1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Netflix

Co zmieniło się w 2. sezonie "Wiedźmina" od czasu pierwszych odcinków?

Twórcy 2. sezonu "Wiedźmina" wprowadzili szereg zauważalnych zmian względem "jedynki" - już na pierwszy rzut oka widać, że większe zaplecze finansowe i ambicje, by sprostać oczekiwaniom widzów, wpłynęły na kształt 2. sezonu. Co ciekawe, szereg decyzji twórców spotkał się z bardzo mieszanym odbiorem widowni - jedni twierdzą, że poprawę widać na każdym kroku, inni zaś, że mamy do czynienia z materiałem pod wieloma względami gorszym niż część pierwsza. Przyjrzyjmy się drodze, jaką przebył serial "Wiedźmin".

wiedźmin sezon 2 netflix serial zmiany droga błędy

1. sezon "Wiedźmina" okazał się - z punktu widzenia Netfliksa - udanym eksperymentem. Twórcy wzięli pod lupę dwa zbiory opowiadań polskiego autora, celując w wypełnienie luki po "Grze o tron" i licząc na to, że spopularyzowana, za sprawą ciepło przyjętych gier wideo, marka przyciągnie przyzwoite grono odbiorców. Podejrzewam, że efekt przerósł ich oczekiwania.

Postanowiono zatrudnić popularnego aktora, popracować nad przystępnością całości (wiele uproszczeń, ale i rekontekstualizacja kilku motywów), wykorzystać postać Jaskra do przemycenia szlagierów z potencjałem marketingowym (Toss A Coin To Your Witcher okazało się zresztą znakomitą viralową reklamą), zadbać o atrakcyjne sekwencje akcji i "umemicznić" głównego bohatera. Wszystko, byle trafić do jak najszerszej widowni oraz odciągnąć uwagę od skromnej scenografii i mizernych efektów.

Za sprawą znakomitego marketingu i części z powyższych zabiegów "Wiedźmin" osiągnął sukces, przyciągając przed ekrany imponującą liczbę widzów - i to mimo mieszanych recenzji, i reakcji fanów. Serial Lauren S. Hissrich często porównywało się (i to się raczej nie zmieni po 2. serii) do najntisowych produkcji typu "Herkules" czy "Xena". I nie sposób nie odnieść wrażenia, że ta odrobina kiczu, bałaganu i przaśności w starym stylu, odarta jednak z wszechobecnej infantylności, przypadła szerokiej publiczności do gustu.

Wiedźmin: droga do sezonu 2.

Wiedźmin: droga, z której się nie wraca? Największe zmiany po 1. sezonie

Sukces 1. serii "Wiedźmina" upewnił twórców w przekonaniu, że warto popracować nad stworzeniem netfliksowego uniwersum. I tak oto wkrótce pojawiły się zapowiedzi kontynuacji, spin-offów, prequeli, animacji i produkcji dla młodszych odbiorców. Zero zdziwienia. Byłbym w szoku, gdyby zaniechano wykorzystania tak olbrzymiego potencjału.

Na co najczęściej narzekano w kontekście pierwszej odsłony? Abstrahując od niechęci do niewiernego odtwarzania oryginału, przeważnie obrywało się właśnie aspektom wizualnym. Efekty, kostiumy, cała scenografia. Dostało się też ponoć nieczytelnym przeskokom w czasie i zbyt wysokiemu progowi wejścia dla osób, które wcześniej ze światem wykreowanym przez Andrzeja Sapkowskiego nie miały styczności (a to, umówmy się, ogromna część widowni).

Z dużym sukcesem wiąże się duża odpowiedzialność, przede wszystkim jednak dużo większa kasa na realizację kolejnego projektu. I skłamałbym, gdybym napisał, że tych pieniędzy w 2. sezonie "Wiedźmina" nie widać. Zatrudniono szereg poważanych film zajmujących się aspektami wizualnymi (w tym słynne ILM). Widzowie chcieli potworów - i dostali je, w liczbie znacznie większej, niż jakikolwiek fan książki mógłby po adaptacji "Krwi elfów" oczekiwać. Wyglądają one, rzecz jasna, znacznie lepiej, podobnie jak cyfrowe scenerie i miasta. Poszerzono kadry, zadbano o pewną nastrojowość, szczegóły scenografii, część kostiumów.

Błyskawicznie zareagowano też na krytykę części malkontentów (warto pamiętać, że podobny poziom interakcji i prób wyjścia naprzeciw narzekaniom, nawet jeśli jego efekty są przeciętne, jest godny pochwały i rzadko spotykany) - już niedługo po premierze pierwszej serii obiecano wymianę krytykowanych powszechnie Nilfgaardzkich zbroi. Zrezygnowano z zabaw liniami czasowymi, uproszczono strukturę narracji. Zadbano o ekspozycję i drobiazgowe wyjaśnienie wielu elementów związanych ze światem przedstawionym, które mogły być niejasne. To dobry znak - ekipa kreatywna okazała się otwarta na bardziej sceptyczne opinie.

