1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Dramy

Ciąg dalszy afery o czerwony dywan w Wenecji. Łazarewicz próbuje wszystkich pogodzić, ale to wołanie na puszczy

żęby nie było śladów film zygmunt miłoszewski szczepan twardoch

Nowy polski kandydat do Oscara, film „Żeby nie było śladów”, zadebiutował kilka dni temu na festiwalu w Wenecji. Cała Polska przejęła się tym faktem zdecydowanie mniej niż afrontem wobec autora oryginalnego reportażu, dla którego zabrakło miejsca na czerwonym dywanie. Cezary Łazarewicz zareagował na zamieszanie wokół swojej osoby i zaapelował o zgodę.

Aferę dywanową w związku z premierą „Żeby nie było śladów” rozpętali pod koniec poprzedniego tygodnia Zygmunt Miłoszewski i Marcin Meller. Obaj zareagowali na to, że na oficjalną premierę na czerwonym dywanie filmu „Żeby nie było śladów” nie zaproszono Cezarego Łazarewicza, czyli autora oryginalnego reportażu. W oczach Miłoszewskiego ten afront wpisywał się w szerszy trend niewystarczającego doceniania pisarzy przez środowisko filmowe, czego wcześniej doświadczyli m.in. Jakub Żulczyk i Szczepan Twardoch. W odpowiedzi producenci i twórcy „Żeby nie było śladów” zarzucili swoim oponentom nieznajomość tematu i kłamstwa.

Szybko wyszło też na jaw, że Cezary Łazarewicz był w Wenecji i bawił się z ekipą, choć na sam czerwony dywan i konferencję prasową faktycznie nie został zaproszony. Mało kto jednak interesował się zdaniem samego zainteresowanego. Górę wzięły emocję i w komentarzach pod kolejnymi postami ludzi ze środowiska artystycznego rozpętała się wojna na obelgi i przytyki. Teraz już można odnieść wrażenie, że obie strony okopały się na z góry upatrzonych pozycjach i ślą do siebie nawzajem napisane chłodnym tonem listy, a w niektórych przypadkach nawet długie elaboraty. Między nimi krąży zaś autor reportażu.

Zygmunt Miłoszewski, Marcin Miller i Cezary Łazarewicz poszli razem na pizzę.

Autor serii o prokuratorze Szackim podzielił się opinią, że dyskusja przeprowadzona w trakcie wspólnego obiadu była niezwykle ciekawa. Według deklaracji Ewy Winnickiej miała zresztą doprowadzić do powstania tekstów. Nie wygląda jednak na to, by pozytywna atmosfera przy pizzy przeniosła się do tych artykuł. Zygmunt Miłoszewski od kilkudziesięciu godzin składa bardzo enigmatyczne deklaracje na temat swojego stanowiska, ale jednocześnie z całą mocą podkreśla jedną rzecz – z treści oryginalnego posta nie wycofuje się nawet na milimetr. I to pomimo faktu, że w wielu miejscach filmowcy zarzucali mu propagowanie nieprawdy oraz niską wiedzę na temat organizacji festiwali filmowych.

Co więcej, z obozu święcie oburzonych pisarzy szybko i dosyć jednoznacznie wypisali się Jakub Żulczyk i Szczepan Twardoch. Obaj w swoich postach podkreślili, że aferka jest niewielka, nieważna i w ogóle każdy Polak ma codziennie ważniejsze sprawy od niej (po co w takim razie w ogóle o tym piszą?). Z wyraźnym bólem serca zaznaczyli jednak, że ich wcześniejsze narzekania kierowane były do organizatorów rozdań nagród. A akurat z ekipami producenckimi kontakty mieli zawsze fantastyczne, choć nie zawsze oznaczało to zgodę, bo przecież dzieło artystyczne często powstaje w bólach i nie może być za miło. Wspomniany zresztą przez Szczepana Twardocha producent Leszek Bodzak sam zdecydował się na długi wpis, w którym z wyraźną satysfakcją zrobił swoim krytykom wykład na temat zasad panujących na międzynarodowych festiwalach filmowych.

Obie strony odwołują się do apelującego o zgodę Cezarego Łazarewicza, ale nijak go nie słuchają.

Po wszystkich wypowiadających się w tej sprawie widać absolutną nieumiejętność uznania racji drugiej strony, nacisk na wzajemne wycieczki osobiste, umniejszanie spraw własnego środowiska lub wręcz przeciwnie robienie afery wbrew intencjom samych uczestników zdarzeń. Mówiąc wprost, to prawdziwy obraz nędzy i rozpaczy. Nie dlatego, że wszyscy muszą się zawsze zgadzać, bo to byłoby nie tylko nudne, ale wręcz bezproduktywne. Jest jednak coś przerażającego w tym, jak szybko dyskusja grupy ludzi odpowiedzialnych za kulturę i rozrywkę w tym kraju zamieniła się w plemienne nawalanie maczugami po głowach. Tylko Cezary Łazarewicz chodzi od jednych do drugich z gałązką oliwną i jak ten wołający na puszczy mówi o wspólnym budowaniu zgody. Z czasem cała afera z czasem rozejdzie się po kościach i pozostaną po niej tylko dwie grupy ludzi święcie przekonanych, że mieli rację.