1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Netflix

Trzy godziny nudy i pretensji. Oceniamy "Jak pokochałam gangstera"

"Jak pokochałam gangstera" jest już na Netfliksie. W tym duchowym spadkobiercy polskiego hitu platformy "Jak zostałem gangsterem. Historia prawdziwa" Maciej Kawulski opowiada o losach Nikodema Skotarczaka, znanego swego czasu jako "król wybrzeża". I chociaż ambicji reżyserowi nie brakuje, to jego najnowszy film zawodzi na każdym kroku. Z naszej recenzji dowiecie się dlaczego.

jak pokochałam gangstera netflix recenzja premiera

Współzałożyciel federacji KSW poczuł w sobie artystę. W jego pierwszych filmach obecna była pasja i gatunkowa lekkość, niezbyt często spotykana w polskim kinie. W "Jak pokochałam gangstera" już tego nie uświadczymy, bo Maciej Kawulski postanowił przefiltrować ulubione tematy Martina Scorsesego przez narrację "Obywatela Kane'a". Wygląda to, jakbyśmy mieli otrzymać "Chłopców z ferajny" podszytych wrażliwością "Irlandczyka", a wyszła tania podróba "Jak zostałem gangsterem. Historia prawdziwa".

"Jak pokochałam gangstera" okazuje się bowiem duchowym spadkobiercą poprzedniego filmu Kawulskiego. Narracje obu produkcji w pewnym momencie się przecinają, ale na tym powiązania fabularne się kończą. Poetyka jest za to taka sama. O ile jednak w "Jak zostałem gangsterem. Historia prawdziwa" miała ona sens, tak w tym wypadku staje się sztuką dla samej sztuki, a reżyser za jej sprawą niebotycznie rozciąga czas trwania swojej opowieści.

Jak pokochałam gangstera - recenzja polskiego filmu dostępnego na Netfliksie

Trzy godziny - przez tyle czasu reżyser serwuje nam festiwal wizualnych fajerwerków, łamania czwartej ściany i metaforyki na poziomie szkolnego wypracowania. Ładne to, czasami zabawne, ale zupełnie pozbawione sensu. Być może jeszcze niedawno przymknęlibyśmy na to oko, uznając za pewną ciekawostkę w polskim kinie. "Najmro. Kocha, kradnie, szanuje" pokazało jednak, że formalne ekscesy powinny, przynajmniej w pewnej mierze, działać w służbie opowiadanej historii. Mateusz Rakowicz dostrzegł w Zdzisławie Najmrodzkim kontrkulturowego bohatera Polski i podał nam jego losy w wersji pop. W "Jak pokochałam gangstera" Kawulski zauważył w Nikodemie Skotarczaku co najwyżej gatunkową kliszę i ubrał ją w pretensjonalne środki wyrazu.

Reżyser wraz ze współscenarzystą Krzysztofem Gurecznym całkowicie bowiem zapomniał czym powinny karmić się podobne opowieści. "Jak zostałem gangsterem. Historia prawdziwa" oglądało się dobrze, bo chociaż był to film daleki od ideału, to dramaturgii w nim nie brakowało. Tutaj o fabularnych konfliktach, które miałyby utrzymać nas przed ekranem, można zapomnieć. Po prostu tajemnicza starsza kobieta opowiada dziennikarzowi o losach głównego bohatera, a reżyser chętnie nam je pokazuje. Brakuje tu jednak Różyczki mającej rytmizować i ukierunkować narrację.

Jak pokochałam gangstera - Netflix - zwiastun

Wiemy, dokąd zmierza opowieść, bo z podobnymi fabułami mieliśmy do czynienia wielokrotnie. Nikoś dumnym krokiem wspina się na szczyt, zdobywając wielkie pieniądze, równie szybko, co kolejne kobiety, zawsze gotowe zrobić mu fellatio. Stylowi życia protagonisty zagraża jednak niemiecki policjant oraz zmiany w gangsterskim kodeksie. Kochanka, męski pojedynek charakterów i tak w nieskończoność. Ze względu na epizodyczność narracji o jakiejkolwiek spójności można zapomnieć. Mamy więc do czynienia z prostą historią, w której zamiast gatunkowego uroku znajdziemy co najwyżej infantylną i nachalną symbolikę.

Jak pokochałam gangstera - czy warto obejrzeć nowy film twórcy Jak zostałem gangsterem. Historia prawdziwa?

"Jak pokochałam gangstera" to film życzeniowy, w którym cały potencjał rozmywa się w nieustannych powtórzeniach. Na to co można powiedzieć w jednej scenie, Kawulski potrzebuje całego aktu, przez co paradoksalnie brakuje mu czasu, aby zbudować interesujący świat przedstawiony. Znajdziemy tu bowiem jakąś nostalgię za czasami, kiedy "wygrywał najsprytniejszy, a nie najsilniejszy". Akcja rozgrywa się na przestrzeni wielu, wielu lat z transformacją kulturową w tle. Kontekst historyczny schodzi jednak na drugi plan. Zamiast zarysować koloryt kulturowy danego okresu, reżyser woli uciekać w repetycje i serwować nam playlistę tak rodzimych, jak i zachodnich szlagierów. W parze z wizualnym bałaganem idzie więc kakofonia ze ścieżki dźwiękowej i nawet aktorzy mają problem z odnalezieniem się w tej stylistyce.

O ile Tomasz Włosok ma się tutaj czym popisać i dźwiga kolejne akty na swoich barkach, pozostali członkowie obsady nie potrafią dostosować się do narzuconego przez niego rytmu. Antoni Królikowski od niechcenia rzuca swoimi kwestiami, a nieco życia okazuje tylko wtedy, gdy reżyser każe mu mówić do kamery. Sebastian Fabijański chyba jeszcze nie wyszedł z postaci Mariana z "Mowy ptaków" i w jego przerysowanej kreacji jest więcej pretensji niż we wszystkich rolach Jareda Leto razem wziętych. Jakby każdy z aktorów urwał się z innej bajki, a Kawulski puścił ich samopas, chcąc zobaczyć co z tego wyjdzie.

A wychodzi niewiele. Reżyser niemiłosiernie odwleka nieuchronny finał, a gdy już do niego dochodzi, pokazuje nam, że wybrał drogę artystycznych pretensji, bo zupełnie nie miał pomysłu na swoją opowieść. "Jak pokochałam gangsterem" staje się przez to produkcją zbyt poetycką na kino gatunkowe i zbyt gatunkową na film poetycki. Chociaż jest to lepsze od zwulgaryzowanych fabuł sygnowanych nazwiskiem Patryka Vegi, kończy w sferze pozbawionych charakteru stulejarskich fantazji.

"Jak pokochałam gangstera" obejrzycie na Netfliksie.