1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Netflix

Czas pożegnać „Dom z papieru”. Rozmawiamy z obsadą hitu Netfliksa

dom z papieru sezon 5 tokio wywiad obsada

Pierwsze odcinki 5. sezonu „Domu z papieru” od zeszłego piątku goszczą w ofercie Netfliksa. Chwilę przed premierą miałem niebywałą przyjemność spotkać się z częścią obsady, pogadać o finale i podsumować ostatnie lata.

Pierwsza część finałowego, 5. sezonu fenomenu pt. „Dom z papieru” już za nami. Większość fanów połknęła pięć nowych odcinków produkcji Netfliksa już w dzień premiery. I choć niżej podpisany po ich seansie czuje się bardziej zmęczony, niż podekscytowany, to chyli czoła przed ich fenomenem na skalę światową. Jest on absolutnie zrozumiały, a całemu temu globalnemu szaleństwu przysłużyła się ekipa barwnych (choć nieraz niezwykle irytujących) postaci portretowanych przez znakomitą i zgraną ekipę aktorów. Z piątką z nich miałem przyjemność wymienić kilka zdań, a byli to: Úrsula Corberó (Tokio), José Manuel Poga (Gandia), Pedro Alonso (Berlin), Luka Perós (Marsylia) i Patrick Criado (Rafael, syn Berlina).

Dom z papieru sezon 5 plakat

Dom z papieru”, sezon 5. – wywiad z obsadą

Michał Jarecki: Wyobraźmy sobie coś. Czysto hipotetycznie: załóżmy, że w naszej rzeczywistości dochodzi do identycznego napadu na bank lub na mennicę, wszystko jedno. Przypuśćmy, że temu rzeczywistemu gangowi przyświecają identyczne cele i idee, jest tak samo rewolucyjny, jak ten serialowy. Po której stronie byście się opowiedzieli? Protestowalibyście przed bankiem, jak wielu obywateli Hiszpanii, począwszy od 3. sezonu? Wsparlibyście gang i pomogli jego członkom, gdyby była okazja? A może całym sercem wspieralibyście rząd i policję?

Úrsula Corberó (Tokio): Upewnię się: czy ukradliby z banku nasze pieniądze? (śmiech)

MJ: Nie! Analogiczna sytuacja: zaczęliby je drukować. Albo wybraliby złoto.

Úrsula Corberó (Tokio): Ah! Zatem do dzieła! A tak poważnie... Gdybym miała szansę zobaczyć rzeczy takimi, jakimi są naprawdę – jak w serialu – wówczas kibicowałabym gangowi.

José Manuel Poga (Gandia): Ja również. Przeszedłbym na „drugą” stronę. Chętnie poczułbym ten... zupełnie inny rodzaj adrenaliny.

MJ: O całej tej rodzinnej atmosferze i niesamowitej synergii na planie krążą legendy. Faktycznie spędzacie razem tyle czasu również po godzinach? Jak to wygląda w rzeczywistości?

Pedro Alonso (Berlin): Mógłbym napisać książkę non-fiction o tej atmosferze, wszystkich tych zakulisowych procesach, ze wszystkimi pikantnymi szczegółami, a potem ją sprzedać – za kupę kasy! Przy okazji zniszczyłbym rynek i rozbił tę naszą serialową rodzinę... Drogi Michale, musimy umówić się na prywatną konwersację, ponieważ posiadam wiele interesujących informacji, które mogą zniszczyć ich życia (wskazuje na Patricka i Lukę). Dogadamy się w kwestii finansowej (śmiech).

