1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Netflix

"Król tygrysów" stracił pazur. W drugim sezonie jest mniej szaleństwa a więcej chaosu

Joe Exotic siedzi w pace, internauci szukają zaginionego męża Carole Baskin, a na bezkrólewiu myszy harcują, bo tygrysa nie czują. Netflix dokręcił ciąg dalszy jednego z największych przebojów 2020 roku, który kontynuuje i rozwija wątki z pierwszego sezonu "Króla tygrysów", ale nie daje nam w sumie nic.

krol tygrysow 2 sezon netflix serial recenzja

"Król tygrysów" trafił w idealny czas – właśnie rozpoczynała się pandemia, pozamykaliśmy się w domach i baliśmy się o jutro. Netflix zabrał nas wtedy do surrealistycznego świata zamieszkanego przez osobliwości rodem z generatora losowych postaci w grach. Sam tytułowy Joe Exotic to (były) właściciel prywatnego zoo, gej-redneck z fryzurą na czeskiego piłkarza i spluwą i śpiewak country. Z drugiego sezonu dowiadujemy się jeszce , że wcześniej był policjantem-striptizerem!

Niestety Joe Exotic ma też swoje mroczne oblicze – przestawia się jako miłośnik zwierząt, ale tak naprawdę traktuje je jak maszynki do zarabiania pieniędzy. Zresztą nie on jedyny, bo w serialu występuje plejada jego kolegów po fachu. Najważniejszą misją serialu jest bowiem ukazanie prawdy o dochodowym biznesie, jakim jest żerowanie na dużych kotach (i nie tylko). Niestety spora część widzów zupełnie tego nie dostrzegła.

Król tygrysów 2 - recenzja.

Drugi sezon zaczyna się od zamieszania, jakie wywołał na świecie "Król tygrysów". Jego bohaterowie, którzy do tej pory byli "Johnami biznesu", stali się rasowymi celebrytami - Carole Baskin nawet wystąpiła "Tańcu z gwiazdami".

Widać po ich strojach, furach i chatach, że nachapali się niezłych, dodatkowych pieniędzy – fani zaczęli szturmować ich przybytki, by zapłacić kilkanaście dolców za wspólne selfie. Jeff Lowe, który zdradził Exotica, przyznał, że zrobił z jakieś 30 tysięcy zdjęć. Prawdziwy amerykański koszmar.

Fot. "Król tygrysów" / Netflix

Jeżeli drugi sezon ich nie przekona do zmiany zdania, to nikt już nie zdoła. Aż dwa odcinki poświęcono Carole Baskin i zaginionemu w 1997 r. Donowi Lewisowi. Przypomnę, że Joe Exotic trafił za kratki, bo planował zabójstwo swojej nemezis z rezerwatu Big Cat Rescue (do tego doszły zarzuty o znęcanie się nad zwierzętami, który ponoć przeważyły na wyroku).

To właśnie on rozkręcił teorię spiskową (i nagrał o tym piosenkę Here Kitty Kitty), że mąż Baskin dawno temu skończył w brzuchu tygrysa. Po premierze internauci znienawidzili wroga swojego ulubieńca, ale też ruszyli na poszukiwania na własną rękę. Serial zabiera nas nawet na Kostarykę, gdzie miał podobno uciec mąż Baskin i robić szemrane interesy.

Fot. "Król tygrysów" / Netflix

Okazuje się, że Don Lewis był prawdopodobnie nie tylko kolejnym biznesmenem żerującym na dzikich zwierzętach, ale i gangsterem. Odcinki poświęcone jego zaginięciu są stuprocentowym true crime, a nie telenowelą reality show, ale nic z nich więcej nie wynika poza tym, że chyba każda osoba w tej branży ma sporo za uszami.

Największym antybohaterem sezonu jest z kolei nowa postać w egzotycznym uniwersum – Tim Stark. Ten gość to Joe Exotic z piekła, który był gotów zastrzelić swoje zwierzęta, jeżeli ktoś śmiałby mu je odebrać. Zapłacił za nie, więc to jego własność i może robić z nimi, co chce. Na szczęście udało się ukrócić jego działalność. I nie tylko jego, ale nie będę więcej zdradzał.

Fot. "Król tygrysów" / Netflix

Król tygrysów 2 to bałaganem bez pomysłu.

Na pewno zauważyliście, że skaczę po tematach, ale tak też jest z tym drugim sezonem. W pierwszym odcinku mamy opowieść o próbie ułaskawienia Exotica u Donalda Trumpa, w kolejnych są poszukiwania Dona Lewisa, a później dostajemy już tylko pomieszanie z poplątaniem: wspomnianą opowieść o menażerii czarnych charakterów: Tima Starka i Jeffa Lowe'a, a także ponowne starania o wyciągnięcie "Króla tygrysów" z więzienia, bo nagle okazuje się, że wszyscy chcą zmieniać swoje zeznania.

Serial stracił pazur – wynika to przede wszystkim z braku tytułowej postaci, którą w drugim sezonie widzimy od czasu do czasu przez szyby w pokoju widzeń. Na ekranie przeważają za to mniej charyzmatyczne, bardziej jednoznaczne i nieciekawe indywidua. Możliwe też, że to efekt braku jednej spójnej wizji na sezon i ten zmienia się przez to w szukanie sensacji na wzór tabloidów.

Fot. "Król tygrysów" / Netflix

Eric Goode i Rebecca Chaiklin złapali za dużo kotów za ogon i skaczą z tematu na temat, a mieli do dyspozycji zaledwie 5-odcinków. Kiedy pojawia się potężny plot twist, nagle wchodzą napisy końcowe. Tak naprawdę żaden z rozbabranych głównych wątków nie ma zakończenia i trzeba będzie czekać na trzeci sezon. Co też nie znaczy, że nie ma częściowego happy endu. Przynajmniej dla kilkudziesięciu zwierząt.

Czy drugi sezon "Króla tygrysów" jest zły? Nie! Nie ma takiej mocy i efektu świeżości jak pierwszy, a ponadto panuje w nim jeszcze większy chaos (od strony narracyjnej, a nie w życiu samych bohaterów). Tym niemniej dla fanów tej niewesołej gromadki to pozycja obowiązkowa – zwłaszcza jeśli nie śledzili przez ten czas amerykańskich mediów.

Nie jest już tak interesująco, choć nie powiem, że znalazły się też odjechane momenty - zabawne i przerażające, ale trzeba też wypić piwo, które samemu się nawarzyło i włączyć przycisk play. Bez takiego odzewu, "Król tygrysów" skończyłby się tylko na jednym sezonie, bo widzowie mieli ogromny wpływ na lwią część historii z drugiego.

2. sezon "Króla tygrysów" możemy obejrzeć online na Netfliksie.