1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Filmy

„Sweet Girl” ma chyba najgłupszy fabularny twist ostatniej dekady

sweet girl film netflix twist

Ostatnie dni na platformie Netflix Polska upłynęły pod znakiem filmu akcji „Sweet Girl”. Produkcja z Jasonem Momoą w roli głównej nie dorobiła się jednak swojej popularności wysoką jakością. Wręcz przeciwnie. Jedyne, czym może się pochwalić, to fatalny fabularny twist, który wręcz prosi się o rozłożenie go na czynniki pierwsze.

Uwaga! Tekst zawiera spoilery z filmu „Sweet Girl”.

Nowy hit platformy Netflix i reżysera Briana Andrew Mendozy na papierze prezentuje się jako typowy film akcji klasy B. Nie jest to w żadnym razie wybitne kino, ale fani tego typu produkcji mieli szansę na znalezienie w „Sweet Girl” czegoś dla siebie. Rzecz w tym, że twórcy mieli ambicję wyciągnięcia z opowiedzianej tu historii czegoś więcej. Chcieli kina akcji, wymieszanego z poważnym dramatem i zaskakującym kinem zemsty uzbrojonym w finałowy twist, o czym szerzej opowiedział w udzielonym Rozrywka.Blog wywiadzie Jason Momoa. Marzył im się nieomal drugi „Oldboy”, a wyszedł słaby M. Night Shyamalan bez choćby odrobiny wyobraźni.

W swoich pierwszych tekstach o „Sweet Girl” z uwagi na spoilery unikałem szczegółów wielkiego fabularnego twista, który tak poważnie zaszkodził produkcji. Jest w nim jednak coś niesamowicie emblematycznego, co należy wystawić na światło dzienne. W jakimś sensie to szokujące, że w 2021 roku hollywoodzcy scenarzyści nadal sięgają po tak zgrane chwyty i znienawidzone od lat przez widzów zagrywki. Co więcej, nie zdają sobie sprawy, jak szkodliwe są one dla ich własnego filmu. Liczy się dla nich tylko zaskoczenie widza, ale wbrew pozorom to można dosyć łatwo osiągnąć. Wystarczy nie dzielić się z nim podstawowymi informacjami lub wprost go okłamywać. Tylko, że wtedy nie gramy z inteligentnym odbiorcą w partię szachów, lecz robimy go w konia.

„Sweet Girl” okłamuje widza przez prawie cały film, a potem krzyczy: „Niespodzianka!” i czeka na pochwały.

We wszystkich materiałach przedpremierowych i bardzo długo w samej produkcji na pierwszym planie jest Ray Cooper grany przez Jasona Momoę. Mężczyzna bada sprawę wycofania z rynku tańszego zamiennika leku, który mógł uratować jego umierającą żonę. To stawia go w opozycji do szefów wielkiego koncernu farmaceutycznego, który zarządził usunięcie tamtej wersji dla osiągnięcia wydatnych korzyści finansowych. Cooper nie ma zamiaru odpuścić swojego dochodzenia, bo kilka lat wcześniej był świadkiem zamachu na dziennikarza piszącego o korupcji Wielkiej Farmacji i sam prawie umiera w wyniku późniejszej walki na noże. Widzowie obserwują, jak bohater wpada coraz mocniej w wir zemsty i pozostawia za sobą ślad z trupów nasłanych po to, żeby go wyeliminować.

Każda ze stoczonych przez niego walk rozstrzyga się w ramach wyrównanej i niełatwej walki fizycznej, w której Rayowi pomagają potężna postura, siła mięśni oraz znajomość technik sztuk walki. W międzyczasie widzowie mają też okazję bliżej poznać relacje Coopera z jego nastoletnią córką, która towarzyszy bohaterowi w jego ucieczce przed policją i zabójcami. Brzmi dosyć prosto i nieskomplikowanie? Tylko do czasu. Dokładnie na pół godziny przed końcem projekcji wychodzi na jaw, że w rzeczywistości śledziliśmy nie Raya Coopera, a Rachel Cooper (w tej roli Isabela Merced). Ojciec dziewczyny zginął lata wcześniej w tym samym zamachu, co badający sprawę dziennikarz.

Dostajemy szybki montaż poprzednich, w którym Ray zostaje zastąpiony przez Rachel. Oprócz tego zupełnie nic się w nich nie zmienia, co sugeruje widzom, że odbywały się w dokładnie takich samych okolicznościach i w identycznym stylu. Oczywiście automatycznie zabija to ich wiarygodność. Widzowie nagle muszą uwierzyć, że mierzącą nieco ponad 1,5 m młodą stać na powtórzenie uderzeń i kopniaków prawie dwukrotnie wyższego i starszego mężczyznę. „Sweet Girl” przedstawia wcześniej Rachel Cooper jako osobę zaznajomioną ze sztukami walki i będą w stanie pokonać większego od siebie przeciwnika, ale to nie jest wystarczające wyjaśnienie. Nie można po prostu wymienić dwie kompletnie różne postacie pod względem fizjonomii i powiedzieć, że wszystko przebiegło w identyczny sposób. A to nawet nie jest największy problem z tym twistem.

