1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Filmy

„Wcielenie” to horror, o który w wypożyczalni kaset wideo biłby się każdy nastolatek

wcielenie horror recenzja premiera

Dajcie Jamesowi Wanowi opowiedzieć o dwóch facetach z piłą, a da początek jednej z najsłynniejszych aktualnie horrorowych franczyz. Pozwólcie mu odpocząć między kolejnymi częściami „Aquamana”, robiąc skromne kino grozy, a napisze list miłosny do najntisowych ekscesów X muzy.

Wcielenie” oddycha miłością do filmów, które można było znaleźć gdzieś na najniższych półkach z tyłu wypożyczalni VHS-ów. Co więcej z dumą obnosi się ze swoim gatunkowym rodowodem. Opowieść można co prawda odczytywać w kategoriach historii o walce z rakiem, bo już w pierwszej scenie pada słowo „nowotwór”, ale kto by zwracał uwagę na fabularne niuanse, kiedy zaraz ktoś rozłupie komuś czaszkę, człowiek spadnie z sufitu, a nawet będziemy świadkami baletu przemocy a’la „John Wick”. Energia najntisowej sztampy zostaje tu bowiem skatalizowana artystycznymi kompetencjami godnymi włoskich mistrzów kina popularnego.

Wcielenie – recenzja nowego horroru Jamesa Wana

James Wan wśród swoich inspiracji wymieniał filmy Mario Bavy, Dario Argento, Briana Depalmy i Davida Cronenberga. Współczuć należy więc każdemu akademikowi, który pokusi się o analizę gatunkową „Wcielenia”. Jeśli chodzi o wykorzystywane konwencje mamy tu istne pomieszanie z poplątaniem. Produkcja rozpoczyna się niczym gotycki horror. Szpital kliniczny prezentuje się jeszcze bardziej majestatycznie niż zamczyska w realizowanych namiętnie przez Rogera Cormana adaptacjach Edgara Allana Poe'a. Wprowadzana w ten sposób estetyka przewija się przez całą opowieść i nieraz zobaczymy tu domy na tle zamglonego nieba. W międzyczasie reżyser bawi się z nami w kotka i myszkę, podsuwając tropy sugerujące narrację o nawiedzonej posiadłości, czy też opętaniu przez demona. Z fascynacją dziecka miesza kolejne formuły, aby zwieść nas na manowce.

Sercem opowieści jest historia Madison, którą po uderzeniu głową w ścianę zaczynają dręczyć przerażające wizje.

W nieoczekiwanych momentach protagonistka trafia do miejsc, w których tajemnicza postać w płaszczu zaraz kogoś brutalnie zamorduje. Z tego właśnie względu z ekranu najmocniej bije poetyka gialli. Ale nie brakuje też stylistyki body horroru, ani logiki thrillerów o seryjnych mordercach. Mamy tu do czynienia z fajerwerkami zarówno w warstwie fabularnej jak i formalnej. Nie spodziewajcie się jednak wielkich zaskoczeń, bo w przewidywaniu nadchodzących wydarzeń będziecie zdecydowanie lepsi od głównej bohaterki. Wana nie interesuje narracyjna oryginalność, tylko eksces idący w parze z wykorzystywanymi formułami. Dlatego rozsmakowuje się w pełnych przemocy scenach. Nie liczy się tutaj co, ale jak zostaje podane.

Wszystko krzyczy: „zabawa, zabawa”. Chociaż reżyser zapowiadał, że „Wcielenie” ma być jego powrotem do korzeni i kina niezależnego, tak ostentacyjnie rozrywkowego horroru w swoim portfolio jeszcze nie miał. Ze swadą przenosi nas do lat 90., kiedy to na ekranie dozwolone było dosłownie wszystko, a widzowie oglądając kolejne produkcje pukali się w czoło, zastanawiając się, kto wymyśla tak absurdalne scenariusze. Stróże prawa telepatycznie łączyli się z mordercami, a najbardziej skuteczne w tropieniu przestępców okazywały się najdziwniejsze pary policjantów. Dlatego gliniarze są tutaj sprowadzeni do comic reliefów. Regina z kamienną twarzą rzuca one-linerami, a Kekoa rozładowuje atmosferę flirtując z siostrą protagonistki. To nie oni rozwiązują zagadkę (co, warto zaznaczyć, jest charakterystyczne dla gialli), stając się dowodem miłości Wana do kina i gatunkowych klisz.

Reżyser bez wątpienia świetnie bawi się, opowiadając swoją historię.

Buduje ją bowiem z gatunkowych powidoków i nasącza nostalgią za zabiegami, które już dawno odeszły do lamusa. A że jest w tym lepszy od J.J. Abramsa wiemy już z „Naznaczonego”. Tutaj też w imię rozrywki miesza ze sobą różne style, dbając jednocześnie, aby narracja nie rozpadła mu się w rękach. Wykazuje się niesamowitą dyscypliną i – odkrywając przed nami losy postaci – co chwilę zgrabnie poszerza świat przedstawiony o kolejne znane nam skądinąd motywy. Pewny siebie wchodzi w rolę demiurga i korzysta z chwytów, jakie w rękach mniej sprawnego twórcy wprowadzałyby nieznośny chaos. We „Wcieleniu” nie ma zbędnych scen, ujęć, ani ruchów kamery. Wszystkie czemuś służą, ale nie zdziwcie się, kiedy z zachwycania się artystyczną sprawnością, wyrwą was B-klasowe dialogi.

W ramach relaksu między wysokobudżetowymi blockbusterami Wan poczuł w sobie zew Kina Nowej Przygody i postanowił zrobić jeden z filmów, na których się wychował. A właściwie wszystkie filmy, na których się wychował w jednym. Od obecnej we „Wcieleniu” przesady, co wrażliwszych widzów z pewnością rozboli głowa. Jeśli jednak młodzieżowe lata spędziliście na oglądaniu VHS-owych klasyków, podczas seansu poczujecie się jak w domu i przyznacie, że reżyserowi wyszedł pełnokrwisty, ocierający się o arcydzieło horror.

„Wcielenie” już w kinach.