nam energią. Jakby regres podcinał mu skrzydła. Akcji jest tu niepomiernie mniej niż w poprzednich odsłonach serii, a w poważniejszej poetyce reżyser czuje się nieswojo. Sugeruje to już prolog, kiedy to Orlando Oxford jest świadkiem śmierci swojej ukochanej gdzieś w Afryce. Trochę w tym krytyki kolonializmu, trochę pacyfistycznego manifestu. W miarę rozwoju narracji okazuje się, że jednak nie mamy do czynienia ani z tym, ani z tym. Z każdą kolejną sceną opowieść wypada twórcom z rąk coraz bardziej. I tym razem jest to irytujące. Zamiast urokliwego bałaganu, otrzymujemy bowiem film całkowicie pozbawiony charakteru.

King's Man: Pierwsza misja - recenzja prequela serii Kingsman

To nie tak, że nie ma tu szaleństwa. W "King’s Man: Pierwsza misja" jest Rasputin ze słabością do młodych chłopców, jest Mata Hari uwodząca prezydenta USA, nie brakuje widowiskowych walk i pełnych ekscesów strzelanin. Zobaczymy to wszystko. Od wszechobecnego potencjału ekran aż iskrzy. Pomysł wpisania historycznych postaci i wydarzeń w fikcyjną opowieść, jest równie intrygujący, co stworzenia siatki szpiegowskiej ze służących, bo mają dostęp do najpilniej strzeżonych pomieszczeń i „nikt nie zwraca na nich uwagi”. Dobre rozwinięcie i poprowadzenie tych wątków mogłoby nam wynagrodzić grubymi nićmi szytą intrygę. Vaughn woli jednak skupiać się na narracji żywcem wyjętej z "Patrioty" i ojcowskich rozterkach Oxforda. Główny bohater poprzysiągł bowiem chronić syna przed każdą możliwą krzywdą, dlatego nie pozwala mu stanąć do walki w wielkiej wojnie.

Teoretycznie powinno nadać to snutej historii osobistego wymiaru i emocjonalnego wydźwięku. Vaugn jednak niemiłosiernie rozmemłuje w ten sposób swą opowieść, przez co na każdy interesujący motyw, przypadają trzy sceny tłumaczące go bądź eksploatujące bez żadnego narracyjnego uzasadnienia. Fabuła rozchodzi się na wszystkie strony, a reżyser z uporem maniaka unika wszystkiego, co mogłoby przykuć naszą uwagę. Zamiast tego mamy klisze, które pozbawiają scenariusz jakiegokolwiek napięcia. Zawsze jesteśmy kilka kroków przed twórcami, przez co absurdalna wydaje się tajemnica, jaką budują wokół głównego czarnego charakteru – tyrana, pragnącego zobaczyć świat pogrążony w chaosie.

King's Man: Pierwsza misja - premiera - zwiastun

Chociaż z łatwością się jej domyślamy, tożsamość antagonisty ujawniona zostaje dopiero na samym końcu. Wcześniej widzimy go jak pogrążony w cieniu, niczym Doktor Mabuse, mówi pomagierom, w jaki sposób ma zamiar wprowadzić w życie swój diaboliczny plan. Staje się to wręcz śmieszne, bo Vaughn tnie w ten sposób swoją opowieść na małe fragmenty, z których nie potrafi stworzyć spójnej całości. Być może "King’s Men: Pierwsza misja" lepiej sprawdziłby się w formie serialu, gdzie moglibyśmy się lepiej poznać z kolejnymi wariacjami na temat historycznych postaci, ale w tym wypadku nawet brytyjski urok Ralpha Fiennesa nie jest w stanie zakryć panującego na ekranie chaosu.

King's Man: Pierwsza misja - czy warto obejrzeć prequel serii Kingsman?

Bo nie o to też w "Kingsman" chodziło. Adaptacja komiksu Marka Millara ujęła nas połączeniem brytyjskiej dystynkcji i elegancji z amerykańskim luzem i pomysłowością. Tak mogłoby wyglądać "Mission: Impossible", gdyby Ethana Hunta grał Daniel Craig. Reżyser, rezygnując z czarowania fabularnymi i formalnymi zabiegami, obnażył wszystkie słabostki swojej opowieści. Próżno więc w "King’s Man: Pierwsza misja" szukać uroku poprzednich części serii. Jego namiastka to za mało, abyśmy z niecierpliwością oczekiwali kolejnych, nadchodzących odsłon franczyzy.