1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Netflix

„Squid Game” to krwawa zabawa z przesłaniem. Widziałem nowy świetny thriller Netflixa

squid game netflix serial recenzja opinie

„Squid Game” to południowokoreański thriller Netfliksa – w piątek oferta serwisu wzbogaciła się o cały jego pierwszy sezon. I jest to, jak na razie, ścisła czołówka najciekawszych tegorocznych premier platformy.

„Squid Game” prawie mnie ominął, jakimś cudem zupełnie przeoczyłem całą promocję serialu (poważnie: nie widziałem ani jednego zwiastuna). Gdy już wpadł do oferty Netfliksa, z miejsca przepadł, przyćmiony głośną premierą wyczekiwanego 3. sezonu „Sex Education”. Całe szczęście, czuwa nade mną kulturowa opatrzność (inaczej: ludzka życzliwość) – w porę uświadomiono mnie o debiucie tej intrygująco zapowiadającej się południowokoreańskiej produkcji. Nie przesadzę, pisząc, że już w połowie pierwszego odcinka byłem kupiony.

„Squid Game” – recenzja

„Squid Game” to jeden z tych tworów, o których lepiej pisać jak najbardziej oględnie, żeby zbyt wiele nie zdradzić. Ten thriller, za którego reżyserię odpowiada Hwang Dong-hyuk, łączy w sobie atmosferę i tropy znane m.in. z „Black Mirror”, „Battle Royale” czy „Igrzysk Śmierci”. A podlane jest to sosem czarnego humoru przywodzącego na myśl „Parasite”. Główny bohater, Seong Gi-hun, to hazardzista-cwaniaczek, nieco zepsuty, ale w gruncie rzeczy dobry człowiek. Niestety, tonie w olbrzymich długach – jeśli szybko ich nie spłaci, bardzo nieprzyjemni ludzie uregulują należność, przywłaszczając sobie jego nerkę. I oko. I, być może, znacznie więcej. Seong Gi-hun pewnego dnia spotyka tajemniczego mężczyznę, który proponuje mu udział w nietypowej grze. Gra ma być dziecięco prosta, a zwycięstwo w niej zapewni zdobycie kwoty przewyższającej nawet poziom jego ogromnego długu.

Podobne zaproszenie otrzymuje w sumie kilkaset osób, które łączy właściwie jedno – wszyscy mają poważne finansowe problemy. 456 kobiet i mężczyzn zgadza się wziąć udział w tajemniczej grze, w której stawką są miliardy południowokoreańskich wonów. Gra, przypominająca tradycyjne zabawy z dzieciństwa, toczy się na zamkniętym, ukrytym przed światem terenie. Kara za przegraną okazuje się wyższa, niż ktokolwiek przypuszczał, ale i tak za mała, by zniechęcić tych, których rzeczywistość przyparła do muru.

Mimo że serial kojarzy się z innymi popularnymi tekstami kultury, twórcy „Squid Game” regularnie zaskakują kreatywnością. Krew wsiąka w piasek na słonecznym placu zabaw, gdy dorośli ludzie z własnej woli bawią się w południowokoreański odpowiednik „Raz, dwa, trzy, Baba Jaga patrzy”. Ten kuriozalny z początku obraz staje się coraz bardziej upiorny, ostatecznie przeobrażając się w makabreskę. Ton produkcji z lekkiego potrafi przekształcić się w ponury, a z poważnego w niedorzeczny, zaledwie w ułamku sekundy. Humor pojawia się nieoczekiwanie – bawi, ale i dezorientuje. Pastelowo-kolorowe place zabaw kontrastują z zakulisową scenerią konkursu – kamery, monitory, tajemniczy mistrz gry-przywódca i zamaskowani operatorzy, którzy bezwzględnie karzą przegranych uczestników. Uczestników, z których część poznajemy coraz lepiej z każdym kolejnym odcinkiem.

Atmosfera „Squid Game” bywa ciężka do zdefiniowania, dziwaczna, niepokojąca, ale też – co za tym idzie – fascynująca. Zaangażowanie emocjonalne widza w sporej mierze podbudowane jest przystępną kontekstualizacją; odniesienia są czytelne i wcale nam nieodległe. Ten serial to brutalna, ale nieskomplikowana metafora, antykapitalistyczna dystopia. Ale ważniejsze od tego, o czym tak naprawdę opowiada, jest to, w jaki sposób to robi.

Zaskakująca dla części widzów może okazać się jego diagnoza społeczna: zagłada nie będzie skutkiem wrodzonego egoizmu i chciwości ludzi. Wielu bohaterów serialu to zrozpaczeni desperaci, którzy podejmują olbrzymie ryzyko niekoniecznie z myślą o sobie. Złym jest System, żerujący na potrzebie (niekoniecznie żądzy!) zysku. Niezależnie jednak od zawartego weń społecznego komentarza, z którym, siłą rzeczy, nie wszystkim będzie po drodze, „Squid Game” to przede wszystkim kawał emocjonującej, świeżej w formie rozrywki, która wciąga bez reszty już po pierwszych kilkunastu minutach seansu. To chyba wystarczająco dobra rekomendacja.