Cóż, swego czasu wzięliśmy udział w pewnym wyjątkowym, ale niedużym projekcie. Aż tu nagle, od pewnego dnia, cała praca na planie zaczęła wyglądać zupełnie inaczej. To był już inny poziom współpracy, magia. Wydarzyło się to jeszcze zanim popularność serialu sięgnęła tego poziomu. Wiesz, nie wyobrażaliśmy sobie, że do tego dojdzie – zresztą, nie da się sobie tego wyobrazić, dopóki to nie nadejdzie. Wówczas trzeba się z tym oswoić. Sporo się zmieniło i potrzebujemy trochę czasu, by zrozumieć, co tak naprawdę się nam przytrafiło. Niewątpliwie przeżyliśmy coś, co nadaje się na znakomitą opowieść, którą będziemy powtarzać naszym wnukom. To niesamowite doświadczenie, które połączyło nas – w pewnym sensie – z całym światem. Mogę powiedzieć tylko: „dziękuję” i „wow!”. Uważam, że pod wieloma względami w 5. sezon włożyliśmy – o ile to możliwe – jeszcze więcej serca. Mam nadzieję, że publika i fani będą się dobrze bawić. Zapewniam, że każde z nas starało się ze wszystkich sił. (po chwili przerwy) A jeśli chcesz poznać drugą, mroczniejszą stronę tej historii, to zapraszam po moje osobiste notatki. Będziemy negocjować, jestem otwarty na propozycje.

Luka Perós (Marsylia): Michał, do dzieła, dzwoń do wydawców, niech oczyszczą konta bankowe i przyszykują kasę! (śmiech)

MJ: Odezwę się po wywiadzie. Tymczasem... „Dom z papieru” dotychczas w sporej mierze traktował o czymś na kształt ruchu oporu, o buncie i rewolucji. Widzimy w nim współczesnych Robin Hoodów. Czy waszym zdaniem w 5. sezonie się to w jakiś sposób zmienia? Opowiada o czymś innym, nowym?

Úrsula Corberó (Tokio): Zmierzamy do finału i czuć to na każdym kroku. Atmosfera jest gęsta jak nigdy wcześniej. To wojna, ostateczna walka o przeżycie, dostajemy więc dużo więcej potyczek i scen akcji. Ale jest też w tym wszystkim, jak zawsze, bardzo poetycki akcent bitwy i akcji. To piękne, że te wszystkie życiowe przegrywy i odmieńcy walczą do utraty tchu i życia o to, w co naprawdę wierzą. Nie odpuszczą do samego końca. Uważam, że to wspaniałe. Można zatem powiedzieć, że 5. seria jest poniekąd opowieścią o poświęceniu.

MJ: Stawka jest większa, niż wcześniej. Rozpoczęła się wojna. Co najbardziej wyróżnia nową serię na tle pozostałych? Nie pytam wyłącznie o fabułę – czy na planie musieliście zmierzyć się z czymś zupełnie nowym?

José Manuel Poga (Gandia): Bohaterowie znaleźli się w paszczy lwa, patrzą w lufy karabinów. Muszą w jakiś sposób zabrać złoto i przeżyć, więc... wyobraź to sobie. Może się okazać, że złoto przestanie być ważne, a cała walka skupi się wyłącznie na przeżyciu.

Luka Perós (Marsylia): Całkowicie nowa rzecz, z którą musieliśmy się zmierzyć, to COVID. Wymusił ogromne zmiany w organizacji produkcji i całym rytmie pracy, a my musieliśmy się z tym pogodzić i nauczyć funkcjonować w zupełnie innych warunkach. Przy okazji scenariusz i cała realizacja weszły na inny poziom, bo historia w 5. serii jest znacznie intensywniejsza i ma większy rozmach. Wiesz, po poprzednich sezonach wydaje ci się, że to już dużo, że nie da się „bardziej” i „mocniej”. Da się. Musieliśmy temu podołać. Przekonasz się, że ostatnia seria to prawdziwy rollercoaster. Gdy ludzie zobaczą pierwsze odcinki, będą o nich pisać, będą mówić. Dużo mówić. I głośno.

MJ: Patrick, to pytanie kieruję do ciebie. Mógłbyś mi coś opowiedzieć o swojej postaci? A przy okazji – jak rozpoczęła się twoja przygoda z „Domem z papieru” i jak czułeś się dołączając do projektu tak uwielbianego na całym świecie?

