Filmy  /  Top

K-horrory sprawią, że obgryziesz paznokcie do łokci. 7 z nich obejrzysz na Netfliksie

najlepsze horrory korea netflix

Była już moda na amerykańskie, hiszpańskie i japońskie horrory. Teraz czas posmakować straszaków z Korei Południowej. I nie musicie szukać ich w Pirackiej Zatoce, bo całkiem sporo trafiło do biblioteki polskiego Netfliksa. Wśród nich są dwa seriale.

Ok, może i na Netfliksie nie ma „The Host. Potwór”, czyli jednego z ulubionych filmów Quentina Tarantino. Nie uświadczymy też „Opowieści o dwóch siostrach”, która doczekała się amerykańskiego remake'u (chu... steczkowego) „Nieproszeni goście”. Jest jednak sporo tytułów, które musicie znać, jeśli chcecie się mianować fankami lub fanami koreańskiej szkoły horroru.

K-horrory (jak i inne koreańskie filmy) przede wszystkim cechuje łączenie przeróżnych, czasem kompletnie od czapy, gatunków. Są też bardziej dramatyczne niż niektóre japońskie filmy, w których widzów może razić infantylność zarówno gry aktorskiej, jak i żartów. Koreańczycy nie szczędzą też wonów na swoje produkcje, dzięki czemu często średniaki przewyższają pod względem realizacji hollywoodzkie blockbustery.

Najlepsze koreańskie horrory na Netflix Polska – 7 filmów i seriali

1. #Alive

#Alive wskoczył na Netfliksa w środku najgłębszego lockdownu i pandemicznej beznadziei. Pamiętam, że wtedy zrobił na mnie ogromne wrażenie, bo choć bohaterowie zmagali się z apokalipsą „trochę” innego wirusa (zamienia ludzi w krwiożercze zombie), to również towarzyszyła im izolacja w mieszkaniach, brak zaufania do sąsiadów (a nuż są zakażeni?) i przygotowywali się na najgorsze. No, może bez kupowania tony rolek papieru toaletowego. Film dostarcza też sporo emocji i jest gatunku tych horrorów-surwiwalowych, w których zastanawiamy się, co byśmy zrobili na miejscu tych ludzi i czy też popełnialibyśmy tak głupie błędy.

Najnowszy film na liście, miał premierę na początku lipca. Najbliżej mu do innego koreańskiego horroru - „Lament”, który przez moment był na Netfliksie, ale się zmył. „Ósma noc” przedstawia historię potwora, który urwał się z buddyjskiego mitu (przypominającego trochę „Władcę Pierścierni”) i chce otworzyć drzwi do piekieł. Będzie starał się opętać kolejne osoby swoim... Okiem, a kiedy dotrze do drugiego Oka, ludzkość będzie miała przechlapane Na przeszkodzie stanie mu m.in. mnich-egzorcysta i marudny detektyw. Film jest trochę za długi, a zakończenie lekko rozczarowuje, ale mnie urzekł egzotyczną legendą, strojami i scenografią oraz porządną realizacją.

3. Svaha: The Sixth Finger

Okultyzm, sekty, buddyzm, ezoteryka. Jeżeli te słowa kluczowe wywołują w was ciarki, to poczujecie się jak w domu. Jae-hyun Jang, twórca „The Priests”, serwuje ponury horror, który łączy kryminał i motywy religijne. Bohaterem filmu jest pastor Park, który tropi kult o nazwie Deer Mount. W tym samym czasie policjant bada sprawę morderstwa, w którym podejrzany jest członek tejże sekty. Fabuła w pewnym momencie się na maksa komplikuje, bo dochodzi jeszcze wątek uduchowionego zabójcy i demona zaklętego w ciele dziewczyny. Trudno nam się jednak będzie odkleić od ekranu, pomimo bitych dwóch godzin seansu.

4. Sweet Home

10-odcinkowy serial grozy, który spodoba się fanom horrorów z lat 80 – szczególnie tych od Johna Carpentera. „Sweet Home” bazuje na internetowym komiksie o tym samym tytule, w którym śledzimy losy chłopaka walczącego z demonami – własnymi i takimi całkiem namacalnymi. Ludzie zamieniają się w potwory reprezentujące ich najskrytsze pragnienia. I trzeba przyznać, że licznie występujące paskudy są naprawdę pomysłowe i potrafią zaskoczyć. W jednym z odcinków zobaczymy np. PROTEIN MONSTERA, czyli potwora na sterydach powstałego z potrzeby bycia najsilniejszym. Szkoda, że przy niektórych maszkarach mocno kuleje CGI, ale w sumie pasuje to do makabreskowej, retro-stylistyki serialu.

5. Kingdom

Kolejny na tej liście serial, który może nie jest tak mroczny i straszny jak typowy horror, ale ma uwielbiany przez wszystkich motyw – zombie. Subtelnie przemycony do przełomu XVI i XVII wieku, kiedy nie było pił mechanicznych i shotgunów. Już samo to brzmi jak dobry pomysł na spędzenie weekendu, bo o ile samurajskie realia są dość często pokazywane na ekranie, o tyle Korea rządzona przez dynastię Joseon jest pod tym względem nieodkryta. Jest też zrealizowany na na poważnie, bez charakterystycznego dla wschodniej Azji slapstickowego poczucia humoru. Serial nie ma zbyt wielu wad, a jedną z nich jest to, że ma tylko dwa sezony po 6 odcinków.

Przy „The Call” poczułem vibe filmów, które przegrywało się na płyty CD i trzeba było naściągać masę kodeków jak np. „Efekt motyla” czy „Oszukać przeznaczenie”. To trzymający w napięciu horror science-fiction z można powiedzieć: podróżami w czasie. Dwie bohaterki filmu potrafią się ze sobą łączyć przez telefon i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że dzieli je... 20 lat. Obie znajdują się po prostu w tym samym domu, ale w innym czasie. Rodzi to ze sobą rzecz jasna wiele interesujących możliwości, ale i komplikacji (i niestety nielogicznych paradoksów fizycznych). Jeśli dodam do tego, bez spoilerów, że jedna z nich jest seryjną morderczynią, to już wiecie, że nie będziecie narzekać na nudę.

To najbardziej znany horror na tej liście – nie tylko ze względu na naprawdę „kreatywny” tytuł (w angielskim tłumaczeniu: „Train to Busan”, czyli „Pociąg do Busan”). Mylnie sugeruje on tępą naparzankę. Jest jednym z najlepszych filmów o apokalipsie zombie z ostatnich lat – jeśli dobrze się wczujemy w klimat, to spocimy się ze stresu. Nawet bardziej niż w rozklekotanym kibelku pociągu PKP do Pipidówka. „Zombie Express” jest też świetnym przykładem koreańskiego kina międzygatunkowego. Jest to horror pełną gębą, ale i melodramat społeczny oraz czarna komedia. I wszystko to się ze sobą pięknie klei jak nieumarły do kawałka świeżutkiego ludzkiego mięsa.

* Zdjęcie główne: „Sweet Home” / Netflix