1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Seriale

Tą zbrodnią żył cały PRL. Rozmawiamy z byłym milicjantem, który schwytał nekrofila z Poznania

kryminalne sledztwa prl wywiad roman wojtyniak

Edmund Kolanowski został skazany na śmierć m.in. za morderstwa i profanacje zwłok. Z ciał martwych kobiet wycinał piersi i narządy płciowe, a potem przyszywał je do manekina wykorzystywanego w celach seksualnych. Rozmawiamy z szefem grupy, która go schwytała.

Major Roman Wojtyniak jest jednym z ekspertów nowego serialu dokumentalnego „Kryminalne śledztwa PRL”. Emerytowany milicjant Wydziału Kryminalnego Komendy Miejskiej MO w Poznaniu stał na czele grupy operacyjnej, która schwytała nekrofila z Poznania. W rozmowie z nami wspomina tę sprawę i mówi o stosowanych wtedy technikach śledczych.

„Kryminalne śledztwa PRL” – wywiad z majorem Romanem Wojtyniakiem

Rafał Christ: W pierwszym odcinku „Kryminalnych śledztw PRL” – serii true crime produkcji CBS Reality, omawiana jest sprawa Edmunda Kolanowskiego, którą pan prowadził. Jak to było do niej wrócić po latach?

Major Roman Wojtyniak: Nie należało to do najłatwiejszych. Sprawa Kolanowskiego była bardzo głośna i spektakularna. Już wiele lat temu ludzie namawiali mnie, abym sam coś na ten temat napisał. Odchodząc na emeryturę, nie zabrałem ze sobą żadnych zapisków. A przecież szczegóły, takie jak daty czy nazwiska poszczególnych osób, z czasem umykają, więc bez odpowiedniej dokumentacji nie było to możliwe. Dowiedziałem się za to o działaniach pana doktora Michała Larka z Uniwersytetu Poznańskiego, który wydał książkę „Martwe ciała”, czyli relację z tego zdarzenia. Dotarłem do tej publikacji i wykazałem pewne niezadowolenie, gdyż ona powstała na podstawie dokumentów sądowych i wypowiedzi dochodzeniowców z komendy wojewódzkiej. Oni od nas przejęli podejrzanego już po wszelkich rozpoznaniach, ustaleniach i wstępnych przesłuchaniach. Brakowało mi w tym wszystkim relacji operacyjnych.

W końcu spotkaliśmy się z panem doktorem i miałem okazję powiedzieć mu, jak to wyglądało od strony operacyjnej, dzięki czemu „Martwe ciała” doczekały się drugiego, znacznie poszerzonego i całkowicie przeredagowanego wydania. I wtedy dopiero się zaczęło. Sprawą Kolanowskiego interesowało się coraz więcej osób. Zgłaszali się do mnie m.in. redaktorzy i autorzy podcastów. Było ich naprawdę mnóstwo. Ja już mam swoje lata i nie bardzo chciałem się powtarzać. Ileż w końcu można mówić to samo. No ale w pewnym momencie dotarli do mnie przedstawiciele telewizji CBS Reality i przedstawili projekt serialu o najciekawszych śledztwach PRL. Poczułem, że powinienem wziąć w tym udział.

Z tego co widać w pierwszym odcinku serialu, ta sprawa wciąż jest dla pana żywa. Opowiada pan o niej bardzo emocjonalnie…

Nie można do tego podchodzić bez emocji. Dostałem sprawę zaginięcia małej dziewczynki. Potencjalnie również zabójstwa, bo było kilka wersji operacyjnych. Przekonałem szefa, że całą okolicę trzeba bardzo dokładnie przeszukać. Z 50 zomowcami szukaliśmy, szukaliśmy i po kilkuset metrach w okolicach wału ziemnego znaleźliśmy zmumifikowane, małe i strasznie zdewastowane ciało.

Jestem postawnym mężczyzną, ale psychikę zawsze miałem delikatną. Nieraz zadawałem sobie nawet pytanie, czy nadaję się do trudnej pracy w pionie pierwszym wydziału kryminalnego, czyli tych najgorszych możliwych przestępstw. Bardzo przeżywałem każde znalezione ciało. Ale to właśnie po zobaczeniu zwłok Alinki obiecałem sobie, że doprowadzę sprawę do końca.

