1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Filmy

Rosjanie zrobili swój własny film o Czarnobylu. Wyszło fałszywie i patetycznie

czarnobyl 1986 recenzja film netflix
498 interakcji
dołącz do dyskusji

Po dwóch latach od szumnych zapowiedzi zza naszej wschodniej granicy doczekaliśmy się w końcu rosyjskiej odpowiedzi na „Czarnobyl”. Ponad dwugodzinny film w reżyserii Danila Kozlovsky'ego błyskawicznie stał się hitem na platformie Netflix, ale oczywiście nie dorasta do pięt produkcji HBO. Pod żadnym względem.

„Czarnobyl” to był bez najmniejszych wątpliwości prawdziwy serial-fenomen. Produkcja telewizji Sky i HBO chwyciła widownię z całego świata za ubranie i na kilka tygodni przykuła do ekranów. Naprawdę trudno było wówczas spotkać osobę, która nie dałaby miniserialowi szansy i większość tego nie żałowała. „Czarnobyla” nie dało się oczywiście nazwać tytułem idealnym. W ostatnim odcinku serial skręcił w stronę patetycznego Hollywood i nieomal popsuł wielu widzom satysfakcję z całej tej historii. Nie brakowało też oskarżeń, że scenarzyści mocno odbiegli od rzeczywistości, choć pod tym względem wcale nie było tragicznie. „Czarnobyl” mieszał w sobie fakty i fikcję, ale ogółem zmierzał w stronę autentyzmu.

Tego samego nie da się niestety powiedzieć o rosyjskim filmie, który kilka dni temu zadebiutował na Netflix Polska. Osobiście w życiu nie poleciłbym obejrzenia „Czarnobyl 1986” komukolwiek, kto wcześniej nie znał szczegółów katastrofy z 26 kwietnia 1986. Dlaczego jestem aż tak surowy? Powodów takiego stanu rzeczy jest kilka. Część ma związek z ogólną jakością produkcji i fikcyjnymi elementami fabuły. Natomiast od strony historycznej też jest kiepsko i to pomimo szumnych zapowiedzi, że teraz to Rosjanie pokażą jak naprawdę było w Czarnobylu.

Fabuła „Czarnobyl 1986” kręci się wokół strażaka Aleksieja Karpuszina.

Mężczyzna cieszy się dużym poważaniem wśród kolegów i kadry dowodzącej z Prypeci, ale jego obiecującą karierą wstrząsa pewne niespodziewane spotkanie. W trakcie wizyty w salonie fryzjerskim Karpuszin natrafia na Olgę Sawostinę, swoją dawną miłość z Kijowa. Pod wpływem nacisków strażaka dawna dziewczyna wychodzi z nim na miasto i razem spędzają romantyczne popołudnie. Sawostina na koniec, wydawać by się mogło, idealnego wieczoru prosi mężczyznę o to, by dał jej spokój. Chwilę później dowiadujemy się dlaczego. Fryzjerka ma 10-letnie dziecko z Karpuszinem.

Na wieść o tym były partner początkowo obiecuje kobiecie złote góry i wspólny wyjazd, ale potem zmienia zdanie. Postanawia opuścić jednostkę i przeprowadzić się do kijowa. Problem w tym, że w nocy po jego wyprowadzce następuje wybuch w elektrowni jądrowej. Niedawni towarzysze Karpuszina wyruszają na gaszenie pożaru w pierwszym szeregu i trafiają w sam środek napromieniowanego piekła. Widząc co się dzieje, strażak wraca zdesperowany pomóc swoim kolegom i porzuconej miłości. A jeżeli to wszystko brzmi wam jak napisany na kolanie melodramatyczny romans, to macie słuszność.

„Czarnobyl 1986” nawet nie próbuje zrobić ze swoich bohaterów postaci z krwi i kości.

W trakcie seansu bardzo szybko zdajemy sobie sprawę, że rosyjscy scenarzyści nie mieli żadnego pomysłu na fikcyjny wątek zajmujący blisko połowę filmu. W żadnym momencie nie dowiadujemy się więcej o relacji Aleksieja i Olgi. Co ich łączyło w przeszłości, dlaczego ten związek się rozpadł, dlaczego tak ich do siebie ciągnie i jednocześnie tak od siebie odpycha? Oboje przypominają marionetki rzucane z jednej sceny do drugiej przez nieposkromione dziecko, które nie wie nawet, czemu robi to, co robi. Cały wątek romantyczny „Czarnobyl 1986” opiera się na typowych melodramatycznych schematach rodem z latynoskiej telenoweli.

Niestety, nie pomogła też osoba Eleny Ivanowej, która jest współautorką scenariusza, bo Olga Sawostina nie dostaje tak naprawdę nic do roboty po 20 minucie filmu. Potem wraca jeszcze na chwilę na koniec, ale nadal jako okropnie stereotypowa postać. To Aleksiej Karpuszin (grany przez pełniącego też rolę reżysera Danila Kozlovsky'ego) jest tutaj bezwzględnie głównym bohaterem. A ponieważ Rosjanie nie potrafią powstrzymać się przed opowiadaniem o Czarnobylu bez olbrzymiej dawki patosu, każde kolejne poświęcenie coraz mocniej wyrzuca Karpuszina poza nawias wiarygodności. Nie jest to zresztą tylko moja opinia.

Rosyjski film i postać głównego bohatera mocno skrytykował Nikolaj Chebushev, który faktycznie brał udział w akcji ratowniczej.

To właśnie jego historia mi.in. zainspirowała twórców produkcji, bo jak informuje portal CBC News brał udział w akcji otworzenia zaworów i wypuszczenia wody z reaktora. Twórcy „Czarnobyl 1986” zaprosili go początkowo do współpracy jako konsultanta, ale Chebushev szybko z tej posady zrezygnował. Jak sam twierdzi stało się to po tym, jak zobaczył, że autorom filmu nie zależy na pokazaniu prawdziwych wydarzeń. Najlepiej widać to w końcowej sekwencji polegającej na nurkowaniu w radioaktywnej wodzie. Już „Czarnobyl” mocno podkoloryzował ten element całej historii, ale Rosjanie pojechali całkowicie po bandzie.

Jak łatwo się domyślić, „Czarnobyl 1986” nie stara się też być przesadnie krytyczny dla ZSRR. Na potrzeby młodszych widzów tu i ówdzie wrzucona zostaje słowna krytyka aparatu władzy, ale jednocześnie nie przeszkadza to twórcom w tworzeniu iluzji swoistego przepychu. Dlatego Karpuszin w nagrodę za swoje dokonania otrzymuje propozycję leczenia w Szwajcarii (ten wątek mocno rozbawił Chebusheva, którego w rzeczywistości wysłano do szpitala w Kursku).

Inna sprawa, że dla podkreślenia dramaturgii całej sytuacji skutki choroby popromiennej zostają tutaj mocno podkręcone. Skoro więc nie warto oglądać nowego filmu o elektrowni w Czarnobylu dla faktów historycznych, fikcyjnego romansu ani dramaturgii, to czemu warto? Tak naprawdę tylko i wyłącznie ze względu na niezłe efekty specjalne, których autorzy pomimo zauważalnie mniejszego budżetu poradzili sobie z zadaniem bardzo przyzwoicie. Co oczywiście nie znaczy, że z tego jednego powodu mogę komukolwiek polecić „Czarnobyl 1986”. Naprawdę nie warto tracić na garstkę niezłych scen ponad dwóch własnego czasu.