Netflix  /  Opinia

Zakładają maski zwierząt i potworów, żeby się zakochać. „Sexy Beasts” to najdziwniejsze reality show Netfliksa

sexy beasts netflix opinie

O „Sexy Beasts” było głośno jeszcze przed premierą. Reality show Netfliksa jawił się jako okropna „krindżówa”, kiedy media obiegły zdjęcia z planu. Widnieją na nich ludzie w strojach zwierząt lub potworów, którzy za cel obrali sobie znalezienie miłości, nie zważając na wygląd. No, przynajmniej w teorii...

Wyobraźcie sobie sytuację, w której straszna diablica wybiera się z Zeusem do baru. A potem z małpą. I myszą. Piją drinki i próbują odnaleźć „prawdziwe połączenie” oraz miłość. Tak właśnie wygląda „Sexy Beasts”, nowy randkowy reality show Netfliksa. Potem jest jeszcze lepiej. O umięśnionego bobra rywalizują trzy damy – chochlik, gepard i... zombie. Następnie mamy pandę, która wybiera spośród trzech dżentelmenów: Blaszanego Drwala, obcego i byka. Są też wilk, dinozaur, delfin, trollica, kogut, no prawie całe ZOO w komplecie. Jesteście gotowi na więcej?

Sexy Beasts – randkowy freak show Netfliksa

Problem w tym, że „Sexy Beasts” to w gruncie rzeczy wiele hałasu o nic. Program nie przekracza żadnych granic, nikt tu nie musi powstrzymywać swoich żądzy, nikt nie swata ludzi, próbując coś ugrać niby kontrowersyjną różnicą wieku, nikt też nie paraduje cały czas w kostiumie lub nago (no dobra, ktoś paraduje, ale on nawet nie bierze udziału w konkurencji), nikt nie ujeżdża niczego i nikogo, a nawet takie pyszności przeżyliśmy już na antenie.

Zasady „Sexy Beasts” są proste. Jesteś w przebraniu i wybierasz swoją seksowną bestię spośród trzech kandydatów lub kandydatek.

W jednym odcinku mężczyźni rywalizują o kobiety, w innym kobiety o mężczyzn. Bohater lub bohaterka odcinka po kolei spotyka się z trzema potencjalnymi wybrankami na tzw. „szybkie randki”. Po niech eliminuje jedną osobę. Po tym etapie odrzucona „bestia” pokazuje swoją prawdziwą twarz. Zwykle kończy się to cichą modlitwą głównego zainteresowanego lub głównej zainteresowanej, by pozostali goście programu byli równie seksowni, kiedy już zrzucą swoje upiorne kostiumy. A przynajmniej ten gość bądź gościni, który/-a zostanie wybrana. Dalej są dwie randki, już nieco dłuższe, potem znowu eliminacja. I wybór tego/tej jedynej wraz z pokazaniem swych prawdziwych twarzy. Proste? Proste. I... trochę nudne.

Twórcy show „Sexy Beasts” doszli pewnie do wniosku, że wystarczy ucharakteryzować uczestników i uczestniczki na różne zwierzaki i potwory, i to załatwi całą sprawę. A potem ich „rozebrać” i pokazać, co kryje się pod maskami. W gruncie rzeczy najbardziej emocjonującymi elementami reality show jest sprawdzenie, jak naprawdę wyglądają wspomniani wilk, panda, Blaszany Drwal czy delfin.

Nadrzędny cel „Sexy Beasts” w teorii jest jeden – udowodnić, że można się w sobie zakochać (a przynajmniej kimś zauroczyć), nie zważając na jego wygląd, który nie jest przecież najważniejszy. Jak wyszło?

„Sexy Beasts” może sobie udawać, że wygląd nie ma znaczenia, ale prawda jest taka, że każdy uczestnik i każda uczestniczka programu są w jakimś sensie atrakcyjni. Jeśli nawet ktoś nie spodoba się wszystkim, to nie można mu/jej odmówić poczucia humoru/charyzmy/talentu/dbania o siebie/dobrego stanowiska/ciekawych zainteresowań itd., itd. Dokładnie takie same bzdury pociskają nam w reality show Netfliksa, „Miłość jest ślepa”, w którym jako uczestników obsadzono ładne kobiety i przystojnych facetów, którzy mają się poznawać przez ścianę, by odkryć swoje wnętrze. Co za bullshit!

Życzyłabym sobie, żebyśmy w końcu przestali karmić się takimi farmazonami. Tak, wnętrze jest ważne i jest decydujące. Ale wygląd również jest ważny. I nie chodzi o to, że trzeba wyglądać jak „milion dolarów”, mieć idealne proporcje i tak białe zęby, żeby oślepiało naszego sąsiada za płotem. Po prostu trzeba zostać uznanym za, również fizycznie, atrakcyjnego przez kogoś, z kim chcemy stworzyć relację romantyczną. I w ramach tej zasady wybrano uczestników i uczestniczki „Sexy Beasts”. Wszyscy są ostatecznie i – na ile możemy w ogóle silić się na obiektywizm czegokolwiek – obiektywnie ładni; wpisują się w kanon mainstreamowego piękna. Nie ma tu ludzi otyłych, z trądzikiem, niezadbanych, z jakimiś defektami. Więc to by było na tyle o jakże światłą ideę programu pt. „liczy się wnętrze”.

Ale nie ma się co obrażać na „Sexy Beasts”.

Program jest w sumie znośny, momentami nawet zabawny, bo i formuła jest lekka w przeciwieństwie do „Miłość jest ślepa”, najbardziej creepy programu ever. Dostarcza prostych i nieco pornograficznych (a może raczej: wstydliwych?) uciech. Chcemy zobaczyć, jak dogadają się ci ludzie w strojach różnych stworów i w końcu przekonać się, czy bohater/-ka wybrał/-a „najlepiej”, co w gruncie rzeczy oznacza – i jest nakręcane przez samych uczestników – wystarczająco atrakcyjnego partnera lub partnerkę. A więc znowu – idea skopana i to już na starcie. Niemniej to po prostu rozrywkowe show, a nie studium przypadku. Plusem jest też to, że „Sexy Beasts” – czego nie można powiedzieć o większości tego typu randkowych programów czy w jakimś sensie mających wyłonić pary – nie jest odrzucające i niesmaczne. Czasem bywa żenująco, ale to nie jest jeden z tych „lepkich” reality show. Serdeczne dzięki za to, bo musiałam wczoraj obejrzeć dostępnych sześć odcinków. I w sumie nie bawiłam się najgorzej – to może być moje nowe guilty pleasure.

Podczas seansu uderzyło mnie jeszcze jedno. A mianowicie to, z jak dużą różnicą do swojego wyglądu podchodzą w tym programie kobiety i mężczyźni. Ci ostatni nie chcą niczego ukrywać z założenia – oni chcą zaprezentować swój pełen „pakiet”. Niech wszystkie babki w okolicy przekonają się, jaki jestem przystojny, umięśniony i dowcipny. Udział w tym programie to raczej dla nich zabawa. Z kolei kobiety kilkukrotnie wspominają o tym, że przyjść do tego reality show zdecydowały się po to, by ktoś w końcu nie patrzył tylko na ich „ładną buzię”, ale też ich posłuchał. I to się nazywa studium przypadku!

„Sexy Beasts” jest zaskakująco zwyczajne jak na swój niezwykły koncept. Ale to w sumie dobrze. Gdyby dodano do tego jeszcze trochę pikanterii byłoby za bardzo furry. Przynajmniej jak dla mnie.

„Sexy Beasts” już na Netflix Polska.