1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Netflix

Miało być coś, wyszło nic. Oceniamy „Ile warte jest ludzkie życie?”

ile warte jest ludzkie życie recenzja netflix

Ważne pytania, miałkie odpowiedzi. „Ile warte jest ludzkie życie?” ma w sobie sporo potencjału, który z każdą kolejną sceną, powoli, acz konsekwentnie ulatuje.

11 września 2001 roku - wtedy wszystko się zmieniło. To tego dnia nastąpił atak, po którym Stany Zjednoczone nie mogą pozbierać się do dzisiaj, a o którym powstała kolejny film - „Ile warte jest ludzkie życie?”. Po zamachu na World Trade Center kino bardzo szybko ruszyło, aby przepracować traumę. Oliver Stone złożył hołd strażakom ratującym ofiary tej tragedii w „World Trade Center”, a Paul Greengrass docenił bohaterstwo pasażerów „Lotu 93”. Od tamtej pory amerykańscy żołnierze niezliczoną liczbę razy walczyli z terrorystami na Bliskim Wschodzie, gdzie narodził się nawet Iron Man. Trwało to dopóki dzielna agentka CIA Maya nie dorwała w końcu Osamy Bin Ladena we „Wrogu numer jeden”. Odetchnęliśmy wtedy z ulgą? Nie. Przecież echa tragedii wciąż wybrzmiewają „Strasznie głośno, niesamowicie blisko”.

Rodzi się jednak pytanie, czy po 20 latach mielenia tematu na wszelkie możliwe sposoby (nawet w broadwayowskim musicalu „Come From Away”) potrzebujemy kolejnych filmów o zamachach na WTC? Jeśli ich twórcy będą mieli coś ciekawego do powiedzenia, to czemu nie. I wydaje się, że Sara Colangelo chciała spojrzeć na atak z 11 września świeżym okiem. Już w samym polskim tytule zawarte jest fundamentalne pytanie „Ile warte jest ludzkie życie?”. W miarę upływu akcji, reżyserka filtruje swoją odpowiedź przez narodową traumę, koniec końców obnażając pustkę swojej opowieści.

Colangelo podeszła do „Ile warte jest ludzkie życie?” bez subtelności, jaka charakteryzowała jej „Przedszkolankę”.

Przekonamy się o tym już w pierwszej scenie, kiedy Ken Feinberg zadaje swoim studentom tytułowe pytanie. Jak sam twierdzi nie prawników nie interesuje filozofia i prawo ma na nie odpowiedź. Jego tezę zdaje się potwierdzać zorganizowana na szybko spontaniczna dyskusja. Kiedy jednak samemu będzie miał wycenić życie ofiar zamachu na World Trade Center okaże się, że prezesi warci są ponad 14 mln dolarów, a pomywacze marne 350 tys. dolarów.

Filmowi „Ile warte jest ludzkie życie?” na dobre wychodzi rezygnacja z przedstawienia tragicznych zdarzeń z 11 września. Nie ma tu amatorskich nagrań roztrzęsioną kamerą z miejsca zamachu, na których widać gruz i słychać krzyki przerażonych ludzi. Ken dowiaduje się o tragedii siedząc w pociągu i słuchając muzyki klasycznej. Dopiero poruszenie współpasażerów podpowiada mu, że doszło do tragedii. Colangelo zdają się nie interesować ani fabularne, ani formalne fajerwerki. Próbuje rozgrywać swoją opowieść na niskich tonach. Dlatego najbardziej przejmujące sceny to te z Charlesem patrzącym na pojemnik z posiłkiem przygotowanym mu przez żonę przed śmiercią w WTC, czy nadające produkcji dokumentalnego posmaku wypowiedzi bliskich ofiar ataku. „Pieniądze mi go nie zwrócą” - brzmi tu bardziej dramatycznie niż kiedykolwiek wcześniej.

To dość kuriozalne, bo tragedie są w „Ile warte jest ludzkie życie?” intymne i kameralne, a wyciąganie wniosków z prezentowanych wydarzeń, to już walenie widza obuchem w twarz. Gra toczy się tu o najwyższą stawkę. Ken musi zmusić przynajmniej 80 proc. bliskich ofiar do przyjęcia zapomogi finansowej od rządu, gdyż jeśli zechcą oni wytoczyć procesy o odszkodowanie padnie cała gospodarka. Bezduszne prawo i chciwość korporacji pełnią tu role czarnych charakterów. Anarchistyczny wydźwięk znika jednak, kiedy okazuje się, że utworzoną przez prawników formułę trzeba nieco nagiąć, aby osiągnąć cel, a produkcja nabiera znamion prostackiego pamfletu.

Przemiana głównego bohatera filmu „Ile warte jest ludzkie życie?” od początku jest nieunikniona, ale rozgrywa się ona w rytm wyświechtanych klisz.

Zamiast prawdy psychologicznej mamy zwroty akcji następujące w momentach dokładnie obliczonych przez hollywoodzkich scenarzystów. Ken wysłucha wdowy i łezka mu się w oku zakręci, a miejscowemu aktywiście starczy rzucić jedną metaforą, aby jego wizja świata się zawaliła. Niezbyt to konsekwentne podejście. „Ile warte jest ludzkie życie?” to film o tym, że (o tu niespodzianka) ludzkiego życia nie da się wycenić, a prawnicze formułki należy wyrzucić do kosza, podany w formule gatunkowego crowd pleasere'a. Tym samym Colangelo stosuje podejście przed którym jednocześnie chce nas przestrzec.

Zawsze miło jest za to popatrzeć na Michaela Keatona. To jeden z tych aktorów, który zawsze podporządkowuje sobie całą ekranową przestrzeń i wystarczą mu drobne gesty, aby zasygnalizować niuanse granej postaci. I w tym wypadku robi co tylko może, aby nadać wiarygodności swojemu bohaterowi, wyzbywającemu się cynizmu. Niestety na niewiele się to zdaje. Przeszkadza mu tendencyjny i wypełniony truizmami scenariusz, przez co produkcja ożywa tylko, kiedy przychodzi mu konfrontować się z Charlesem. Jakże miło popatrzeć, gdy ze Stanleyem Tuccim wyciągają z siebie nawzajem to co najlepsze. Niestety tych momentów jest zbyt mało, aby uznać film za dobry.

„Ile warte jest ludzkie życie?” to film inspirowany faktami. A jak wiemy, prawda ma tę przewagę nad fikcją, że nie musi być prawdopodobna. W takich produkcjach wypadałoby jednak zadbać o logiczne związki przyczynowo-skutkowe, bo inaczej cały emocjonalny ładunek szybko zostaje rozbrojony i powstaje dzieło tyleż nijakie co naiwne.

„Ile warte jest ludzkie życie?” dowiecie się na Netfliksie.