Filmy  /  Opinia

Fani wściekli na Marvela za Taskmastera w „Czarnej Wdowie” i innych fatalnych złoczyńców z MCU

czarna wdowa taskmaster mcu przeciwnicy

„Czarna Wdowa” jest w kinach dopiero od kilku dni, a już zapowiada się na jeden z najbardziej kontrowersyjnych filmów MCU. Wielu widzom nie spodobało się przede wszystkim, co Marvel postanowił zrobić z postaciami swoich antagonistów. Natomiast bądźmy szczerzy – Taskmaster to nie jest pierwsza tak wstydliwa porażka tego uniwersum, gdy mowa o złoczyńcach.

Uwaga! Tekst zawiera spoilery z filmu otwierającego 4. fazę MCU.

Marvel Cinematic Universe ma swoich zagorzałych zwolenników i nieugiętych przeciwników, ale wyniki kolejnych filmów z tej serii jasno pokazują, która grupa liczy więcej osób. Nie oznacza to jednak, że wierni fani Domu Pomysłów przyjmują wszystkie decyzje Disneya z pocałowaniem ręki. Od czasu do czasu gniew fandomu wybucha i to dosyć poważnie. Z taką sytuacją mamy do czynienia w ostatnich dniach, a głównym winowajcą jest Taskmaster. Zamaskowany antagonista z filmu „Czarna Wdowa” dla wielu stał się chodzącym uosobieniem mema: „Look How They Massacred My Boy”. Wściekłości fanów nie ma się zresztą co dziwić, bo z tak fatalną adaptacją komiksowego pierwowzoru ostatni raz mieliśmy do czynienia w 2009 roku, gdy Deadpoolowi zaszyto usta w „X-Men Geneza: Wolverine”.

Taskmaster zadebiutował w 1980 roku na kartach komiksu „The Avengers” nr 195 z inicjatywy scenarzysty Davida Michelinie'ego, który chciał pokazać skąd biorą się dziesiątki bezimiennych sługusów walczących z herosami. Dlatego wymyślił postać najemnika za pieniądze posiadającego niezwykłą umiejętność tzw. fotograficznej pamięci mięśniowej. Dzięki niej Taskmaster potrafi błyskawicznie odwzorować każdy styl walki, z którym kiedykolwiek się zetknie. Później zaś wykorzystuje nabyte w ten sposób umiejętności do szkolenia innych złoczyńców za odpowiednią opłatą. Przy czym ten niezwykły talent ma też swoją mroczną stronę. Tony Masters (bo tak prawdopodobnie brzmi prawdziwe nazwisko najemnika) zapomina bowiem część swojej przeszłości niezwiązane z walką za każdym razem, gdy w jego mózgu zapisany zostanie nowy styl.

Marvel wyrzucił niemal wszystkie te elementy do kosza i zastąpił charakterną postać sterowanym ręcznie cyborgiem.

Nie da się opowiedzieć o skali zmarnowanego potencjału Taskmastera bez pochylenia się nad kwestią dwóch fabularnych twistów zaserwowanych widzom przez scenarzystów „Czarnej Wdowy”. Dlatego ponownie uprzedzam przed spoilerami. Pierwszy twist dostajemy nieco przed połową filmu, gdy Taskmaster zostaje podłączony przez jedną z Wdów do komputera i w ten sposób otrzymuje informacje na temat stylów walki różnych Avengersów. Automatycznie ustawia to tę postać w kategorii bezmyślnych dronów sterowanych przez „wielkiego złego” kryjącego się za kulisy. Sprawie nie pomaga fakt, że Taskmaster przez cały film do tamtego momentu ani razu się nie odzywa, porusza się jak maszyna i dokonuje mnóstwa kompletnie nielogicznych wyborów, które pomagają uciec Nataszy Romanoff i Yelenie Belovej.

Wiadomo już wówczas, że nie będziemy mieli do czynienia z antagonistą wartym zapamiętania. To samo w sobie jest olbrzymim problemem, ale drugi twist tylko pogarsza sprawę. Okazuje się bowiem, iż za maską Taskmastera kryła się Antonia Dreykov, czyli córka generała zarządzającego Czerwonym Pokojem. Zmiana płci nie wnosi niczego do samego filmu i ma na celu właściwie tylko zaszokowanie widza. Fabularnie nie dostajemy żadnego uzasadnienia, czemu Dreykov miałby ubierać córkę w męską zbroję, skoro nie ma żadnego problemu z wykorzystywaniem kobiet na linii frontu. Co więcej, w ten sposób Marvel po raz kolejny rozgrzesza swoich bohaterów z jakiejkolwiek winy, bo Natasza nie musi już żyć ze świadomością, że poświęciła niewinną dziewczynkę dla personalnych celów podczas misji w Budapeszcie.

Tak naprawdę nie mamy tutaj do czynienia nawet z podróbką Taskmastera, co zupełnie inną postacią, która z jakiegoś niewyjaśnionego powodu nosi jego kostium. I nikt nawet nie próbuje wyjaśnić dlaczego. W swojej recenzji „Czarnej Wdowy” zwróciłem uwagę na to, jak bardzo leniwy jest ten film w bardzo wielu elementach swojej fabuły. To tylko dodatkowy przykład na potwierdzenie tej tezy. Kreacja Taskmastera pokazuje oprócz tego coś jeszcze. Marvel naprawdę nie ma żadnego pomysłu na swoich złoczyńców.

