1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Dramy

Leszek Bodzak i Zygmunt Miłoszewski kręcą aferę wokół „Żeby nie było śladów”

żeby nie było śladów wenecja afera

Pod koniec zeszłego tygodnia rozpętała się afera o czerwony dywan w Wenecji. Cezary Łazarewicz próbował pogodzić obie strony sporu, ale nie udało mu się. Zamiast łagodzących nastroje dyskusji, mamy kolejny rozdział przerzucania się pretensjami i żalami.

Myśleliście, że to koniec afery dywanowej? W Polsce takie rzeczy tak łatwo nie przemijają. Gdy Trójka ocenzuruje Kazika, nie spocznie dopóki przeciwko stacji nie zwróci się całe środowisko muzyczne. Kiedy Sylwester Wardęga zacznie punktować vlogerów, nie przestanie dopóki sprawiedliwości nie stanie się zadość. A czy pisarze i filmowcy są mniej waleczni niż youtuberzy i muzycy? Otóż nie.

A w tym wypadku sprawa jest bardzo poważna. W końcu podczas premiery „Żeby nie było śladów” na czerwonym dywanie zabrakło pewnej istotnej dla filmu osoby. Nie było tam Cezarego Łazarewicza – autora reportażu, na którego podstawie produkcja powstała. Środowisko wydawnicze się oburzyło. Zygmunt Miłoszewski i Marcin Meller zabrali głos. Filmowcy źle traktują pisarzy – krzyczeli, a ten ostatni nazwał nawet „producenta Bodzaka i jego pomagierów” per „aroganckimi dzbanami”.

Afera wokół „Żeby nie było śladów” – ale o co chodzi?

No dobra, Meller przeprosił za użycie zwrotu „aroganckie dzbany”, który „był zupełnie niepotrzebny i sprowadził część dyskusji o ważnym problemie na niepotrzebne tory”. Niesmak jednak pozostał, bo koło zaczęło się kręcić. W sprawie wypowiedzieli się też pisarze, mający doświadczenie w pracy z filmowcami. Obaj zamieścili w swoich mediach społecznościowych posty utrzymane w podobnym tonie.

Jakub Żulczyk i Szczepan Twardoch zaznaczyli, że aferka jest niewielka, a sami z ekipami producenckimi zawsze mieli dobre kontakty. Co innego z organizatorami nagród. Nie zaproszono ich przecież na rozdanie Orłów, kiedy to sukces świętowały „Belfer” i „Ślepnąc od świateł” (w przypadku tego pierwszego), czy „Król” (w przypadku tego drugiego). To właśnie próbował wytłumaczyć wywołany do tablicy Leszek Bodzak.

Producent „Żeby nie było śladów” wystosował długi post w mediach społecznościowych, w którym z satysfakcją wytłumaczył ludziom pióra etykietę i zasady wielkich międzynarodowych festiwali. To oczywiście było jedynie podgrzaniem atmosfery. W całej tej dyskusji największą dozą rozsądku okazał się tym samym sam zainteresowany, czyli Łazarewicz, który próbował załagodzić spór.

Łazarewicz w sposób spokojny i wyważony wytłumaczył, że on nie był zaangażowany w produkcję filmu (choć został zaproszony na plan i nawet przewija się w jednej scenie), ani nawet nie był stroną w umowie zawartej między producentami a wydawnictwem Czarnym. Dostał zaproszenie na premierę i uznał to za miły gest ze strony filmowców. Zauważył też, że problem istnieje, ale trzeba go omówić na spokojnie. Tak się jednak nie stało.

Konsekwencje afery dywanowej poniosą autorzy?

Zygmunt Miłoszewski i Marcin Meller wystosowali wspólny post na Facebooku, który najpewniej zbylibyście skrótowcem tl;dr. Na szczęście można przejść od razu do ostatnich akapitów wpisu, bo wcześniej jest streszczenie afery i wytłumaczenie wspólnego stanowiska w tej sprawie (czyli spirala żalów i oskarżeń na pełnej). Na koniec natomiast pojawia się bardzo przykra informacja, bo przecież panowie w słowach Bodzaka doszukali się groźby, że po tej dyskusji przemyśli, czy ekranizować książkę autorki, z którą już łączy go umowa.

Dla Miłoszewskiego i Mellera jest to czerwona linia, której mają nadzieję, że Bodzak nie przekroczy. To byłaby w końcu zemsta polegająca na wymierzeniu kary innej artystce. Rzeczywiście jest to pewna granica dyskusji, ale producent niedługo po opublikowaniu przywołanego wpisu postanowił na niego odpowiedzieć i nieco uspokoił środowisko w tej kwestii.

Sprawa została wyjaśniona, bo Bodzak porozmawiał na jej temat z autorką i skontaktował się z Grupą Wydawniczą Foksal, która wydała stanowisko kończące temat. Autor wpisu wyraził tym samym nadzieję, że ekranizacja powstanie. Zauważa jednak, że nie on rozpętał całą tę „wojenkę”, tylko Miłoszewski i Meller atakując tak jego, jak i filmowców w ogóle. Nie zabrakło tym samym paru osobistych wycieczek i przerzucania odpowiedzialności.

Pozostaje więc mieć nadzieję, że sprawa zaraz ucichnie, a problem zostanie rozwiązany w kuluarach. Bo on na pewno istnieje i chyba już najwyższy czas, aby środowisko filmowe zaczęło odpowiednio doceniać również pisarzy, na których pracy się opiera. Ale czy to był czas na tę dyskusję? Skoro głos zabrały osoby pośrednio zainteresowane sprawą, a sam Łazarewicz latał z gałązką oliwną od jednej strony do drugiej, to chyba nie. Czy media społecznościowe były odpowiednim miejscem na podniesienie tej kwestii? Screeny z obraźliwymi komentarzami internautów pod postem Mellera we wpisie Bodzaka pokazują, że nie. Czy ludzie kultury zachowali się jak przedszkolaki? Oceńcie sami.

*Zdj. główne: Łukasz Bąk/Kino Świat