1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Filmy

Nowy "Cowboy Bebop" cię rozczarował? Nic straconego, obejrzyj te filmy live-action anime

"Dragon Ball: Ewolucja", "Death Note", a teraz "Cowboy Bebop". Manga i anime nie ma szczęścia do aktorskich ekranizacji, czyli tzw. live-action. A na pewno wtedy, gdy biorą się za to Amerykanie. Czy to zawsze reguła? Nie do końca, a poniższa lista udowadnia, że nie wszystkie produkcje z japońskim rodowodem to niewypały.

najlepsze filmy live action anime manga cowboy bebop

Aktorskiego "Cowboya Bebopa" już możemy oglądać na Netfliksie. Podobnie jak i jego animowany pierwowzór z 1999 roku, który jest uznawany przez wielu za arcydzieło japońskiej popkultury. Nowy serial nie udźwignął ciężaru legendy - niby człowiek wiedział, ale jednak się łudził. Czy jest tak tylko w przypadku, jeśli zestawimy obok siebie oba dzieła? Nie. Amerykańska wersja nawet jako oddzielny byt jest po prostu kiepska, kiczowata i bez wizji, o czym możecie przeczytać też w recenzji netfliksowego "Cowboya Bebopa" Tomka Gardzińskiego.

Netflix już wziął na warsztat kolejne kultowe anime "One Piece". Po jego ostatnim serialu live-action fani pirackiego oryginału trzęsą się z nerwów jak słomkowy kapelusz Luffy'ego na wietrze. Tym bardziej, że serwis ma koncie już "Notatnik śmierci" (każdy jednak i tak mówi "Death Note") z 2017, który był gigantycznym rozczarowaniem. Czy każdy otaku musi omijać szerokim łukiem aktorskie wersje ulubionych anime i mang? No właśnie nie!

Najlepsze filmy live-action na podstawie mangi i anime

Death Note (2006)

Pewnie myślicie, że to literówka, ale chodzi mi o japoński film. O ile netfliksowy "Death Note" ma mało wspólnego z mangą (w zasadzie pokrywa się koncept śmiercionośnego notatnika, ale większość wątków została kompletnie zmieniona na niekorzyść dla wszystkich), o tyle ta wersja jest wierną ekranizacją, w której nawet niektóre kadry pokrywają się z komiksem, a fryzury bohaterów szczególnie.

I bardzo dobrze, bo zmienianie czegokolwiek w tak genialnej, wręcz matematycznie rozpisanej, mandze jak "Death Note" Tsugumi Oby (przynajmniej do śmierci wiadomo-kogo, puszczam oko do fanów) jest złym pomysłem. Nie było to też trudne, bo sama opowieść jest osadzona w dość realistycznym, współczesnym świecie - z wyjątkiem postaci shinigamich, czyli bogów śmierci. Japoński thriller nie jest może idealny, a specyficzna ekspresja aktorów i efekty komputerowe mogą śmieszyć, ale fani zarówno komiksowego L, Ryuka i Lighta, jak i ich anim(e)owanych odpowiedników, nie powinni się zawieść.

Rurouni Kenshin (2012)

W bibliotece Netfliksa znajdziemy przykład tego, jak powinno się robić serie live-action. W czerwcu wjechało tam kilka części ekranizacji dobrze znanej rónież w naszym kraju mangi i anime (osoby wychowane na "Kawaii" na pewno znają ten tytuł), a każda spotkała się z pozytywnym odbiorem zarówno krytyków, jak i miłośników klasycznej historii o Kenshinie Himurze. Niektórzy nazywają jego drogę od zabójcy do szukającego odkupienia alegorią Japonii.

Inni dopatrują się w tym odniesień do autora mangi - Nobuhiro Watsuki w 2018 roku został skazany za posiadanie pornografii dziecięcej (tłumaczył, że kupował ją, bo lubi oglądać "dziecięcą nagość"), a kilka miesięcy później powrócił do pracy w wydawnictwie. Decyzję o oglądaniu w takich okolicznościach filmów na podstawie jego twórczości pozostawiam więc wam.