Taskmaster sprawił fanom MCU największy zawód od czasu Mandaryna. Natomiast lista fatalnych villanów na nich się nie kończy.

Tak po prawdzie to nawet fałszywy Mandaryn w „Iron Manie 3” funkcjonował lepiej wewnątrz tamtej opowieści. Podobnie jak wielu innych widzów byłem zawiedziony tym, co Marvel zrobił z tą postacią i w jaki sposób użył niezwykle utalentowanego Bena Kingsleya. Ale tam twórcy przynajmniej użyli tego twistu do mocniejszego podkręcenia całej historii. Użycie zastępczego Mandaryna przeciwko Tony'emu Starkowi miało sens (choć pojawienie się prawdziwej wersji tej postaci w „Shang-Chi i legenda dziesięciu pierścieni” rzuca na tę sprawę dosyć zagadkowe światło). Zrobienie z Antonii Dreykov Taskmastera niestety nie.

czarna wdowa marvel
„Czarna Wdowa” nie doczekała się takiego wroga jak Thanos. Marvel znów zawiódł.

Czy to pierwszy taki przypadek w Marvel Cinematic Universe? Oczywiście nie. Jak na tak potężną i popularną serię, przeciwnicy w filmach Marvela wypadają okropnie blado. Skupmy się tylko na tytułach produkowanych przez Marvel Studios, bo akurat Netflix radził sobie z tym elementem znacznie lepiej w swoich serialach. Antagoniści w tych tytułach dzielą się w większości na cztery grupy. Pierwsza z nich to „podróbki” protagonisty, czyli postaci mające takie same moce co superbohater i kierujące się przeważnie rządzą zemsty na osobie kryjącej się za maską. Należą do niej: Obadiah Stane, Abomination, Justin Hammer, Whiplash, (do pewnego momentu) Loki, Aldrich Killian, Yellowjacket, Karl Mordo, Killmonger i trochę Taskmaster. Druga grupa obejmuje szaleńców owładniętych wizją zdobycia lub unicestwienia świata. Chodzi o Malekitha i Mroczne Elfy, agentów H.Y.D.R.Y., Red Skulla, Ronana, Ultrona, Dormammu, Helę i Surtura, a także Thanosa. Ostatnia dwie grupy to drobni sługusi oraz zwykli ludzie walczący o przetrwanie. Obie mają mniej przedstawicieli i nie są aż tak ważni.

Sama przynależność do któregoś z zestawów nie oznacza też automatycznie, że przeciwnik jest słaby. Na taką ocenę nakłada się mnóstwo szczegółów od dialogów, przez motywacje postaci aż po grę aktorską. Obadiah Stane jako postać sama w sobie nie jest niczym niezwykłym, ale Jeff Bridges zagrał go naprawdę dobrze i jest pozytywnie wspominany przez fanów. Killmonger to z jednej strony banalna kopia Czarnej Pantery, a z drugiej postać mająca bardzo konkretne i interesujące motywacje. Tak samo jest z Thanosem. Na papierze to typowy wróg superbohaterów, który chce unicestwić świat. Ale mnóstwo różnych elementów wynosi go poza ten dosyć nudny koncept i czyni naprawdę pasjonującą postacią do oglądania.

Czarna Wdowa” i całe Marvel Cinematic Universe mają jednak ten problem, że przeważnie nie próbują nic robić z nudnymi schematami przeciwników.

Kilka pozytywnych wyjątków to za mało. Zresztą nawet ci lepsi antagoniści Marvela przeważnie nie są idealni. Vulture i Mysterio z obu filmów o Spider-Manie wymykają się do pewnego stopnia ze schematu, ale jednocześnie mają znacznie większy emocjonalny związek z Tonym Starkiem niż Peterem Parkerem. Thanos w „Avengers: Wojna bez granic” wypada świetnie, ale w sequelu zostaje sprowadzony w zasadzie do roli typowego obcego najeźdźcy. Coraz częściej dochodzi też do sytuacji, gdzie złoczyńcy Marvela mają udowodnić jakąś tezę z prawdziwego świata (przeważnie w kontekście nadużywania władzy przez mężczyzn). Samo w sobie nie byłoby to czymś nagminnym, ale bardzo rzadko scenarzystom udaje się organicznie powiązać takie wątki z szerszą fabułą.

Taskmaster tylko potwierdzi to, co było widać wcześniej na przykładach Yon-Roga i dyrektora S.W.O.R.D. z „WandaVision”. Tego typu próby wydają się po prostu okropnie łopatologiczne i wymuszone, o ile ktoś nie wykona odpowiedniej roboty. Coraz częściej odnoszę jednak wrażenie, że w Marvel Studios po prostu nie ma woli uczynienia swoich złoczyńców czymś więcej niż chodzącymi komiksowymi stereotypami. To bohaterowie wciąż mają tam nadrzędne znaczenie. W mojej opinii takie myślenie prowadzi jednak na manowce. Bo kim jest bohater bez (niemal) równego mu wroga?