Dzieje się  /  Felieton

„Cnoty niewieście” hitem Facebooka. Nakładki na zdjęcia profilowe dają Polakom poczucie plemiennej wspólnoty

cnoty niewieście facebook przemysław czarnek

Nie wiadomo, czym są „cnoty niewieście”, ale i tak robią furorę. Tajemnicze zalety mają wielką szansę stać się najważniejszą tegoroczną zbitką językową i sukcesem na miarę „ostrego cienia mgły”. Polacy i Polki bawią się tym określeniem na różne sposoby, traktując go jako źródło wzajemnej identyfikacji. Do czego pożyteczne okazują się nakładki na zdjęcie profilowe na Facebooku.

Zataczające coraz szersze kręgi hasło „cnoty niewieście” to zasługa dwóch postaci powiązanych z Ministerstwem Edukacji Narodowej. Debatę nad napędzanym przez zachodnią popkulturę moralnym zepsuciem zapatrzonych w siebie kobiet w wywiadzie dla „Naszego Dziennika” rozpoczął dr Paweł Skrzydlewski, ekspert resortu edukacji. Jego szef, Przemysław Czarnek (który niedawno przyznał odznaczenie w edukacji parze od billboardów antyaborcyjnych), ani myślał przepraszać za skostniałe myślenie współpracownika. Zamiast tego w kolejnym wywiadzie uderzył w „celebrytki o lewackich poglądach”. Wszystko to oczywiście pokazało, że postęp cywilizacyjnych ostatnich 150 lat przeleciał kilometry nad głowami niektórych polityków.

Twitter zalała fana krytycznych komentarzy, kpiarskich odpowiedzi i sugestii, czym w rzeczywistości powinny być cnoty, jakimi młode dziewczyny mogą się kierować w życiu. Zresztą nie tylko one, bo takiego pozytywnego przesłania w równym stopniu warto również nauczać dorastających chłopaków. Trzeba natomiast zdawać sobie sprawę z faktu, że ta reakcja nie miała na celu ani nawiązania walki, ani tym bardziej dialogu z ministrem Czarnkiem i jego zwolennikami. Większość społeczności internetowej w Polsce dawno zdała sobie sprawę ze swojego podziału na dwie wrogo nastawione grupy, między którymi prawie nigdy nie dochodzi do otwartej rozmowy. Ważniejsza stała się identyfikacja myślących podobnie niż próba przemówienia do rozsądków „tym drugim”. A w tym od pewnego czasu pomagają specjalne nakładki dostępne w największym portalu społecznościowym.

Czym są „cnoty niewieście” nie wie nikt, ale Facebooka i tak zalała fala nakładek na zdjęcie profilowe z tej serii.

Użytkownicy serwisu mają całą gamę opcji do wyboru. Różnią się one stylem graficznym i stopniem modyfikacji oryginalnego hasła, ale co do zasady wyrażają te same emocje. Sprzeciw wobec postawy ministra edukacji (i szerzej jego obozu politycznego), chęć pokazania swojego światopoglądu oraz identyfikację z innymi zwolennikami bardziej nowoczesnego myślenia o roli kobiet w społeczeństwie. Do najpopularniejszych wersji nakładki należą m.in.: „mam ugruntowane cnoty niewieście”, „mam ugruntowaną opinię na temat cnót niewieścich”, „mam ugruntowane cnoty niewieście i męskie”, „cnoty niewieście? Nie dziękuję!”, „mam ugruntowane cnoty niewieście wiedźmowe”, „#CzarnekChallenge” czy „w głębokim poważaniu mam cnoty niewieście”.

Do wyboru jest też kilka wersji z czerwonym piorunem symbolizującym Strajk Kobiet. To właśnie zeszłoroczne protesty zwiększyły popularność nakładek na zdjęcie w Polsce i przełamały pewną psychologiczną barierę, która powstrzymywała część użytkowników przed tak otwartą deklaracją poglądów w internecie. Personalizowane ramki profilowe dostępne na Facebooku od 2016 (i będące wynikiem walki z niezwykle wówczas popularnym Snapchatem) to z jednej strony drobiazg, a z drugiej gest mający dla wielu osób bardzo dużę znaczenie.

Żyjemy w świecie swobody wypowiedzi, ale jednocześnie mamy wrażenie całkowitego odcięcia od rozmowy z drugim człowiekiem.

Każdy z nas może poruszyć dowolny temat w internecie, ale tak naprawdę stale mówimy do tej samej grupy osób. Wysunięcie nosa poza własną bańkę informacyjną stało się nieopłacalne, bo na zewnątrz czekają obelgi, krzyki i hejt. Nikt przy zdrowych zmysłach nie próbuje prowadzić inteligentnej i opartej na wiedzy debaty z ministrem edukacji, który jest w tak otwarty sposób antyintelektualistą. Tak samo nikt nie chce się narażać na falę wulgaryzmów i ciągnących się w nieskończoność kłótni, które przecież do niczego nie prowadzą, by przekonać nieznaną sobie osobę do tolerancji czy własnego punktu widzenia.

Dlatego Polacy wolą się ograniczyć do prostej nakładki na Facebooku i poczucia wspólnoty wynikającego ze popierania tego samego ruchu lub wyśmiewania tego samego przeciwnika. Czy cokolwiek konkretnego w ten sposób osiągają? Przeważnie nie, bo przecież zmian w prawie nie osiąga się zdjęciami profilowymi. Tak samo jak nie buduje się na ich podstawie założeń całego systemu edukacji. To finalnie dosyć pusty sprzeciw, który ma posłużyć raczej własnemu samozadowoleniu niż czemukolwiek innemu. Natomiast bądźmy szczerzy – niewyczerpana cierpliwość do kłótni na Facebooku na pewno nie jest jedną z cnót współczesnego świata. Ani tych męskich, ani niewieścich. Pewne bitwy lepiej od razu odpuścić, skoro wygrana i tak nie jest możliwa.