I tutaj właśnie rozpoczyna nam się interesujący wątek technik śledczych czasów PRL, który w serialu bardzo mocno wybrzmiewa.

No tak, minęło już sporo czasu i jakbyśmy mieli porównać, z jakich narzędzi policja dzisiaj korzysta, a co miała do dyspozycji 40 lat temu, to niebo a ziemia. Widać to już nawet na takim najbardziej podstawowym poziomie jak forma kontaktu. Teraz każdy ma komórki, a wtedy to większość osób nawet telefonów stacjonarnych nie miała. Praktycznie nic nie było. Linie papilarne na miejscu przestępstwa zbiera się od wielu lat, wtedy oczywiście też, ale ich wykorzystanie wyglądało zupełnie inaczej. Współcześnie wrzuca się odciski do programu komputerowego i w krótkim czasie możemy się wszystkiego dowiedzieć. W trakcie sprawy Kolanowskiego wysyłało się je do analizy do Warszawy i sprawdzanie, czy do kogoś pasują trwało tygodniami. To niesamowite, jak techniki śledcze rozwinęły się w ciągu tych kilku dekad.

Nie przechwalając się, nasza praca wymagała mnóstwa wysiłku intelektualnego. Szczegóły, które dzisiaj znajdziemy w ciągu jednej chwili w cyfrowych archiwach, myśmy musieli zapamiętywać albo docierać do nich na własną rękę. Zwracaliśmy się o pomoc do innych jednostek pytając o sprawy z dewiacjami seksualnymi. Takich zawsze było jest i będzie sporo, ale informacji o przestępcach z tak skrajnymi zaburzeniami nie dostaliśmy. Dlatego to była tak spektakularna akcja. Mieliśmy do czynienia z paniką społeczną. Prasa ogłosiła na początku, że zaginęła małoletnia dziewczynka, a potem pisano o odnalezieniu jej ciała. Opinia publiczna była w szoku. Ludzie bali się wypuszczać dzieci popołudniami z domu. Dopiero gdy dowiedzieli się o ujęciu sprawcy, odetchnęli z ulgą.

Nie ma im się co dziwić. Nawet dzisiaj takie sprawy kojarzą nam się ze Stanami Zjednoczonymi. Trudno uwierzyć, że coś takiego wydarzyło się na naszym podwórku.

A żeby pan wiedział. To były naprawdę straszne rzeczy. Przecież nie mówimy tu tylko o zabójstwie Alinki, ale połączyliśmy go również chociażby ze sprofanowaniem zwłok starszej kobiety, wykradzionych z cmentarza naramowickiego. Ta sprawa była wyjątkowo okropna. Miałem problem ze znalezieniem ludzi, którzy zgodziliby się, aby wytypowane przeze mnie ciała w kostnicy posypywać proszkiem fluorescencyjnym. Jeden chłopak to robił, drugi pilnował. Myśmy musieli wykonać mnóstwo takiej mrówczej roboty, bo wiedzieliśmy, że mamy do czynienia ze zwyrodnialcem. I dopiero dzięki patrolom nocnym wysyłanym na cmentarz na Miłostowie doszło do przełomu w śledztwie. Kolanowski okazał się wyjątkowo trudnym przeciwnikiem.

Po tym wszystkim byłem tak zmęczony psychicznie, że zdecydowałem się wycofać z pionu kryminalnego. Chciano mi przydzielić jeszcze inne sprawy, ale nie wyobrażam sobie, że mógłbym się ich podjąć. Zbrodnie Kolanowskiego przeżywałem jeszcze dwadzieścia lat po przejściu na emeryturę. Regularnie mi się to śniło i budziłem się zlany potem. Dopiero teraz zaznaję więcej spokoju.

Premiera programu „Kryminalne śledztwa PRL”, w którym jednym z ekspertów jest Roman Wojtyniak, dziś o 22:00 na CBS Reality. Kolejne odcinki we wtorki o 22:00.

* Zdjęcie główne: major Roman Wojtyniak © CBS Reality