Dramy  /  Felieton

Paragony grozy stają mi już ością w gardle. Ludzie, czy wy ostatni raz nad morzem byliście w latach 90.?

paragony grozy baltyk ceny felieton

Przyszło lato, więc zaczęło się jojczenie na ceny ryb nad polskim morzem. W mediach żalą się zwykli Kowalscy, ale i całkiem niezwykli celebryci. A ja sobie myślę, że wszyscy, jadąc na wakacje, zostawili swoje mózgi w garażu.

Polacy uwielbiają sobie ponarzekać i znajdą byle pretekst do nawrzucania na somsiada, prywaciorza czy tych cholernych polityków. Nawet kiedy mogą sobie wyluzować, to i tak wolą psioczyć. I już najwyraźniej znudziło nam się wyśmiewanie parawanów, w których skrywają się Janusze z Grażynkami, więc uczepiliśmy się smażalni ryb. Nie ma dnia bym nie natrafił na artykuł o złowieszczych paragonach, groźniejszych niż najbardziej przebiegłe sinice.

Schemat jest zazwyczaj ten sam: rodzina poszła do baru, zapłaciła więcej niż za mrożonego fileta bez kości z Biedronki, więc postanowiła pójść do mediów ze zdjęciem kwitka. Naprawdę nie wiem, czego takie osoby się spodziewają. Zwrotu kosztów? Przeprosin od restauratora? Jedyne, co są w stanie ugrać, to satysfakcja, że się obrobiło komuś cztery litery. To jest nasz sport narodowy, a nie tam jakaś piłka.

Paragony grozy to nośny temat, ale nie wszędzie nad morzem jest drogo. Na upartego można zrobić samemu piknik na plaży (tylko błagam nie grilla).

Czarę goryczy przelał paragon opiewający na 150 złotych ze smażalni w Ustce. Pomyślałem sobie wtedy: nie wyczymie. Para zamówiła pstrąga, sandacza, tatar ze śledzia, zupę rybną, małe piwo, colę i szalotkę (ok, jej cena wynosząca 18 zeta może była lekko przesadzona) i była wielce oburzona.

Ja to byłem wręcz zdziwiony, że co tak tanio za taką ucztę w nadmorskim kurorcie. 75 złotych za tyle szamy? Podajcie mi adres. Zresztą wielu „przebudza” się i też uważa, że paragony grozy to wyjątkowe przypadki a cała histeria jest ostro nakręcana przez tabloidy.

I to nie jest tak, że śpię na pieniądzach. Ja nawet nie mam porządnego łóżka. Zdaję sobie jednak sprawę z inflacji (w porównaniu z czerwcem zeszłego roku ceny wzrosły o 4,4 proc.) i rosnących opłat oraz podatków (akurat w tym wypadku można ponarzekać na rządzących).

To gdzieś przecież musi mieć ujście. Podnoszą nam płace minimalne, wzrastają pensje, a z nimi koszty, rosną więc ceny dóbr i usług. Dziwny jest ten świat, ale tak to działa.

Sam pamiętam jak kiedyś za 10 złotych mogłem sobie kupić oranżadę w woreczku, czipsy Chio i zostało mi tyle reszty, że nawet mama nie zauważała (albo przymykała oko), że coś sobie doliczyłem do rachunku za śmietanę 12-procentową.

Od tamtego czasu trochę się jednak na świecie pozmieniało. Nawet przed pandemią było względnie drogo – porównując to rzecz jasna z cenami z głębokich lat 90. Teraz doszedł aspekt kryzysu, więc tym bardziej kumam te ceny. Branżą turystyczna jest praktycznie rok w plecy.

Czasem też warto się przejść te 100 metrów niż potem płakać nad rozlanym keczupem w naparstku za 5 złotych. Dwa lata temu w Łebie, w centrum, niedaleko plaży, przy głównym trakcie trafiłem na całkiem solidny zestaw z rybą, frytkami i surówką. Kosztował mnie 28 złotych, ale nie zrobiłem zdjęcia dla mediów, bo po prostu cena nie wbiła mnie w ziemię.

