REKLAMA
  1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Filmy

Chciał zrobić film w amerykańskim stylu, więc wszystkiego nauczył się z Youtube'a. Kim jest Łukasz Róg?

Łukasz Róg kocha hollywoodzkie kino bezgranicznie. To właśnie ta miłość popchnęła go do działania i sprawiła, że postanowił nakręcić film w amerykańskim stylu, w pojedynkę, nie mając żadnego doświadczenia.

no stars anymore łukasz róg film premiera
REKLAMA
116 interakcji
dołącz do dyskusji

I zrobił to, wbrew szyderstwom i przeciwnościom losu. Film „No stars anymore” miał swoją premierę w rzeszowskich Heliosach 27 sierpnia. Jak to się stało, że człowiek zupełnie niezwiązany z filmową branżą (z wykształcenia informatyk i anglista, obecnie działający w branży budowlanej i szkoleniowej) – zupełnie sam, z pomocą kilku członków występującej przed kamerą ekipy – zrealizował film, który zwyciężył w wielu festiwalowych konkursach i, koniec końców, został wyświetlony na wielkim ekranie w Heliosie?

Łukasz Róg, poza kinem, kocha muzykę – nie może bez niej funkcjonować i myśleć, ma też problem z zasypianiem. Słuchawki zakłada nawet wysiadając z auta na dwie minuty, by kupić w sklepie bułki. Muzyka powodowała, że przed jego oczami pojawiają się obrazy i sceny, które – zgodnie z jego wrażliwością – doskonale się z nią komponują, uzupełniają ją. I to właśnie muzyka sprawiała, że przez długie lata poprawiał, przerabiał czy montował od zera, po swojemu, klipy muzyczne, by lepiej oddawały nastrój brzmienia. Ripował i przemontowywał, układał wszystko pod siebie, pod swój gust. Efektami swojej pracy rzadko kiedy się z kimś dzielił. Robił to idąc za głosem potrzeby i inspiracji.

REKLAMA

Kiedy nie słucha, to ogląda. W amerykańskim kinie zakochany jest od urodzenia. Z błyskiem w oczach wspomina wielkie hity: „Top Gun”, „Helikopter w ogniu”, „Pearl Harbor”. „Miami Vice” Michaela Manna widział blisko 500 razy. „Constantine'a” z Keanu Reevesem – ponad 200. Nie potrafi tego wyjaśnić, nie rozumie, dlaczego tak jest – po prostu to uwielbia. Swoje ulubione tytuły jest w stanie oglądać raz za razem, ba, nawet ich słuchać – ripuje dźwięk, zgrywa na nośnik i odsłuchuje sobie w aucie, w głowie odtwarzając kolejne sceny.

Potrzeba było lat i kilku nieoczekiwanych sukcesów, by na poważnie rozważył pracę nad własnym filmem.

Zaczęło się od montażu: zlepku materiałów, który wrzucił na YouTube dla zabawy, nie posiadając nawet żadnego oficjalnego konta. 3-4 dni później pisała o nim „Wyborcza”; zachwyceni montażem internauci poszukiwali autora. Film został wyświetlony miliony razy. Okazało się, że rektor jednej ze szkół filmowych zdecydował się zaproponować stypendium „osobie, która była w stanie porwać miliony”. Łukasz miał dwadzieścia kilka lat i, jak sam twierdzi, „bałagan w głowie”; nie był przekonany, czy tego właśnie chce. A jednak skorzystał z zaproszenia i wpadał do szkoły przez kilka dni jako wolny słuchacz. Wówczas przekonał się, że to nie dla niego. Poza tym, jak powtarza:

Nie lubię polskiego kina, polskiej szkoły filmowej. Moją miłością jest kino w amerykańskim stylu i nic na to nie poradzę.

