1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Filmy

Te sceny po napisach to jakiś żart. Filmy z Shang-Chi, Czarną Wdową i Legionem samobójców srogo mnie zawiodły

shang chi scena po napisach mcu 4 faza

Sceny po napisach stały się w ostatnich latach hollywoodzką normą, ale widownia nadal najmocniej kojarzy je z produkcjami o superbohaterach. Problem w tym, że w każdym z tegorocznych filmów Marvela i DC sceny po napisach wypadły fatalnie. Nie było w nich życia, pomysłu, konkretów. Dlaczego „Czarna Wdowa”, „Legion samobójców” i „Shang-Chi” tak nas zawiodły?

Niedawna premiera „Shang-Chi i legenda dziesięciu pierścieni” potwierdziła, że Marvel Cinematic Universe zmierza w dosyć dziwną stronę. Nowa produkcja Marvel Studios nie jest złym filmem z czysto obiektywnego punktu widzenia. Nie o to chodzi. Produkcja wyreżyserowana przez Destina Daniela Crettona to całkiem niezłe kung fu z elementami fantasy i kilkoma udanymi żartami. Trudno ją jednak nazwać dziełem zapadającym w pamięć. „Shang-Chi” niby chce wpuścić do MCU trochę świeżości, ale w zasadzie koniec końców zawsze wraca do utartych schematów kina superbohaterskiego.

Dotyczy to również sceny po napisach, która obowiązkowo zamyka każdy tytuł należący do Marvel Cinematic Universe. Zresztą inne hollywoodzkie filmy również podpięły się pod tę modę. Sceny po napisach znajdziemy też w nowościach spod znaku DCEU i w zasadzie każdej nowości próbującej rozpocząć większe uniwersum. Hollywood zwęszyło potencjał i trudno się nawet dziwić decyzji kolejnych wielkich wytwórni, bo widzowie po prostu zakochali się w tym formacie. Niektórzy miesiącami debatowali nad poszczególnymi scenami i ich powiązaniem z kolejnymi produkcjami (zapowiedzianymi przez Marvela czy DC lub jeszcze nie). Niestety, czar wywołany przez pierwsze pojawienie się Thanosa dawno minął.

Sceny po napisach w filmach „Czarna Wdowa”, „Legion samobójców” i „Shang-Chi” to korporacyjne pustosłowie.

Internauci uwielbiają żartować, że podstawowym celem każdego filmu Marvela jest wypromowanie kolejnego filmu Marvela. Do niedawna w takim przedstawieniu sprawy dostrzegałem duża dawkę przesady, ale czy nadal można powiedzieć to samo? Pojawienie się Thanosa było sensownym rozwinięciem historii ukazanej w solowych filmach z 1. fazy MCU i filmu „Avengers”. Stały za tym wewnętrzna logika opowieści i wiele lat historii komiksów. Perspektywa takiej walki była ekscytująca, a wiele innych scen po napisach wcale nie wypadało gorzej od tej z „Avengers”.

Marvel miał pomysł na siebie i wystarczająco dużo dostępnych bohaterów, by stworzyć z tego pasjonującą oraz epicką historię. Poszczególne części Marvel Cinematic Universe stały na czasem lepszym a czasem gorszym poziomie, ale związki między nimi zawsze podbudowywały nawet te słabsze produkcje. Z czasem pojawiły się jednak pierwsze zgrzyty. Decyzja o umiejscowieniu „Kapitan Marvel” na osi czasu przed wszystkimi innymi tytułami niosła za sobą pewne ryzyko. I nie da się powiedzieć, by Marvel stanął na wysokości zadania. Film Anny Boden i Ryana Flecka roił się od chronologicznych błędów i wpadek, a jego scena po napisach nie mówiła nam absolutnie niczego.

