1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Filmy

"Piraci z Karaibów" nie mają sensu bez Johnny'ego Deppa. Wielkie franczyzy potrzebują znanych twarzy

"Piraci z Karaibów", "Harry Potter" czy nawet Marvel Cinematic Universe - wszystkie wielkie hollywoodzkie franczyzy potrzebują gwiazd. Najlepiej takich, które już zdobyły sympatię widzów. Fani chcą, by w nowych filmach grali Johnny Depp, Hugh Jackman czy Tom Holland. Wcale nie śpieszy im się do ciągłych rebootów.

piraci z karaibów johnny depp marvel spider man tom holland

Sony zaledwie wczoraj ogłosiło oficjalnie, że Tom Holland wystąpi jako Spider-Man w kolejnych trzech filmach należących do Marvel Cinematic Universe. Wbrew wcześniejszym zapowiedziom i obawom fanów "Spider-Man: Bez drogi do domu" nie będzie więc pożegnaniem aktora z rolą, który wysforowała go do miana jednym z największych nowych gwiazd w Hollywood. Reakcje fanów na to ogłoszenie, jak łatwo się domyślić, są w większości niezwykle pozytywne. Nawet krytycy filmów o Peterze Parkerze z Tomem Hollandem (w jakimś stopniu sam do nich należę) nie mają tak naprawdę wątpliwości, że Anglik bardzo pasuje do tego bohatera i zasługuje na dodatkowe filmy.

Cała ta sytuacja potwierdziła natomiast pewien bardzo istotny fakt. Wielkie franczyzy nadal potrzebują znanych twarzy. Nawet Spider-Man, czyli obok Batmana i Supermana najczęściej i najłatwiej rebootowany superbohater jest łatwiejszy do sprzedania widzom ze znajomą gwiazdą na plakacie. Nie sposób przecenić popularności Człowieka-Pająka, a mimo to kolejna zmiana aktora znacząco uderzyłaby Sony i Marvela po kieszeni. Widzowie lubią przyzwyczajać się do aktorów odgrywających lubiane przez nich postaci. Dlatego plotka o powrocie Hugh Jackmana do roli Wolverine'a na kilka tygodni podbiła cały internet. Ostatecznie fanów spotkał zawód w tej kwestii, ale podobne historie mają znaczenie i powinni zapaść w pamięć szefów wielkich wytwórni. Zanim wpadną na pomysł rebootu takich marek jak "Piraci z Karaibów" czy "Harry Potter" i popełnią olbrzymi błąd.

Johnny Depp pewnie nigdy nie wróci do serii "Piraci z Karaibów". A przecież nikt nie będzie chciał oglądać nowej części bez niego.

Dla każdego, kto zadał sobie trud prześledzenia nastrojów w fandomie "Piratów z Karaibów", powyższa teza nie będzie w żaden sposób kontrowersyjna. Bez Johnny'ego Deppa i bez Jacka Sparrowa nie ma tej franczyzy. Ona nie istnieje. Można (i należy) oczywiście krytykować grę na autopilocie w wykonaniu Amerykanina w słabszych filmach ze wspomnianego cyklu. Nie zmienia to natomiast faktu, że bez niego nie ma żadnego powodu wracać do "Piratów z Karaibów". Wiem to ja, wiedzą to fani serii, wie to Kevin McNally wcielający się w rolę Joshamee'ego Gibbsa.

Perspektywa zarobku na popularnej marce z całą pewnością jest jednak kusząca dla Disneya. W końcu mowa o wytwórni, która od prawie dekady sprzedaje swoje stare historie w nowym opakowaniu i zarabia na tym miliony dolarów. Problem w tym, że nadanie nowego kierunku franczyzie tak jednoznacznie kojarzonej z jedną postacią nie jest łatwe. Całkowite zerwanie z przeszłością kończy się zwykle wściekłością fanów i bojkotem na wzór tego, który dotknął "Ghostbusters" z 2016 roku. Doniesienia o reboocie "Piratów z Karaibów" z Margot Robbie jako główną gwiazdą odświeżonej serii też nie wzbudziły wielkiego entuzjazmu.

Dokładnie odwrotne emocje w pierwszej chwili wywołał za to fałszywy zwiastun "Piratów z Karaibów 6" z Johnnym Deppem. Widzowie oszaleli na sam widok materiału wideo, a potem poznali prawdę i z tego powodu poczuli się podwójnie oszukani. Ich nastawienie od tego czasu nie uległo natomiast zmianie. Dlatego zdecydowanie nie zazdroszczę twórcom, którym Disney powierzy nakierowanie filmowego cyklu o piratach na nowe tory. Bo o powrocie Deppa raczej nie może być mowy. Sam aktor w emocjonalnej wypowiedzi z końca września podkreślił, że jest gotowy zagrać Jacka Sparrowa nawet na dziecięcych urodzinach. Byleby tylko pozwolono mu znów włożyć ten kostium. Disney nigdy się na to jednak nie zgodzi, dopóty będzie choćby minimalna groźba bojkotu części widowni zniesmaczonej obecnością Johnny'ego Deppa w obsadzie.