Jasne – serce nie sługa. Tymczasem znowu minęło trochę czasu: rok 2016, kolejne Euro (i pamiętna porażka w meczu z Portugalią). Łukasz skleił podobny film i wrzucił go nad ranem do sieci. Spodobało się znajomym, zaczęli udostępniać klip – błyskawicznie poszedł w świat. Już następnego dnia po przebudzeniu Łukasz zauważył na swoim smartfonie setki powiadomień. Materiał stał się tak popularny, że dotarł do Zbigniewa Bońka, który również postanowił go udostępnić. To samo uczynił... prezydent Andrzej Duda. Viralowy szał, miliony odsłon. Wówczas Łukasz ponownie zaczął rozmyślać o stworzeniu czegoś własnego, jednak niedługo później YouTube i Facebook zablokowali mu konta, a Cyfrowy Polsat wysłał pozew sądowy – za wykorzystanie materiałów z pełnych wersji rozgrywek.

Ten nieprzyjemny epizod być może odrobinę ostudził jego zapał, ale nie na długo. Wkrótce do Łukasza zgłosił się Red Bull, który poprosił o zrobienie amerykańskiej reklamy. Później współpracował też m.in. z Liverpoolem F.C., zgłosił się do niego zespół Bring Me The Horizon, dla którego przygotował wideoklip. Tak się złożyło, że po latach zaczęto doceniać rozmaite materiały jego autorstwa, które „wisiały” sobie w sieci. Poza tym większość jego prac była całkowicie non profit – to, co robił za kasę, trudno nazwać „prawdziwymi pieniędzmi” i sposobem na stabilne, regularne dochody. To raczej dodatek i element ubogacający portfolio.

Można powiedzieć, że coś się w temacie działo, ale to nie tak, że nagle „ruszyło z kopyta”. W 2018 roku jeden z największych producentów napojów energetycznych zorganizował konkurs, do udziału w którym zaproszono około 300 twórców – w tym Łukasza – do USA. Firma udostępniała studio nagraniowe na dwa tygodnie na wyłączność; tam miała powstać reklama. Mimo ograniczeń czasowych, Łukaszowi udało się polecieć do Stanów – trafił do studia przy Hollywood Blvd., więc zupełnie przy okazji spełniło się jedno z jego marzeń. Na miejscu spotkał kilka popularnych (pisząc eufemistycznie) osób – na przykład zbił piątkę z 2 Chainzem – i zdał sobie sprawę, że przybyły tam wyłącznie kilkuosobowe ekipy. Łukasz zamierzał pracować sam sam, mając za wsparcie jedynie swojego laptopa. Zdziwieni organizatorzy zasugerowali, że może nie dać sobie rady, jednak Łukasz stwierdził, że jakoś sobie poradzi i zrobi wszystko samodzielnie. Zrealizował materiał w dwa dni, podziękował za tę możliwość, ale czuł, że nie miało to większego sensu. Zrobił sobie motocyklową wycieczkę i wkrótce wrócił do domu.

Po trzech czy czterech miesiącach okazało się, że pokonał konkurencję i wygrał ten konkurs.

Nagrodą był trzyletni kontrakt na tworzenie filmów reklamowych dla tej dużej firmy (której nazwę, na prośbę Łukasza, celowo pomijam). I właśnie w chwili, w której otrzymał tę propozycję, zdał sobie sprawę, że wcale nie chce robić więcej reklam – a przynajmniej nie na skalę, która wymagałaby od niego poświęcenia się wyłącznie temu. Nic dziwnego – Łukasz nie lubi rezygnować z własnej wizji. Zdarzało się, że zleceniodawca chciał zmian, pojawiały się różnice kreatywne, ale najzwyczajniej w świecie nie potrafił modyfikować pod klienta tego, co stworzył, co podpowiadał mu instynkt. Potrzeba wykreowania czegoś własnego – napędzanego całą tą bezbrzeżną miłością do amerykańskiego kina – stała się niemożliwa do zlekceważenia. Postanowił pokazać, że w Polsce można zrobić naprawdę fajne kino w stylu amerykańskim. Nawet w pojedynkę.

O stosunku Łukasza do kina polskiego pisałem już wcześniej; twórca przyznał jednak, że w ostatnim czasie do gustu bardzo przypadły mu m.in. „Ślepnąc od świateł”, „Jak zostałem gangsterem” i filmy Jana Komasy. Możemy się domyślić, dlaczego. Deficyt bardziej efektownego kina z hollywoodzkim sznytem przeniesionym na nasz grunt okazał się kolejną składową siły, która popchnęła go do działania.