Battle Royale (2000)

Dystopijny horror Koushuna Takamiego z 1999 roku to ojciec "Fortnite'a", "Igrzysk śmierci" i "Squid Games". Na podstawie powieści powstała w tym samym roku manga i film. Komiks wydała J. P. Fantastica i jeśli uważacie, że koreański hit netfliksa jest zbyt brutalny, to najwyraźniej go nie czytaliście. Każda scena przemocy (a ta występuje w każdej możliwej formie) jest tam pieczołowicie narysowana z perwersyjną dbałością o szczegóły dotyczące zachowania ludzkiego ciała w zetknięciu z różnymi przedmiotami.

Z kolei film Kinji Fukasaku z Takeshi Kitano to absolutny klasyk, który jest krwawy i okrutny, ale ma przede wszystkim pacyfistyczne przesłanie oraz krytykuje ówczesny japoński system oświaty i polityków. Pewnie słyszeliście o nim w kontekście listy z ulubionymi filmami Quentina Tarantino. Reżyserowi tak się "Battle Royale" spodobało, że obsadził w "Kill Billu" jedną z aktorek - Chiaki Kuriyama zagrała Gogo.

Na skraju jutra (2014)

Moja lista jest trochę oszukana, bo "Battle Royale" to de facto ekranizacja japońskiej książki. Z kolei "Na skraju jutra" wzięło się z light novel (powieść z ilustracjami) zatytułowanej "All You Need Is Kill" autorstwa Hiroshiego Sakurazaki, ale powstała też manga, która zresztą doczekała się też polskiego wydania, więc proszę mnie nie hejtować.

Szczególnie, że superprodukcja z Tomem Cruisem i Emily Blunt to naprawdę udany blockbuster, który bucha sentymentem za czasami science-fiction na VHS-ach ("Żołnierze kosmosu", "Tajemnica Syriusza", czy nawet "Pitch Black", choć to już bardziej era DivX) i zrobiła na mnie większe wrażenie niż sam komiks. "Na skraju jutra" nie obraża inteligencji widza oraz świetnie wykorzystuje też pętlę czasu a la "Dzień Świstaka", a do tego motywu mam ogromną słabość.

Alita: Battle Angel (2019)

Zawsze narzekaliśmy, że amerykańskie live-action mają gdzieś materiał źródłowy, więc w tym wypadku główna bohaterka dostała nawet wielgachne ślepia. Zdjęcia promocyjne odrzucały, ale efekt końcowy wyszedł całkiem, całkiem. Mogą się z tym jednak nie zgodzić konserwatywni fani mangi Yukito Kishiro, która stanowi jeden z trzonów tego, co uważamy za cyberpunk. Podobnie zresztą jak "Ghost in the Shell", który również doczekał się filmu live-action ze Scarlett Johansson, ale nie tak udanego jak "Alita: Battle Angel".

Zabrakło w nim paradoksalnie tytułowej duszy, którą film w reżyserii Roberta Rodrigueza (ten pan od "Od zmierzchu do świtu", "Desperado") posiada. Nie znam nikogo, kto nie pokochałby filmowego cyborga, ani nie bawił się świetnie oglądające widowiskowe sceny akcji i lokacje. Nie ma jednak co się dziwić, skoro współproducentem "Alita: Battle Angel" był James Cameron ("Titanic", "Avatar").

Oldboy (2002)

Zanim świat na dobre zaczął się ekscytować koreańską popkulturą, Chan-wook Park nakręcił "Oldboya" (a potem świetną "Służącą") i zjednał sobie także zachodnich odbiorców. Pewnie wielu jego widzów było zaskoczonych, że pierwowzorem filmu była niepozorna manga z lat 90. Aż trudno w to uwierzyć, bo przecież nie ma w niej samurajów, mechów, lolitek z kolorowymi włosami i wybrańców strzelających z rąk kulami ognia, prawda?

Jest za to klasyczny motyw zemsty rodem z "Hrabiego Monte Christo" i plot twist, po którym trudno jest się pozbierać. Manga Garona Tsuchiyi i Nobuaki Minegishiego doczekała się też amerykańskiego live-action w reżyserii Spike'a Lee z 2013. Film nie był porywający i nie ma nawet podjazdu do koreańskiej wersji, która jest nie tylko najlepszym mangowym live-action, ale jednym z najlepszych thrillerów w ogóle.