Wielu recenzentów nie stroni od pochwał, podkreślając, że twórcy zdecydowanie wyciągnęli wnioski z błędów popełnionych przy okazji realizacji "jedynki".

I po części się z nimi zgadzam. Rzecz w tym, że znaczny odłam tych zmian wprowadzono bardzo nieporadnie i ostatecznie nie do końca działają - z różnych powodów. I o ile część z nich jest jak najbardziej dyskusyjna, o tyle nie potrafię zrozumieć choćby kwestii tych przeklętych kostiumów, z których połowa wciąż przypomina stroje z LARP-owego konwentu (nie wspominając o tych okropnych, tandetnych, plastikowo wyglądających zbrojach). Podobnie rzecz ma się z CGI - jasne, wyglądają o niebo lepiej, niż poprzednio, ale twórcy "Wiedźmina" wciąż nie nauczyli się dobrze maskować niedostatków. Zdarza się, że monstra prezentują się naprawdę źle, a gdy Geralt ściera się z jednym z nich w słoneczny dzień i finalnie obcina mu głowę, naszym oczom ukazują się efekty komputerowe naprawdę mizernej jakości.

Chęć drobiazgowego wyjaśnienia widzom każdego aspektu przedstawionego świata i jej historii również okazała się brzemienna w skutkach - dialogi postaci wypadają jeszcze sztuczniej niż w najbardziej krytykowanych momentach poprzedniej serii, bo są zdominowane przez niezdarną ekspozycję. Widać to (a raczej: słychać) zwłaszcza w pierwszych trzech odcinkach 2. sezonu "Wiedźmina" i w wątkach elfów, i Yenenfer. Mam też wrażenie, że całościowo dochodzi tu do znacznie większego uproszczenia na poziomie choćby moralnych dylematów. W drugiej odsłonie jest na nie coraz mniej miejsca, a wypowiadane przez postacie zdania coraz częściej zastępują powtarzane banały i truizmy (ile razy jeszcze usłyszymy, że potwory to nie tylko szpony i kły, a prawdziwe bestie rodzą się z czynów?).

Wiedźmin: walka z potworem

O potknięciach przy uzupełnianiu książkowego oryginału lub też całkowitej jego modyfikacji pisać już nie ma sensu - na łamach Rozrywka.Blog poświęciliśmy już temu sporo miejsca. Scenarzyści najzwyczajniej w świecie słabo poradzili sobie z napisaniem własnych historii i wątków. W ogóle podczas obcowania z całością łatwo odnieść wrażenie, że cała ekipa ma jak najszczersze intencje, ale najzwyczajniej w świecie nie radzi sobie ze swoim zadaniem - czy to na płaszczyźnie kostiumów, czy dobrego wykorzystania efektów, czy rozbudowania scenariusza. I piszę to przy całej sympatii do Lauren S. Hissrich i wierze w najlepsze chęci wszystkich odpowiedzialnych za produkcję twórców. Jako osoba, która, podkreślam raz jeszcze, widzi w tym materiale ogrom serca, a pierwszy sezon naprawdę lubi.

Ostatnią zmianą, która być może nie przykuła uwagi recenzentów, ale mnie osobiście ogromnie rozczarowała (by nie rzec: zabolała), jest wprowadzenie nowego kompozytora. Uważam, że przy okazji pierwszej serii duet Sonya Belousova i Giona Ostinelli wykonał naprawdę świetną robotę, pisząc pełną energii, znakomicie dopasowaną do vibe'u głównego bohatera i świata przedstawionego ścieżkę, która wspaniale bawiła się motywami folkowymi. Nie wspominając już o kilku naprawdę świetnych utworach śpiewanych (i nie mówię tu tylko o piosenkach Jaskra). Joseph Trapanese poszedł w stronę generycznego, epickiego fantasy - typowej blockbusterowej ścieżki, która jest właściwie niesłyszalna, nie zapada w pamięć, a całościowo okazuje się, wybaczcie, zupełnie pozbawiona charakteru.

Serialowy "Wiedźmin" przebył doprawdy dziwną drogę. To unikalne zjawisko - częściowa poprawa jakości pewnych elementów przy równoczesnym spadku innych. Wykreowanie motywów wymykających się jednoznacznej ocenie. Czego by o "Wiedźminie" nie mówić, w zadziwiający sposób broni się przed zaszufladkowaniem - wystarczy spojrzeć, jak skrajnie różne opinie mają na temat jego poszczególnych elementów recenzenci, dziennikarze, krytycy. A gdyby ktoś spytał mnie, jakie zmiany przewiduję w kontekście sezonu 3., odparłbym, że nie mam bladego pojęcia. Serialowy "Wiedźmin" to chaos i jedna wielka niewiadoma. Tu może stać się wszystko. I nie powiem, bym nie był przyszłym kształtem produkcji zaintrygowany.