1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Filmy

„Jeźdźcy sprawiedliwości” już w kinach. To zaskakujące, jak dobrze ogląda się ten film

jeźdźcy sprawiedliwości recenzja premiera

Nic nie ma sensu. Sensu nie ma nawet to, że nic nie ma sensu. Anders Thomas Jensen utrzymuje „Jeźdźców sprawiedliwości” w takim właśnie duchu i z kamienną twarzą prezentuje swój filmowy żart.

Efekt motyla to teoria, w którą trudno uwierzyć. Bo przecież to niemożliwe, żeby ruch skrzydeł wspomnianego owada mógł wywołać tajfun. A jednak. Każde, nawet najmniej istotne zdarzenie może rozpocząć ciąg dramatycznych wydarzeń. Z tego powodu w „Jeźdźcach sprawiedliwości” kradzież roweru Matyldy sprawi, że będzie musiała jechać z matką samochodem. Auto nie zechce odpalić, więc pójdą do metra. Pociąg jednak wybuchnie, w wyniku czego zginie jedna z nich, a Markus wróci z Afganistanu, aby zaopiekować się córką.

Jeźdźcy sprawiedliwości – recenzja

Markus jest sceptykiem. Śmierć żony uznaje za wypadek. Kiedy jednak do jego drzwi zapukają Otto z Lennartem, zacznie łaknąć zemsty. Mężczyźni przekonają go, że wybuch w metrze to był zaplanowany atak grupy przestępczej znanej pod nazwą tytułowych „Jeźdźców sprawiedliwości”. Jako wyszkolony żołnierz, który woli działać niż gadać, protagonista wkroczy na wojenną ścieżkę. A pomogą mu w tym nowi przyjaciele, w przeciwieństwie do niego, niewierzący w zbiegi okoliczności.

Humor „Jeźdźców sprawiedliwości” jest prosty i niewymuszony.

Opiera się na starciu przeciwieństw. Markus symbolizuje stereotypowego mężczyznę, uciekającego się do siłowych rozwiązań. Kiedy chłopak córki mu odpyskuje, uderzy go tak, że na twarzy nastolatka pojawi się paskudne limo. Otto, Lennart i dołączający do nich Emmenthaler są już zupełnie inni. Wierzą w siłę terapii, a jeden z nich ma za sobą nawet tysiące godzin sesji. Walczyć potrafią tylko słowem albo wykorzystując moc nowych technologii. Żarty bazujące na tych różnicach to dla twórcy „Jabłek Adama” jednak za mało. Anders Thomas Jensen cały czas zagęszcza atmosferę.

Jeźdźcy sprawiedliwości opinie

Reżyser chce nam powiedzieć coś na temat toksycznej męskości i wyśmiewa charakterystyczne dla niej zaślepienie. Dlatego Markus musi przejść coś na kształt terapii. W tym tkwi największa ironia „Jeźdźców sprawiedliwości”, bo, chociaż protagonista wyciągnie z niej odpowiednie wnioski, odbywa się ona w akompaniamencie krwawej jatki. Jensen niekoniecznie podąża jedną linią ideologiczną i podejmuje poważne tematy z rozrywkową swadą. Łączy ze sobą elementy fabularne z różnych parafii i umieszcza je wszystkie w ramach wykwintnego filmowego żartu.

Zaskakujące jest to, jak dobrze ogląda się ten film.

Znajdziemy w nim tyle nieprzystających do siebie rzeczy, że ta opowieść z każdą minutą powinna rozsypywać się coraz bardziej. Tak się nie dzieje, bo Jensen dobrze wie, jak zamącić w opowiadanej historii, aby zamiast wyrazu skonfundowania na twarzy widza zagościł uśmiech. Kontroluje obecny na ekranie chaos, posiłkując się nihilistycznymi przekonaniami. W ten sposób sobie z nas żartuje. Czarny humor staje się w jego rękach pełnoprawnym narzędziem artystycznym, które wykorzystuje, aby zakpić z naszych oczekiwań.

Jensen prowadzi swoją opowieść, podążając tropem dobrze znanego nam schematu thrillera zemsty. Ubiera go jednak w szaty melodramatu rodzinnego, a jego absurdy uwydatnia komediowymi zabiegami. Wszystko po to, aby sprowadzić nas na manowce. Nie sposób przewidzieć, w którym kierunku podąży ta historia w kolejnej scenie, bo dla reżysera to zwykła fraszka. Z tego względu oszukuje nas z kamienną twarzą i chociaż kino jak nic innego nie znosi fałszu, w tym wypadku jest to jak najbardziej uzasadnione i pożądanie. Na „Jeźdźców sprawiedliwości” warto się nabrać.