Czy to oznacza, że gwiazdy nadal decydują o powodzeniu filmu a nie popularność ich postaci? Sprawa jest nieco bardziej skomplikowana.

We współczesnych dyskusjach o popkulturze często można usłyszeć zdanie, że ludzie nie chodzą już do kina na gwiazdy tylko na lubiane postaci. Według tej idei nie ma znaczenia, kto gra Iron Mana, Batmana, Spider-Mana, Larę Croft, Nathana Drake'a czy Hana Solo. Liczy się tylko bohater. To jednak najzwyczajniej w świecie nieprawda, choć mająca swój początek w niepodważalnym fakcie. Popkultura XXI wieku jest światem adaptacji, ekranizacji i wszelkiego rodzaju odniesień. Widzowie faktycznie chcą zobaczyć na małym czy dużym ekranie ukochane postaci (często jeszcze z czasów dzieciństwa) i jest to istotną motywacją w konsumowaniu przez nich treści.

Wystarczy jednak spojrzeć na sukces filmu "Czerwona nota" na Netfliksie, by zrozumieć siłę znanych nazwisk. Produkcja z Dwaynem Johnsonem, Gal Gadot i Ryanem Reynoldsem jest najpopularniejszym pełnometrażowym dziełem w historii serwisu. Nie stało się tak za sprawą popularnej marki czy cenionych przez lata bohaterów. Zadecydowała sława aktorów i odczuwana do nich sympatia ze strony odbiorców. Zresztą Netflix w ten sposób tylko rozwinął swoją wcześniejszą strategię robienia filmów sensacyjnych z jednym głośnym celebrytą na pokładzie. Skoro zadziałało z Chrisem Hemsworthem czy Charlize Theron, to tym bardziej miało szansę zadziałać z trójką aktorów tego kalibru w jednej produkcji. Tak zapewne wyglądało planowanie "Czerwonej noty" i cóż za niespodzianka - hipoteza sprawdziła cię w pełni.

Dużą rolę odgrywa tu przyzwyczajenie. Dla przykładu: "Harry Potter" przyciąga ludzi do kin, ale to Daniel Radcliffe trzyma ich na dłużej.

Co dokładnie mam przez to na myśli? To dosyć proste. Pierwszy impuls do obejrzenia głośnej marki będącej adaptacją znanej historii czy przedstawieniem uwielbianego bohatera zawsze będzie miał więcej do czynienia z tym, co już kojarzymy. Spider-Man czy Harry Potter to ikony, które koniec końców przetrwają dłużej niż trwa staż jednego grającego ich aktora. Ludzie z początku idą więc do kina czy włączają VOD, by zobaczyć swoich herosów. Interpretacja ukochanego bohatera w wykonaniu nowego aktora czy aktorki może im jednak nie przypaść do gustu. I wtedy nic nie ma szansy uratować najpopularniejszej nawet marki.

Z kolei w odwrotnej sytuacji aktorzy stają się tożsami ze swoimi rolami. Terminator jest Arnoldem Schwarzeneggerem, Rocky Balboa Sylvestrem Stallone'em, Harry Potter Danielem Radcliffem a Jack Sparrow Johnnym Deppem. Wystarczy spojrzeć na popularność tzw. reunion specials od HBO Max. Miliony osób z całego świata obejrzały spotkanie obsady "Przyjaciół", choć z góry było wiadomo, że Jennifer Aniston, Matthew Perry, David Schwimmer, Lisa Kudrow, Matt LeBlanc i Courteney Cox nie wcielą się ani na moment w swoje postaci. Z zapowiedzianym na początek roku specjalnym spotkaniem aktorów z "Harry'ego Pottera" będzie tak samo.

Dlatego dyskusja: "Kto jest ważniejszy? Aktor czy bohater?" nie ma żadnego sensu. To są naczynia połączone, a waga różnych elementów tej układanki zmienia się wraz z upływem lat. Dzisiaj nie jestem sobie jednak w stanie wyobrazić "Piratów z Karaibów" bez Johnny'ego Deppa. Trudno będzie mi też zaakceptować innego Wolverine'a czy Iron Mana. Nie mam z kolei problemu z zaakceptowaniem faktu, że kiedyś nadejdzie kolei na nowego aktora wcielającego się w Spider-Mana. To jednak nie jest jeszcze ten moment, co stanowi najlepsze świadectwo kunsztu Toma Hollanda w roli Petera Parkera. Wciąż większości z nas jest go mało i to się tak prędko nie zmieni.