1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Filmy

Przestańcie panikować. Indiana Jones i James Bond nigdy nie będą kobietami

james bon indiana jones harrison ford

Kopernik może i była kobietą, ale kobietami nigdy nie byli ani James Bond, ani Indiana Jones. I nigdy nie będą. Mimo to w sieci podnosi się wrzawa za każdym razem, kiedy media trąbią, że w nowej odsłonie słynnych serii ma dojść do genderowej rewolucji.

Ta przeklęta poprawność polityczna. To w jej imię twórcy zmieniają kolor skóry postaci historycznie białych, ekipę Dana Akroyda zastąpili żeńską drużyną „Pogromców duchów”, czy w końcu oburzyli posła RP obdarzając animowaną Króliczkę Lolę mniejszymi piersiami niż ma na pornarcie. Końca tego szaleństwa nie widać. Teraz Hollywood chce uczynić z Indiany Jonesa kobietę.

Niedawno w sieci pojawiły się doniesienia jakoby Phoebe Waller-Bridge miała przejąć rolę Harrisona Forda w serii filmów o słynnym archeologu. Z drugiej strony słyszymy, że aktorka miałaby zadebiutować w nadchodzącej w przyszłym roku piątej odsłonie przygód Indiany Jonesa i wcielić się w jego pomocniczkę. To zaraz, jak to jest? Waller-Bridge miałaby zastąpić Forda, czy jednak powstanie nowa seria o jej bohaterce?

Artykuł Daily Mail, na który powołują się kolejne media, niekoniecznie to precyzuje. Przeczytamy w nim, że Waller-Bridge miałaby „zastąpić dotychczasowego aktora jako żeńska wersja fikcyjnego profesora archeologii w serii filmów przygodowych”. Czyli nie będzie Indianą Jonesem, tylko jego żeńską wersją, przez co jej postać otrzyma coś na kształt spin-offu.

Poszukiwacze zaginionej męskości

Piąta część Indiany Jonesa na razie jest w fazie produkcji. Wszelkie szczegóły dotyczące fabuły wciąż trzymane są w ścisłej tajemnicy. Nie wiemy więc, jak będzie się nazywać postać Waller-Bridge, ale możemy założyć, że nie tak samo jak protagonista. Skoro zagości w zbiorowej świadomości jako inna bohaterka, twórcy strzeliliby sobie w stopę chcąc w ramach jednej franczyzy nagle zmienić jej imię. Hollywood nie jest w ciemię bite i tego na pewno nie zrobi.

Wbrew zdrowemu rozsądkowi w sieci wybuchła jednak burza. Pod doniesieniami mediów, które grzmiały nagłówkami, że Waller-Bridge zastąpi Harrisona Forda, internauci wieszczyli koniec serii, wyklinali Hollywood, a nawet zapowiadali bojkot. Wszystko po staremu. Od razu przypomina się sytuacja sprzed kilku lat, kiedy to ogłoszono, że agent 007 zyska aparycję czarnoskórej kobiety.

Wtedy chodziło jednak o to, że Lashana Lynch przejmie numer licencji Jamesa Bonda, a nie, że będzie jego nową filmową inkarnacją. Swego czasu fanów uspokajała producentka serii Barbara Broccoli zapewniając, że następny Bond zostanie wymyślony na nowo i może zmienić mu się kolor skóry, ale na pewno będzie to mężczyzna. No oczywiście.

Aktorzy grający Bonda zmieniali się wraz z obowiązującymi modelami męskości. W latach 90. i na początku XXI wieku, kiedy to za sprawą „Upadku”, „Podziemnym kręgu” czy „American Psycho” na ekranie królowali wściekli biali mężczyźni, siłą pokazujący swoją dominację nad innymi grupami społecznymi, agent 007 stał się kimś na kształt superbohatera. Kiedy grany przez Pierce'a Brosnana bohater był torturowany, nawet włos mu nie niszczył idealnie ułożonej fryzury. Potem wspomnianego aktora zastąpił Daniel Craig, nadając protagoniście bardziej ludzkiego wymiaru.

W tajnej służbie jego męskiej psychiki

Za sprawą tych rebootów serii kolejne pokolenia mężczyzn mogą przeglądać się w Bondzie jak w zwierciadle wyobrażeń o sobie. To nie jest postać z krwi i kości, tylko maskulinistyczna fantazja, mająca bronić nas przed swoimi przeciwieństwami (zamożnymi, zniewieściałymi, moralnie zepsutymi dekadentami). Płeć męska jest więc w postać wpisana i nic, ani nikt nie jest w stanie tego zmienić.

Dowodem na to jest już sama narracja kolejnych filmów o Bondzie. Fabuła każdego z nich oparta jest na tym samym schemacie, wedle którego zgodnie z maksymą Augustusa Gibbonsa z „xXx: Reaktywacji” bohater musi skopać kilka tyłków, zdobyć dziewczynę i wyglądać przy tym wszystkim kozacko. Oczywiście w międzyczasie musi trafić w ręce przeciwników. Ci będą go torturować, aż w końcu się uwolni i uratuje świat. Kolokwialnie mówiąc agent 007 zawsze traci swoje jaja, aby móc je potem odzyskać. Męskość jest bowiem widoczna poprzez traumę, przez co szpieg strącony z uprzywilejowanej pozycji rozpoczyna proces remaskulinizacji, wściekle zmierzając ku odzyskaniu tego, co utracił.

Prowadzone w ten sposób narracje mocno oddziałują na naszą psychikę, wznosząc Bonda do rangi męskiego archetypu. Podobne mechanizmy możemy zauważyć w filmach o Indianie Jonesie. Obaj bohaterowie stoją na straży męskich wartości, przez co jeszcze długo nie będą mogli ani złożyć broni, ani zawiesić wysłużonego kapelusza na kołek. A jeśli będą powstawać serie z bohaterkami pobocznymi obu franczyz, no to cóż. Zobaczymy, jak wyjdzie.