Widziałem też tegoroczne „paragony taniości”, które jeszcze bardziej potwierdzają tezę, że są drogie restauracje, ale i normalne. I przecież jest tak jest na całym świecie odkąd ludzie nauczyli się używać sztućców. Szok, niedowierzanie.

Spójrzmy na to wszystko od jeszcze innej strony: idę do restauracji w szczycie sezonu do tego w turystycznej miejscowości i wiem, że w cenę wliczona jest też m.in. obsługa oraz sam fakt, że jem na mieście. Oszczędzam sobie na ciepłym piwerku z Żabki pitym na plaży, więc mogę zaszaleć w lokalu. Cały rok wcinam gotowce z dyskontów, by w wakacje pozwolić sobie na sandacza.

Oczywiście, że wolałbym sklepowe ceny w barach, ale nie mam pojęcia o ekonomii na poziomie 5-latka, więc akceptuję menu (wszystkie ceny są przecież podane w karcie) lub idę szukać dalej. Przy okazji spalę kalorię na zapas. Trzeba sobie samemu radzić w życiu, a rynek kiedyś i tak zweryfikuje naciągaczy.

Najbardziej rozwalają mnie celebryci. Oni na pewno nie mogą narzekać na brak innych opcji, a i tak krytykują wakacje nad Bałtykiem.

Niektórzy zwykli ludzie żyją wspomnieniami o dawnych czasach i cenach („kiedyś...”), ale nie można ich za to winić. Rozumiem, że postawieniu obiadu dla całej rodziny to spory wydatek. Jednak nie mam żadnej litości dla gwiazd, które pomiędzy promowaniem rzeczy za gruby hajs rozpaczają w social mediach nad Bałtykiem (lub po powrocie). Niedawno Lara Gessler łapała się za głowę w geście „olaboga”, gdy zobaczyła ceny za hotele. Ciekawe czy z podobnym oburzeniem patrzy na ceny smakołyków w lokalach swojej mamy.

Screen z www.instagram.com/lara_gessler

Polscy celebryci ogólnie nienawidzą naszego morza, ale i tak nad nie jeżdżą. To jest jakiś syndrom bałtycki. Parę lat temu Agata Młynarska żaliła się, że przyjechali tam „wszyscy państwo Kiepscy”, a wakacje nad Bałtykiem przypominały jakiś koszmar. Jej post był klasycznym przykładem klasizmu i body-shamingu.

Zjechali wszyscy państwo Kiepscy z rodzinami i przyjaciółmi, jedzenie jest drogie i przeważnie niedobre. Ryby smażone na oleju nie pierwszej świeżości, królują gofry i fryty. Wszędzie gra muzyka, w każdej knajpie faceci w gastronomicznej ciąży opędzają się od swoich dzieci i umęczonych żon. Wiadomo, dobry browar to podstawa! Wieje, pada deszcz i bywa zimno .

— napisała Agata Młynarska na Facebooku w 2016 r.

Katarzyna Skrzynecka również narzekała na wczasowiczów: „Gromady rozwydrzonych matołów, pod 30-tkę, dojących na plaży z gwinta już nie tylko piwsko, ale wódkę i 'łychę', ryczących jak bawoły - przy czym bawół chociaż ma mózg!” — relacjonowała na Instagramie swój wypad aktorka.

I jest w tym pewnie sporo racji. I można też wyjechać za granicę, ale tam też spotkamy Polaków. I co wtedy? Niektórzy po prostu lubią ten klimat. Na tym właśnie polega też urok polskiego morza.

Na tych ociekających tłuszczem rybach na plastikowych talerzach, pstrokatych straganach z dudniącym disco polo, wodzie z zieloną pianą, wszechobecnych parawanach, kiepach w piasku i grupach nastoletnich dresiarzy z głośnikami blutacz. I prędko tego nie zmienimy dopóki nasza mentalność będzie jak te betonowe falochrony w Bałtyku.

* zdjęcie główne: screen z Tomasz Strzelczyk ODDASZFARTUCHA / YouTube