W takim okresie większość osób zrzucało słabość tamtej sekwencji na karb niechęci Marvela, by cokolwiek spoilować widzom przed premierą „Avengers: Koniec gry”. Z perspektywy czasu należy jednak mocno zweryfikować tamte teorie. „Kapitan Marvel” po prostu nie miała prawie żadnych powiązań z 3. fazą MCU, a jej bohaterka okazała się sztucznym tworem ignorowanym przez braci Russo przez niemal cały film poświęcony takim postaciom jak Iron Man, Thor czy Kapitan Ameryka. Scenę zamykającą „Kapitan Marvel” powinniśmy byli potraktować jako ostrzeżenie przed mroczną przyszłością czekającą tuż za rogiem.

Sceny po napisach zamieniono w reklamy Disney+ i HBO Max.

Przy okazji „Czarnej Wdowy” Marvel na szczęście nie zdecydował się na kiczowate zakończenie ze Scarlett Johansson i małą dziewczynką, ale sceną po napisach nie zachwycił. Nie tylko w swoim stylu przerwał emocjonalny moment pożegnania Yeleny z Nataszą głupawym żartem o wydmuchiwaniu nosa, ale też potraktował całość jako darmową reklamę serialu „Hawkeye”. Cóż z tego, że Czarna Wdowa pokroju Belovej powinna z łatwością rozszyfrować kłamstwo kryjące się za oskarżeniem Clinta Bartona o zabójstwo przyszywanej siostry. Marvel uznał, że chce mieć swoją drużynę Dark Avengers i nie potrzebna mu do tego logika.

DC poszło nawet o krok dalej, bo zawarta na koniec „Legionu samobójców” reklama HBO Max i „Peacemakera” wydała się w równym stopniu leniwa, idiotyczna i działająca na szkodę własnego filmu. Czy naprawdę nie ma lepszego miejsca na promowanie produkcji dostępnych tylko i wyłącznie na VOD? Polacy jeszcze długo nie będą mieli dostępu do HBO Max i Disney+, więc dla nas obie zapowiedzi są de facto bezużyteczne. Nie wspominając o tym, że o istnieniu seriali „Hawkeye” i „Peacemaker” wiedzieliśmy od dawna, więc obie sceny po napisać nie powiedziały nam absolutnie niczego nowego.

Przypadek „Shang-Chi i legenda dziesięciu pierścieni” jest nieco inny, co nie znaczy, że dużo lepszy. Tutaj nie mamy do czynienia z oczywistą reklamą nowości VOD, ale już inne grzechy współczesnego Marvela widać jak na dłoni. Przede wszystkim tej scenie po napisach brakuje konkretów. Omawiana scena po napisach pokazuje Wonga, Bruce'a Bannera i Kapitan Marvel omawiających pochodzenie Dziesięciu Pierścieni. Z ich rozmowy nie wynika jednak nic pewnego na temat tego artefaktu, poza tym, czym na pewno nie jest. Nikt nie próbuje też wyjaśnić, dlaczego Banner nie przypomina Hulka, skąd Wong wiedział o Pierścieniach, ani co tu robi Kapitan Marvel. Marvel po raz kolejny zażartował zresztą z tej bohaterki i szybko odesłał ją na jakąś nieznaną misję. Możemy się oczywiście domyślić, że wszystko to jest w jakiś sposób powiązane z Eternals.

Natomiast porównajmy taką scenę pozbawioną w zasadzie jakichkolwiek konsekwencji do ujawnienia Thanosa. Poziom emocjonalny znajduje się n zupełnie innym poziomie, a przecież mówimy o istotach o porównywalnym znaczeniu dla kosmicznego uniwersum Marvela. Różnicę widać jak na dłoni. Całości brakuj też powagi, bo wszystko zostaje błyskawicznie zamienione w żart. Za pomocą racjonalnych argumentów nie sposób wyjaśnić, czemu Katy grana przez Awkwafinę została zaproszona na debatę członków Avengers i mistrza mistycznej magii. Nie ma to jednak dla scenarzystów żadnego znaczenia, bo jest potrzebna do zabawnego ujęcia na koniec. A to przecież dla Marvela stało się nadrzędnym celem. Nawet bardziej niż to tak wyśmiewane w internecie promowanie kolejnych filmów i seriali.