Twist z kategorii „To był tylko sen/wyobrażenie” jest powszechnie wykpiwany. Netflix zdecydował się go jednak użyć.

Można odnieść wrażenie, że absolutnie nikt ze scenarzystów nie zadał sobie pytania: „Po co nam ten drastyczny zwrot fabularny?”. Jaki był tego cel? Czy w jakikolwiek sposób poprawiło to film lub nadało mu nowego znaczenia? Nieszczególnie. Wcześniej była to historia o zemście za śmierć członka rodziny i nic się w tej kwestii nie zmieniło po podmiance Raya na Rachel. Nie wpłynąło też tak naprawdę w żaden sposób na fabułę produkcji. We wspomnianym „Oldboyu” mistrzostwo przeprowadzony twist odwrócił dotychczasowy bieg akcji, rzucił nowe światło na relacje między postaciami, nadał dramatyzmu sytuacji i na zawsze zmienił życie głównego bohatera.

sweet girl film
SWEET GIRL (L-R): JASON MOMOA (PRODUCER) as RAY COOPER, ISABELA MERCED as RACHEL. Cr: CLAY ENOS/NETFLIX © 2021

Oszustwo scenarzystów „Sweet Girl” sprawia jedynie, że Rachel Cooper wydaje się widzom bardziej antypatyczną osobą niż wcześniej. Bo nie dość, że jest niebezpieczna i zdesperowana, to jeszcze nie odróżnia fikcji od jawy. Ciągle wyobrażała sobie bowiem, że to jej ojciec dokonywał kolejnych morderstw. Trudno to uznać za świadome działanie autorów tej historii, bo przecież potem próbują przedstawić Rachel jako postać pozytywną, której należy kibicować. Nie wiem, jak chcą to osiągnąć, gdy wcześniej przez kilkadziesiąt minut robili z widzów idiotów. Czemu ktokolwiek miałby czuć sympatię po czymś takim?

Co więcej, „Sweet Girl” buduje rodzinne relacje między swoimi bohaterami z gracją zarezerwowaną dotychczas dla trylogii sequeli „Star Wars”.

W Epizodzie IX „Skywalker. Odrodzenie” Kylo Ren dowiaduje się o śmierci swojej matki i w tym samym czasie zostaje uratowany znad granicy śmierci przez Rey. To sprowadza go ze ścieżki ciemności z powrotem na Jasną Stronę Mocy. Problem w tym, że we wcześniejszej części Kylo zamordował swojego ojca (i jednocześnie ulubieńca widzów) Hana Solo. Wielu widzów i przyjaciół pilota Sokoła Millenium wewnątrz świata przedstawionego nigdy by nie pogodziłaby się z jego rehabilitacją.

Dlatego scenarzyści postanowili wrzucić do filmu scenę, w której Han Solo wybacza synowi. Nic nie mogło ich przed tym powstrzymać, nawet wewnętrzna logika odległej galaktyki. Han nie żyje, nie mógł też powróci jako Duch Mocy, więc jego pojawienie się nie było możliwe. Co więc zrobiono? Machnięto na to ręką i pozwolono Kylo Renowi wyobrazić sobie rozmowę z ojcem. Dostaliśmy więc scenę, w której człowiek współwinny śmierci milionów osób, zbrodniarz mający na swoim koncie ojcobójstwo, de facto sam sobie wybacza. Śmiechu warte.

W „Sweet Girl” dostajemy coś podobnego, tylko na jeszcze większą skalę.

Do momentu wielkiego twistu cały film opiera się na istocie zdrowych relacji rodzinnych. Twórcom bardzo zależy na tym, żebyśmy uwierzyli w miłość łączącą Raya Coopera i jego córkę. Ale przecież finalnie okazuje się, że zdecydowana większość oglądanych przez nas momentów bliskości między tą dwójką to wyobrażenia Rachel. Nic z tego nigdy się nie wydarzyło. Nie wiemy, jak prawdziwy Cooper zareagowałby na córkę-morderczynie. Byłby dumny? Przerażony? Wściekły?

Nigdy się tego nie dowiemy, co więcej trudno to nawet racjonalnie przewidzieć. Bo ich wcześniejsze interakcje w większości były oparte na kłamstwie nastawionym na oszukanie widzów. Za sprawą jednego fabularnego twista filmowcom udaje się więc zniszczyć wiarygodność opowiadanej historii, odebrać jej resztki oryginalności, uczynić główną bohaterkę kimś antypatycznym i wyrzucić do kosza zarysowaną wcześniej relację emocjonalną. A wszystko to dla krótkiej chwili zaskoczenia. Na przykładzie „Sweet Girl” widać jak bardzo priorytety w Hollywood stanęły na głowie. Zły przykład dawany przez takich twórców jak J.J. Abrams czy M. Night Shyamalan rozchodzi się wśród innych scenarzystów i absolutnie nie ma się z czego cieszyć.