Patrick Criado (Rafael): Pamiętam, że byłem w podróży, na wycieczce do Tajlandii i Wietnamu. Dwa miesiące, jeden plecak. Otrzymałem wówczas maila, z którego dowiedziałem się, że mam przesłuchanie do „Domu z papieru”. To zabawne, bo będąc na tej wycieczce, gdy spotykałem kogokolwiek i wspominałem, że jestem z Hiszpanii, słyszałem w odpowiedzi „Oooo, La Casa de Papel!” niemal ciągle! Pamiętam, jak bardzo zapragnąłem, żeby się udało... No i się udało. Ale to, co czułem na początku – poza satysfakcją – to, rzecz jasna, ogromna presja. To przecież olbrzymi, międzynarodowy projekt. Wkrótce jednak poczułem, że otacza mnie coś na kształt rodziny. Reżyserzy, ekipa, Pedro, Luca... Wszyscy byli dla mnie wspaniali, a całość okazała się niezwykłym doświadczeniem.

Jeśli zaś chodzi o moją postać – Rafael wydaje się nieco dziwny i wycofany. Ale przede wszystkim jest niezwykle inteligentny i świetnie wykształcony. Na początku ma swoje zasady i stabilną osobowość, ale ambicja, miłość i pieniądze go zmieniają. Bardzo. Wkrótce dowiaduje się o sobie czegoś, o czym nie miał pojęcia – i mam na myśli coś, co w nim od dawna drzemało. Cóż – jestem dumny z mojej postaci. Czasem, nie zawsze. Ale wcielenie się w nią sprawiło mi przyjemność. Przy okazji Rafael pomaga opowiedzieć historię Berlina, co bardzo mnie cieszy.

MJ: Opowiecie mi coś o waszym największym wyzwaniu? Chodzi mi o najtrudniejszą scenę, jaką przyszło wam zagrać w ciągu całej tej kilkuletniej przygody na planie „Domu z papieru”.

Úrsula Corberó (Tokio): Łatwiej byłoby mi wskazać jedną, która nie stanowiła wyzwania (śmiech). Właściwie wszystkie były dla mnie dość dużym wyzwaniem.

José Manuel Poga (Gandia): W moim przypadku była to scena śmierci Nairobi. Przyznam, że zacząłem wtedy myśleć o reperkusjach w życiu codziennym. Wiesz, wielu widzów i fanów seriali telewizyjnych to osoby nieco zwariowane na ich punkcie, mające problem z odróżnieniem rzeczywistości od fikcji. Przyznam, że nieco się tego obawiałem. Zdarzyło mi się otrzymać groźby śmierci na Facebooku. Ktoś z Neapolu obiecał, że odetnie mi głowę. Ale to skrajne przypadki. Poza tym jest w porządku.

Úrsula Corberó (Tokio): Cóż, dla mnie wszystko było prawdziwą próbą. Ale jednym z większych wyzwań był ten konkretny rodzaj sceny, który nie opierał się na naszych umiejętnościach aktorskich, omijał aspekt talentu. To było w Panamie, na wyspie, na której przebywali Tokio i Rio. Kręciliśmy scenę przy użyciu fruwającego nad nami drona, a my byliśmy wówczas w wodzie. Dron unosił się w powietrzu, ale szwankował, nie działał jak należy, wydawał coraz dziwniejsze dźwięki, unosił się i opadał. Pomyślałam sobie wówczas: aha, to koniec! To absurd, ale tak właśnie umrę, z głową roztrzaskaną przez drona. Na wyspie w Panamie. To wszystko było w oczywisty sposób frustrujące, bo był to nasz jedyny filmujący dron na miejscu, który przebył tu całą drogę z Meksyku. Realizację tej stresującej sceny wspominam jako jedno z największych wyzwań.

MJ: Dobra, czas na coś luźniejszego. Który z bohaterów jest – waszym zdaniem, po kolei – najciekawszy i dlaczego? Utrudnienie: nie możecie wskazać postaci, w którą się wcielacie.

