1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Netflix

Netflix to nie tylko świetne seriale. Serwis przestał być synonimem najwyżej jakości

Netflix raz na jakiś czas dowiezie hit. Tak choćby było ostatnio ze "Squid Game". Ale mit jakości produkcji sygnowanych czerwonym "N" upada z każdym przeciętnym, byle jakim serialem, który ma metkę Netflix Original.

netflix filmy seriale jakość
555 interakcji
dołącz do dyskusji

Netflix to nie są tylko świetne seriale. Serwis coraz częściej zalewa nas nowościami, które bywają w najlepszym razie nijakie, w najgorszym okropne. A często byle jakie.

Chociaż wielokrotnie kpiłam z boomerskich tekstów pt. "Kiedyś to były czasy", dzisiaj sama mam ochotę zupełnie poważnie i bez przekąsu przytaknąć: "bo dzisiaj to nie ma czasów, oj nie!". Myślę wtedy o Netfliksie i o tym, jaką przed laty gwarancję dawało nam logo tej marki. Kiedyś, jeśli jakaś produkcja sygnowana była hasłem Netflix Original, a więc była autorskim tytułem platformy (do tego jeszcze wrócimy), mogło się mieć pewność, że człowiek spędzi godziny w doborowym towarzystwie. Czerwone „N” było certyfikatem jakości. Krył się pod nim Kevin Spacey w roli fenomenalnego Franka Underwooda, dziewczyny w pomarańczowych strojach z więzienia w Litchfield czy dwie emerytowane wariatki, Grace i Frankie. A potem? A potem Netfliksowi zamarzyło się bycie największym graczem na rynku.

Netflix - filmy i seriale - ilość nie jakość?

Netflix - filmy i seriale

Co miesiąc na Netfliksa trafia średnio kilkadziesiąt do nawet ponad setki tytułów.

Tylko w tym miesiącu na Netfliksie wyląduje ponad 80 nowych oryginalnych produkcji platfromy. W ciągu roku do serwisu trafiają setki filmów i seriali, zwanych Netflix Originals. Nie dodaję do tego tytułów na licencji, które są dostępne w serwisie – wówczas możemy już mówić śmiało o ponad tysiącu filmów i seriali w skali roku. Sporo, prawda? Sam problem z przywoływanymi oryginalnymi serialami i filmami giganta VOD jest też taki, że to co w serwisie oznaczone jest jako Netflix Original, niekoniecznie jest rzeczywiście produkcją stworzoną przez platformę. Czerwone "N" w lewym górnym logu ekranu otrzymują też tytuły, które Netflix dystrybuuje na wyłączność w danym kraju, a więc po prostu uznał je za na tyle wartościowe, że kupił prawa do ich emisji.

A to zaburza nam spojrzenie na to, co rzeczywiście wyszło spod ręki Netfliksa, a co nie. "Spod ręki" jest oczywiście pewnym uproszczeniem – serwis prace nad swoimi oryginalnymi treściami, których produkcję finansuje, zleca poszczególnym podmiotom, np. firmom producenckim.

Fakt, że Netflix tak ochoczo rozdaje metki ze swoim logiem jest dość zrozumiały. Ale to właśnie on jest częścią problemu.

Dzięki sygnowaniu czerwonym "N" olbrzymiej liczby seriali, Netflix może chwalić się pokaźną biblioteką oryginalnych tytułów, nie angażując się bezpośrednio w cały proces powstawania produkcji, a jedynie wykładając pieniądze na prawa do dystrybucji. To oczywiście jest konfundujące, kiedy okazuje się, że w Polsce "Zadzwoń do Saula" jest w myśl logiki Netfliksa ich oryginalnym serialem, a "Breaking Bad", wyprodukowany przez te same podmioty, m.in. Sony Pictures Television, już takowym nie jest. I, idąc dalej, takim samym oryginalnym serialem platformy jest... "Szkoła dla elity", powstały już z polecenia Netfliksa.

Widz zaczyna się już najzwyczajniej w świecie gubić w tym, co jest, a co nie jest produkcją zleconą przez samego Netfliksa, a do worka Netflix Original wpada co drugi tytuł z miesięcznej ramówki serwisu. Gorzej, że wśród tych comiesięcznych "zapchajdziur" są nie tylko produkcje kupione i potem dostępne na platformie na wyłączność, a także te, które nakręcono z inicjatywy serwisu.

Z uwagi na to, że tych filmów, seriali i programów jest tak dużo, można odnieść od pewnego czasu wrażenie, że jakościowych produkcji jest, nie zaskoczę was, tak mało. One po prostu giną w zalewie tytułów niepotrzebnych, marnych, słabych, czasem wręcz żenujących i obrażających intelekt widza. I HBO, które produkuje mniej tytułów i mniej tytułów kupionych dodaje do swojej biblioteki, w takim rozdaniu wygrywa. Wiemy, że jeśli dostajemy coś nowego, a już zwłaszcza produkowanego przez HBO, to mamy spore szanse, że będzie to produkcja wybitna, bardzo dobra, a przynajmniej dobra.

Netflix przestał w pewnym sensie wyznaczać standardy.

I nie chodzi o to, że nie robi już dobrych, bardzo dobrych czy wybitnych seriali. Wciąż powstają takie cudeńka jak "The Eddy" czy "Gambit królowej". Trzeba pamiętać, że Netflix wciąż zdobywa statuetki na galach nagród telewizyjnych czy filmowych, w tym Oscary, czyli najważniejsze wyróżnienie w branży. Wszyscy mamy w pamięci choćby "Irlandczyka" czy "Historię małżeńską".

Chodzi o to, że bańka pękła. Netflix nie jest już gwarantem wysokiej jakości. Ma ambicje mieć jak najwięcej treści i sięgać po nagrody, ale nie można mieć wszystkiego. Wraz z rosnącą liczbą produkcji, tych tworzonych przez siebie i tych kupowanych na wyłączność, Netflix się rozdrabnia. Dostarcza złe produkcje, tworzone jakby pod linijkę, według rubryk z tabeli w Excelu, a także spada częstotliwość, z jaką dostarcza hity. I inaczej być nie mogło. Już teraz widać, że chociaż pandemia koronawirusa dla Netfliksa była i jest czasem żniw, także w Polsce, widzowie coraz chętniej wybierają inne serwisy, a platformie Reeda Hastingsa nie przybywa tak wielu nowych klientów, jakby sobie tego życzył.

Przekłada się to na to, że z coraz większą ostrożnością sięgam po nowe seriale i filmy Netfliksa. I słyszę takie same głosy wśród znajomych, czytam takie komentarze w sieci.

Netflix co i rusz stawiany jest w opozycji do HBO – te dwa serwisy po prostu grają w innych ligach i mają inną filozofię, nawet jeśli taki sam cel – zarabiać, by móc inwestować na nowo i znowu zarabiać. Mam jednak wrażenie, że każdy z nich ma inną łatkę. HBO to ten serwis dla dojrzalszego i bardziej wymagającego widza, który wie, czego szuka i jakiej rozrywki oczekuje, a Netflix to ten, na którym znajdziesz serial o pandemii koronawirusa dwa dni po tym, kiedy zastanawiałeś się, jak szybko powstanie serial o pandemii koronawirusa. Tylko tam do tego dorzucą ci jeszcze zombie.

Oryginalna wersja tekstu po raz pierwszy ukazała się w listopadzie 2020 roku.