1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Netflix

„Ostatni list od kochanka” nie jest tak zły, jak się zapowiadał. Sprawdzamy netfliksową adaptację bestsellera Jojo Moyes

ostatni list od kochanka film netflix recenzja opinie

„Ostatni list od kochanka” to nowa adaptacja jednego z bestsellerów Jojo Moyes, a odpowiada za nią platforma Netflix. Zapowiadało się kiepsko, wyszło... nie najgorzej.

„Ostatni list od kochanka” nie jest pierwszą powieścią Moyes, która została przełożona na język filmu. Brytyjska dziennikarka i autorka bestsellerów w 2012 roku wydała książkę pt. „Zanim się pojawiłeś” (ponad pół miliona sprzedanych egzemplarzy), która doczekała się umiarkowanie ciepło przyjętej adaptacji w 2016 roku z Emilią Clarke i Samem Claflinem w rolach głównych (tak, ten film również znajdziecie na Netfliksie). Za kolejną adaptację i tym razem odpowiada reżyserka z bardzo skromnym portfolio: Augustine Frizzell. I jakkolwiek jest to adaptacja gorsz od poprzedniej, to dzieli z nią zarówno swoje mocniejsze, jak i słabsze elementy.

Film – w kategorii historii miłosnych – to powrót do korzeni: klasyczna opowieść czerpiąca z tradycji, stawiająca w swoim centrum porywy serca. Felicity Jones wciela się tu w londyńską dziennikarkę, która przypadkiem wpada na trop korespondencji datowanej na lata 60. ubiegłego stulecia. Treść listów, które dekady temu wymieniali między sobą niejacy Boot i Jennifer, epatuje szczerym uczuciem. Wnet okazuje się, ze to jedna z tych zakazanych miłości – Jennifer była mężatką, choć jej związek nie należał do szczęśliwych i udanych. Wszystko wskazuje na to, że plany zakochanych pokrzyżowały pewne dramatyczne okoliczności. Napędzana rosnącą fascynacją Ellie, wspierana przez archiwistę, Rory'ego, przeszukuje wiekową dokumentację gazety, dla której pracuje, odnajdując kolejne elementy układanki. Dziennikarka rozpaczliwie chce poznać całą historię pary, która całą swą tęsknotę skrupulatnie przelewała na papier.

„Ostatni list od kochanka” to klasyczny melodramat: do bólu wtórny, ale momentami skutecznie angażujący emocjonalnie.

Choć akcja rozgrywa się na dwóch płaszczyznach czasowych (współcześnie i w latach 60.), wydarzenia z przeszłości poznajemy wraz z Ellie. Narracja raz czy dwa próbuje odrobinę zmylić tropy, by zasiać w widzu ziarno wątpliwości, ale robi to na tyle powściągliwie, że przez zdecydowaną większość seansu doskonale przeczuwamy, dokąd to wszystko zmierza – i mamy rację. Nie dzieje się tu absolutnie nic zaskakującego, co więcej: całość opiera się na wręcz bezczelnych kliszach. A jednak trudno nazwać to leniwym scenopisarstwem, skoro cała ta opowieść – również w oryginale – od samego początku miała być właśnie tym: klasyczną historią miłosną w starym stylu, obliczoną na to, by wzruszyć, co ostatecznie jej się udaje. Podobnie jak przy okazji poprzedniej adaptacji, i tym razem mamy do czynienia z jakościowym opakowaniem: świetny soundtrack, estetyczne kadry, solidna gra aktorska (tu zdecydowanie najwięcej pokazuje Shailene Woodley w roli Jen).

W całej tej banalnej opowiastce zręcznie ujęto autentycznie wybrzmiewający (przynajmniej w aspekcie przeszłości) pierwiastek uczucia: miłości, której – rzecz jasna – udało się pokonać czas. Wszystkim wygłodniałym ekranowych miłosnych uniesień i patetycznych, ale uroczych wyznań, „Ostatni list od kochanka” powinien zasmakować, o ile nie przeszkadzają im jednowymiarowe postacie (na Ellie, która zapowiadała się na bohaterkę znacznie ciekawszą, ostatecznie machnięto ręką; jedynie Jennifer momentami wydaje się mieć w sobie odrobinę więcej życia) i ocean schematów. Urocze, ładne, a w swojej kategorii – w ostatnim czasie bezkonkurencyjne.