1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Seriale

Disney robi „Gwiezdne wojny” w stylu anime. Pachnie to desperacją

gwiezdne wojny star wars visions zwiastun

Disney pokazał premierowy zwiastun antologii anime „Star Wars: Visions” i tym jednym ruchem „rozwalił internet”. Nowa produkcja przypomina „Miłość, śmierć i roboty”, ale rozgrywające się w odległej galaktyce i mające stricte japoński styl. Czy to dowód na desperację marki, która nie wie co ze sobą zrobić? A może wstęp do wielkich sukcesów?

Disney+ w ostatnich tygodniach stoi zdecydowanie pod znakiem seriali animowanych. Przed kilkoma dniami końca dobiegł 1. sezon „Star Wars: The Bad Batch”, a w międzyczasie nadawanie rozpoczęła seria „What If...?” pokazująca alternatywne historie o bohaterach Marvel Cinematic Universe. Na pierwszy ogień poszedł odcinek przedstawiający Peggy Carter jako nową Kapitan Brytania, co odbiło się dosyć szerokim echem w przestrzeni internetowej. Szum wokół startu „What If...?” to jednak nic w porównaniu do reakcji na premierowy trailer „Star Wars: Visions”. Ze wszystkich nowych projektów ze świata „Gwiezdnych wojen” ogłoszonych w grudniu 2020 roku o tym było wiadomo z początku najmniej.

Dlatego wielu odbiorców przeżyło ostry szok, gdy tylko zobaczyli pierwszy materiał wideo prezentujący animowaną antologię. W przeszłości pojawiały się oczywiście stylizowane na anime produkcje z kultowymi na Zachodzie bohaterami (by wspomnieć tylko filmy „Animatrix”, „Batman: Rycerz Gotham” i „Batman Ninja” czy serial „X-Men” z 2011 roku). „Gwiezdne wojny” to jednak bardzo specyficzna marka, której fandom potrafi bardzo negatywnie reagować na wszelkie duże zmiany.

A tworzone przez siedem różnych japońskich studiów animacji „Star Wars: Vision” w pierwszym momencie szokuje swoją stroną wizualną. Z czymś podobnym nawet najbardziej zaangażowani fani Expanded Universe rzadko mieli do czynienia, a co dopiero zwyczajni fani mający za sobą seans tylko filmów i może garstki seriali. Dla tych drugich to po prostu musi być olbrzymi szok, zwłaszcza jeśli nie mieli styczności z animacją pochodzącą z kraju kwitnących wiśni.

Star Wars: Visions” to antologia dziewięciu historii rozgrywających się w odległej galaktyce.

Według zapowiedzi platformy Disney+ poszczególne odcinki będą rozgrywać się w różnym czasie i nie wszystkie musiały trzymać się ustalonego kanonu „Star Wars”. Tytuły wszystkich historii brzmią dosyć prozaicznie (to kolejno „The Duel”, „Lop and Ocho”, „Tatooine Rhapsody”, „The Twins”, „The Elder”, „The Village Bride”, „Akakiri”. „T0-B1” i „The Ninth Jedi”), ale wystarczy obejrzeć zwiastun, by przekonać się o tym z jak ekstrawagancką produkcję będziemy mieć do czynienia. „The Elder” przypadnie na okres niedługo przez Epizodem I, „The Twins” i „The Ninth Jedi” zostaną umiejscowione po „Skywalker. Odrodzenie”, a przynajmniej część pozostałych znajdzie się gdzieś pomiędzy początkiem i końcem sagi Skywalkerów.

Trudno nie odebrać tego ruchu ze strony Disneya jako wyzwania rzuconego platformie Netflix. Ta ma przecież swoją własną antologię krótkich filmów animowanych. Premierowy sezon „Miłość, śmierć i roboty” okazał się olbrzymim globalnym hitem, ale po 2. serii zewsząd słychać było głośne narzekania na nudne historie, małą liczbę epizodów i brak odwagi twórców. Absolutnie się z tymi opiniami zgadzam i sam pisałem tuż po premierze, że nowy sezon „Miłość, śmierć i roboty” przypomina kiepską podróbkę oryginału. Na pierwszy rzut oka trudno więc sobie wyobrazić lepszy moment na atak ze strony Disney+.

Z drugiej strony anime w świecie „Star Wars” cuchnie trochę desperacją.

Jestem jak najbardziej w stanie sobie wyobrazić szefów Disney+, którzy debatują nad przyszłością „Gwiezdnych wojen” na bazie algorytmów i badań popularności. Wyszło im, że teraz trwa absolutny boom na anime, dlatego nie zastanawiając się ani przez moment dali zielone światło antologii „Star Wars: Visions”. Nikt nie przystanął nawet na moment, żeby przemyśleć kwestię, czy anime i odległa galaktyka Rycerzy Jedi to na pewno najlepsze połączenie. Nie dajcie się oszukać, to decyzja czysto korporacyjna i mająca bardzo niewiele wspólnego z artyzmem.

Disney dobitnie udowodnił w ostatnich latach, że nie ma żadnego planu na rozwój marki „Star Wars”. Obecnie skupia się na dobudowywaniu nowych historii do już istniejących produkcji w ramach takich serii jak „The Mandalorian” i „The Bad Batch”, co wychodzi mu całkiem nieźle. Natomiast nie liczyłbym na cokolwiek więcej od tej korporacji. Czy to oznacza, że „Star Wars: Visions” będzie nieudaną produkcją? Zdecydowanie za wcześnie na takie oceny, o tym przekonamy się dopiero za kilka tygodni. Osobiście wypatruję antologii z ostrożną nieufnością. Natomiast jako fan „Gwiezdnych wojen”, animacji i japońskiej popkultury siłą rzeczy nie mogę i nie chcę jej sobie odpuścić. Co w jakimś sensie pokazuje, w jaki sposób Disney osiągnął dominującą pozycję we współczesnej branży rozrywkowej.

Cały sezon „Star Wars: Visions” zadebiutuje 22 września na Disney+.