1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Filmy

Horror rozpisany na dwa jump scare'y i dialogi rodem z kina klasy B. Oceniamy „Dom nocny”

dom nocny recenzja premiera

W „Domu nocnym” David Bruckner wyważa otwarte drzwi. Nie dość, że nie ma nic ciekawego do powiedzenia w podejmowanym przez siebie temacie, to jeszcze ubiera ten fakt w płaszcz horroru, na którym będziecie ziewać ze znudzenia zamiast obgryzać paznokcie ze zdenerwowania.

Strata to bardzo wdzięczny temat dla horroru. W końcu ekstremalne sytuacje wielokrotnie już pomagały bohaterom przepracować traumę związaną ze śmiercią bliskiej osoby. A Beth bardzo potrzebuje takiej terapii. Jej mąż pewnego dnia wziął łódkę, wypłynął na środek jeziora i strzelił sobie prosto w usta. Od tamtej pory kobieta nie może się pozbierać. Nie pomaga jej powrót do pracy, a spotkanie z upierdliwą matką jednego z jej uczniów, zmusza ją do wykrzyczenia własnych problemów. Ukojenia nie znajduje też sama w pustym, wybudowanym przez partnera domu. Ten staje się nośnikiem filmowej grozy, bo zaczynają się w nim dziać dziwne rzeczy.

Przedmioty rzucają cienie przypominające ludzkie sylwetki, a sprzęty same się włączają. David Bruckner umiejętnie wykorzystuje scenografię swojego filmu. Swoją bohaterkę portretuje w ogromnym domu, tak aby podkreślić pustkę, jaką czuje Beth i jej osamotnienie. Budynek jest niczym labirynt, w którym łatwo się zgubić. Sprawia wrażenie żywego i staje się pełnoprawnym bohaterem opowieści. To nie ewentualne duchy są tu najstraszniejsze, tylko jego mroczne zakątki i nieodkryte jeszcze pokoje. Protagonistka spoglądając na niego z zewnątrz dojrzy za oknami swojego ukochanego z inną kobietą, zadając sobie pytanie czy to wytwór jej wyobraźni czy jednak prawda.

Tajemnicze zdjęcie podobnej do niej kobiety na telefonie swojego męża, sprowokuje Beth do zabawy w detektywa.

W miarę upływu akcji odkryje, że Owen prowadził podwójne życie. Twórcy zadają fundamentalne pytania o to, czy jesteśmy w stanie dobrze poznać drugą osobę, czy są warte zaufania jakim je obdarzamy. Bruckner wywodzi się z kina niezależnego i nie zdradził ideałów za nim stojących. W centrum jego zainteresowania cały czas stoi człowiek i jego relacje z innymi ludźmi. Dlatego pozwala nam coraz głębiej zanurzać się w umyśle i emocjach zdradzonej bohaterki. Wychodzi mu to całkiem nieźle, bo przyszykował dla nas kilka niespodzianek.

Bruckner bawi się formułą filmu o nawiedzonym domu, uciekając jak tylko może od horroru, skupiając się na dramacie obyczajowym. Gatunkowość schodzi na drugi plan, nawet jeśli na poziomie kinowej grozy, reżyser również próbuje nam coś przekazać. W warstwie znaczeniowej pojawiają się przez to rozważania na temat tego, co czeka nas po śmierci. Co jeśli nic? Co jeśli Nietzsche miał rację mówiąc, że jeśli spoglądamy w otchłań to otchłań spogląda na nas? Tego typu truizmy obnażają największe słabostki „Domu nocnego”.

Kryje się w nim tylko pustka.

To nie „Zemsta po latach”, w której żal po utracie bliskich równie mocno odczuwalny, co groza, a piłeczka spadająca ze schodów wystarcza, aby wzbudzić nasze przerażenie. Bruckner próbuje nas straszyć na słowo honoru. Mamy uwierzyć w emocje targające bohaterką, dzięki licznym zbliżeniom na jej twarz. I chociaż Rebecca Hall w głównej roli stara się jak może, aby tak się stało, jest to zdecydowanie za mało.

Nie dajcie się zwieść obietnicą ambitnej grozy i pozytywnymi recenzjami. „Dom nocny” to rozpisany na dwa jump scare'y z włączającą się wieżą audio i dialogami wyjętymi z B-klasowych straszaków. Wystarczyłaby jedna scena ze skrzypieniem przesuwanych mebli i padającym z ust bohaterki pytaniem „co to było”, aby zszedł do poziomu „Paranormal Activity”. Otrzymujemy bowiem pokraczne dzieło, które tak usilnie stara się wyznaczyć własną ścieżkę, że gubi się w narzuconych przez siebie zasadach. Pomimo usilnych prób nie jest w stanie się odnaleźć, bo z każdym kolejnym twistem coraz bardziej plącze się w absurdzie, zamiast do wstrzymywania oddechu z rosnącego napięcia, wywołując głośny śmiech.