Łukasz to samouk – wszystkiego uczył się z YouTube'a. Planując podejście do stworzenia filmu doskonale znał się na montażu, ale w pozostałych związanych z realizacją kina kwestiach był laikiem. Nie wiedział jak zacząć – jasne, mógł podejść do studia i poprosić o pomoc profesjonalistów, płacąc im, cóż, masę pieniędzy. Research trwał. Zaczął od zakupów – Sony Alpha A7S II – zabójca nocy (to istotne, bo akcja filmu Łukasza miała rozgrywać się właśnie nocą). Dokupił mikrofon, gimbal i kilka innych niezbędnych narzędzi; całość zamknęła się w 20 tys. złotych. Gdy sprzęt był skompletowany, uznał, że jest gotów – czas nakręcić film. Całość, rzecz jasna, miała w pełni współgrać z muzyką, z jej rytmem i nastrojem. Zresztą, to właśnie muzyka podsunęła mu wszystkie pomysły i obrazy, które w dwa lata ułożyły się w całą opowieść.

Zaczęło się poszukiwanie aktorów – główna postać musiała być kobietą (tu Łukasz z zachwytem odniósł się do uwielbianego Denisa Villeneuve'a – „Nowy początek” czy „Sicario” oglądał niezliczoną ilość razy). W Warszawie byłoby łatwiej, ale Rzeszów od stolicy dzieli 300 km. Złożyło się jednak tak, że Magdalena Kozikowska-Pieńko i Kornel Pieńko prowadzą tam szkołę aktorską. Łukasz wybrał się na jeden z eventów, gdzie dostrzegł młodych artystów, którzy go zachwycili. Wówczas udał się do założycieli i opowiedział im o swoim pomyśle, licząc na zaangażowanie któregoś z uczniów. Wyłożył kawę na ławę: nie jest pewny sprzętu, nie ma spisanego scenariusza, wszystkiego uczy się z materiałów spod szyldu „how to” na YouTube'ie. Pieńkowie doceniali pasję, ale chcieli mieć pewność, że nie wesprą czegoś bez potencjału. Wobec tego Łukasz zdecydował się przygotować coś bardziej profesjonalnego.

W przeszłości jeździł na szkolenia z jednostką GROM-u; lubił militarne obozy i wyjazdy. Zadzwonił do Zielonej Góry (organizowane są tam prywatne szkolenia) i zapytał, czy może wpaść z kamerą i, nie przeszkadzając, nagrać jedną z akcji. Wpadł, sfilmował ćwiczenia w różnych sceneriach, zrobił z tego teaser, podłożył muzykę. Pokazał to Magdzie i Kornelowi. „Okej, skoro wygląda to w ten sposób, to może się udać”. Magda wyraziła chęć wcielenia się w główną postać, zupełnie niezniechęcona tym, że warunki realizacji będą stuprocentowo amatorskie – w końcu to Łukasz miał zająć się nagrywaniem, transportem, a nawet cateringiem. Jego kumple z motocyklowych wypadów wcielili się w S.W.A.T. (przeszli szkolenie od służb specjalnych) i można było kręcić.

Filmowali, gdy tylko się dało – czyli wtedy, gdy akurat aktorska ekipa miała czas (weekendy), a pogoda nie była zbyt kapryśna. Łukasz wspomniał, że niemal wszyscy się z niego śmiali, a on nie potrafił wyjaśnić im swojej wizji i towarzyszących pomysłowi emocji. Czuł, że musi to zrobić, choć nikt w niego nie wierzył, ba, momentami bywało naprawdę nieprzyjemnie. Nie ukrywa, że miewał chwile zwątpienia, potykał się o liczne przeszkody realizacyjne (przypomnę: produkcją zajmował się przecież sam). Każdy błąd kosztował go wiele stresu. W pewnym momencie poczuł, że jest w rozsypce: wycieńczony i zdołowany. A wtedy przyszedł do niego mail.