José Manuel Poga (Gandia): W innym wywiadzie jako moją ulubioną postać wskazałem Tamayo, którego gra Fernando Cayo. Robi na mnie wrażenie. Gdy wezmę pod uwagę cały ten stres, odpowiedzialność, ciężar, który na nim spoczywa... To poczucie konieczności rozbicia ruchu oporu, w związku z którym odpowiada przed najważniejszymi osobami w kraju. Ale teraz, po zastanowieniu, wybieram Palermo. Przypomina mi Jokera – i jest kimś takim, przynajmniej w moim odczuciu. Całe to boom-boom-ciao, jego dwuznaczność, podejście w stylu: teraz cię zdradzę, ale popatrz, w walizce mam dla ciebie kilka ciastek, to fascynujące. Do tego ma tę swoją gestykulacje i mimikę. Jest w tym serialu kimś w rodzaju mrocznego klauna.

Úrsula Corberó (Tokio): Osobiście uwielbiam Arturito! Strasznie mnie bawi, ale wiąże się to z tym, ze znam go i obserwuję jego pracę na planie. To niezwykłe, że taki człowiek jak Enrique Arce może się stać postacią tak znienawidzoną. To zasługa jego umiejętności i uważam, że to prawdziwa sztuka. Wszystko opiera się na sposobie kreowania postaci. To wyczyn stworzyć kogoś takiego, kogo się nie cierpi, ale też kocha się go nienawidzić.

Luka Perós (Marsylia): Nairobi. Uwielbiam ją i to, jak jest zagrana. Ta postać jest interesująca na tak wielu poziomach... Interesujące jest też wszystko to, co dzieje się z nią w serialu. Jest też niebezpieczna, zabawna, momentami przerażająca, czasem niezwykle wrażliwa i czuła. „Dom z papieru” to fenomen właśnie ze względu na te postacie, z którymi możemy utożsamiać się w różnych aspektach, dzielić złość i sympatie, zmieniać fronty, kibicować. A poza tym uwielbiam Berlina. Jest sadystą, ale ma poczucie humoru.

Patrick Criado (Rafael): Jeśli nie mogę wybrać swojej, to odpadam! (śmiech) A tak serio: Berlin. Ponieważ...

Luka Perós (Marsylia): Jasne, mówisz tak tylko dlatego, że jest twoim ojcem! (śmiech) KOCHAM CIĘ, TATUSIU!

Patrick: Nie! Lubię go, bo jest złożoną, ciekawą postacią. To typ, w którego bardzo, bardzo chciałbym się kiedyś wcielić. Poza tym – Profesor, bo chyba najbardziej wyróżnia się na tle pozostałych.

Pedro Alonso (Berlin): Trudno powiedzieć. Z czasem zdajesz sobie sprawę, że każda z postaci musi wnieść coś od siebie, a są to różne rzeczy, komponenty – im bardziej zróżnicowane, tym lepiej, bo ciekawiej dla widza. Wraz z doświadczeniem przybywa świadomość, że opowiadanie historii wymaga odpowiedniej grupy postaci, charakterów, cech. W tym przypadku, w artystycznym aspekcie, każda postać ma sens i znaczenie, bo każda jest trybikiem w maszynie opowieści. Każdy ma swoje miejsce i rolę do spełnienia. Gdyby zabrakło któregoś z tych trybików, to już nie byłby „Dom z papieru”.

Chcielibyście powiedzieć coś fanom na zakończenie przygody z serialem? Przy okazji: jak się czujecie – wiedząc, że to już koniec i nadchodzi zwieńczenie kilku lat z „Domem z papieru”?

Úrsula Corberó (Tokio): Czuję, że daliśmy z siebie wszystko; włożyliśmy w to serce, profesjonalizm i – co dla mnie najważniejsze – wiem, że przynieśliśmy trochę radości wielu fanom na całym świecie. Po 4. sezonie myślałam, że tego nie przeskoczymy. Myliłam się. I choć zawsze coś można poprawić, to jestem dumna i szczęśliwa. A przede wszystkim: wdzięczna.

José Manuel Poga (Gandia):
Michał, muszę być z tobą szczery. Jestem tu... dla pieniędzy, by zarabiać pieniądze, by cieszyć się wypłatą! (śmiech) Ale oczywiście również po to, by sprawić publiczności trochę frajdy. Ale całą kasę już wydałem, wszystkie pieniądze wyparowały, a to, co pozostało, to radość – i mam nadzieję, że zapewniliśmy ją wielu ludziom. I że 5. sezon również ją im zagwarantuje.