1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Seriale

Do "I tak po prostu" trzeba cierpliwości. Kontynuacja "Seksu w wielkim mieście" fatalnie się zaczyna, ale im dalej, tym lepiej

I tak po prostu bohaterki "Seksu w wielkim mieście" wróciły na ekrany telewizorów. Kontynuacja kultowego serialu wie, co było jego mocną stronę i stara się to odtworzyć. Z jednej strony wydaje się, że autorzy serialu świetnie zdają sobie sprawę z tego, że świat jest już w zupełnie innym miejscu, z drugiej próbują korzystać z rozwiązań, które albo nie działają, albo których już tak dobrze nie czują.

I tak po prostu HBO

W "I tak po prostu" Carry, Miranda i Charlotte stara się wejść w swoje stare buty i wkroczyć w nich odważnie w XXI wiek. Noga jednak od nich odwykła, może spuchła, może zrobiły się haluksy, może po prostu trudno całe życie spędzić w szpilkach, ale trudno nie zauważyć, że szczególnie w pierwszym odcinku "I tak po prostu" dużo jest potknięć i niezręczności. Pod koniec czwartego odcinka (tyle zostało udostępnione prasie przed premierą) bohaterki kroczą już pewniej, droga wytyczona im przez scenarzystów ma więcej sensu i wydaje się nawet, że ten retro bucik ma szansę na drugą młodość.

"I tak po prostu. Kontynuacja Seksu w wielkim mieście" - pierwsze wrażenia.

Zaczyna się fatalnie. Oto Carry Miranda i Charlotte siadają w restauracji i raczą widzów średnio zabawnym dialogiem pełnymi ekspozycji podanej pospiesznie i bez wdzięku. Można poczuć, że autorzy serialu chcą za wszelką cenę jak najszybciej ustawić pionki na szachownicy i wyjaśnić sytuację, żeby móc przejść do opowiadania zaplanowanej historii. Doceniam zamysł, ale wykonanie sprawiło, że miałam nieodparte wrażenie, że obcuję z fanfickiem - ot, zapalony miłośnik "Seksu w Wielkim Mieście" wziął bohaterki i wrzucił w nowe role, które teraz szybko musi wyjaśnić, jednocześnie trochę za bardzo się starają, żebyśmy wszyscy wiedzieli, że super je rozumie i zaraz to nam udowodni - w efekcie wszystko w tych pierwszych scenach wydaje się wymuszone i nienaturalne.

Dostajemy więc szybki dialog, w którym bohaterki próbują nas przekonać, że są nadal tymi samymi osobami, ale w wersji 5.0. - Miranda przestaje być korporacyjną prawniczką i zapisuje się na uniwersytet, żeby walczyć o prawa człowieka, a Carry przerzuca się na podcastowanie i prowadzenie Instagrama - znajdźcie mi rzeczy bardziej XXI wieczne. Do tego dochodzi szybkie omówienie tego, dlaczego nie ma z nimi Samanthy (grająca ją Kim Cattrall i Sarah Jessica Parker nie są w najlepszych stosunkach i aktorka odmówiła brania udziału w kontynuacji serii). W efekcie całość wygląda jak odhaczanie kolejnych punktów na drodze do ważniejszych rzeczy i opowiadania historii właściwej. Na szczęście, kiedy przebrniemy przez początek, jest lepiej, choć nie jestem pewna, czy dobrze.

"I tak po prostu" zyskuje, kiedy bierze się za opowiadanie historii, a nie udowadnianie, że nadal jest "Seksem w wielkim mieście".

Sex w Wielkim Mieście zasłynął swoim podejściem - odważnym i świeżym - do tematów obyczajowych, w tym szczególnie, tu nikogo nie zaskoczę - seksu. Nowa część chce z dumą kontynuować tę tradycję, ale chyba tu też stara za bardzo i znów wychodzi fanfickowo. Oglądając te kilka początkowych odcinków, miałam poczucie, jakbym leciała przez listę Ważnych Współczesnych Tematów do odhaczenia a serial zmieniał się w swoją parodię. Nowe postaci, od których nasze bohaterki uczą się "współczesności" (tak jakby poprzednie 20 lat jednak trochę przespały) mają ogromny potencjał, ale nie da się go zrealizować, kiedy scenarzyści każą im łopatą dawać widzom Bardzo Ważne Lekcje. Czarnoskórą wykładowczynię prawa poznajemy, kiedy Miranda kompromituje się przed nią za bardzo próbując nie powiedzieć nic rasistowskiego i popełnia gafę za gafą. Nieco tylko mniej bolesna w oglądaniu jest scena spotkania Carry z jej nową szefową, która w kilku żołnierskich słowach wyjaśnia binarność i niebinarność słuchaczom podcastów.

Dopiero kiedy nowym postaciom pozwoli się im być pełnokrwistymi bohaterami, a nie chodzącymi etykietkami, ich losem możemy się przejąć. Podobną ewolucję przechodzą bohaterki, które z czasem nie muszą już udowadniać, że są, kim były i mogą przejść do opowiadania o tym, kim się stają. Kolejne odcinki pozwalają wierzyć, że teraz, gdy pionki na szachownicy są już porozstawiane, twórcy zamiast odhaczania kolejnych punktów są gotowi skupić się na opowiadaniu swojej historii, byciu zabawnym, a może nawet, powiedzeniu czegoś ciekawego o współczesnych kobietach i obyczajowości. Trzymam kciuki.