Dowiedział się z niego, że 31 marca to deadline zgłoszeń filmów na serię filmowych festiwali przez platformę FilmFreeway. Serwis umożliwia zgłoszenie na 200 dość dużych imprez – twórcy wysyłają, odbiorcy decydują. Zadziałało mobilizująco. Łukasz przysiadł do pracy, docisnął gaz, na miesiąc wyprowadził się z domu. Mimo niezliczonych przeciwności losu, w końcu ukończył swój film – dosłownie na chwilę przed końcem czasu na wysyłanie zgłoszeń. I wysłał zgłoszenia.

„No stars anymore” zostało odrzucone przez wiele festiwali. A na wiele innych się zakwalifikowało.

Zgarnęło całkiem sporo wyróżnień, na czele z nagrodą Paris Film Festival. Poświęcenie się pasji zostało nagrodzone. Spodobało się, a polskie media podchwyciły temat. Łukasz podkreśla jednak, że choćby z filmu radość czerpało jedynie kilkadziesiąt osób, ba, tylko jedna, to dla niego będzie wystarczającą nagrodą.

Warto dodać, że film nie dostał się na żaden z polskich festiwali. Mówi się, że tam większe szanse mają twórcy po szkołach filmowych. Łukasz też zwrócił na to uwagę – na jednym z festiwali (Kalisz), który poświęcony jest debiutantom i dziełom bez budżetów, z 50 wybranych filmów każdy był tworem osoby po „filmówce”, przy których współpracowały znane nazwiska.

W weekend 27-28 sierpnia film można było zobaczyć w rzeszowskich kinach Helios. Piątkowa premiera wypełniła salę kinową po brzegi, a obraz nagrodzono owacjami na stojąco. Pokaz był poprzedzony wyświetleniem krótkiego making ofu. Wśród widzów znalazł się nawet prezydent Rzeszowa, Konrad Fijołek.

To, że Łukasz Róg widzi obrazy – filmowe kadry – poprzez muzykę, której nieustannie słucha, czuć przez cały czas trwania seansu. „No stars anymore” to piękna audiowizualna kompozycja, w której każde ujęcie doskonale współgra ze ścieżką dźwiękową. Historia Jemmy, którą nawiedzają tajemnicze i przerażające obrazy, narracyjnie i realizacyjnie uderza we właściwe tony. Całość jest konsekwentnie niepokojąca i angażująca. Co więcej: zadziwiająco profesjonalna (zdjęcia!). Gdy po seansie przypomnimy sobie, że film wyprodukował właściwie jeden człowiek, będziemy pod jeszcze większym wrażeniem. Wykonał świetną robotę.

Co dalej?

Nikt chyba nie podejrzewa, że to koniec. Teraz Łukasz planuje zebrać ekipę kilku lokalnych wariatów i zajawkowiczów, wyposażyć się w lepszy sprzęt, dobrać asystenta i 5-6 osobową ekipę (wciąż raczej bez budżetu, ale może coś uda się zgarnąć od filmowych komisji) i zrobić naprawdę wielkie i efektowne kino w Polsce.

Może to brzmi głupio i naiwnie, ale tego właśnie chcę, to chcę robić. Powiem brutalnie: jak nie będę miał na to kasy, to ukradnę, żeby móc kręcić. Nie mogę spać, nie mogę funkcjonować, nie mogę pracować – bo ciągle o tym myślę.

Łukasz nie widzi problemu, by w polskich warunkach zrealizować nowy „Helikopter w ogniu”. Uważa, ze efektowne filmy da się zrobić bez dużego budżetu, a z pieniędzmi bez problemu nakręcić imponujący, widowiskowy film na podobnym do wspomnianego klasyka poziomie, fabularnie oparty na jakiejś ciekawej historii z polskiej armii.

I niby każdy może tak powiedzieć, ale tak się składa, że nikt takich filmów u nas nie robi.

REKLAMA

Łukasz jest przekonany, że potrafiłby coś takiego zrealiowac. I zamierza to zrobić.

„No stars anymore” było kręcone tylko w nocy, realizowane od czerwca do listopada, choć same nagrywki zajęły w sumie 18 wieczorów. W projekcie wzięło udział 19 osób, a budżet całości wyniósł ostatecznie 100 tys. zł.

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA