Filmy  /  Opinia

Cała Polska główkuje nad pytaniem: „Czym są cnoty niewieście?”. Ministerstwo boi się szatana popkultury

cnoty niewieści przemysław czarnek gambit królowej

Doradca ministra edukacji dr Paweł Skrzydlewski poruszył całą Polskę zapowiedzią, że wychowywanie dziewczynek w duchu „cnót niewieścich” będzie jednym z priorytetów resortu. Do jego słów niedawno dołączył się sam Przemysław Czarnek, co tylko wzmocniło oburzenie opinii publicznej. A wszystko to z powodu tej przebrzydłej współczesnej popkultury pełnej wyzwolonych kobiet i osób LGBT+.

Polska w 2021 roku jest krajem, gdzie zawsze można się spodziewać niespodziewanego. Jednego dnia Ekipa wysadza Audi TT dla zabawy, a następnego ważni urzędnicy cofają się mentalnie do innej epoki. Dlatego nikogo nie zaskoczyło jakoś specjalnie, że doktor Paweł Skrzydlewski w wywiadzie dla „Naszego Dziennika” sięgnął po język rodem z XIX wieku. Ludzi mających jakikolwiek związek z edukacją nie może dziwić, że częściej niż rzadziej władza podchodzi do młodych ludzi jak do malutkich dzieci, a ich wychowanie ma bardzo niewiele wspólnego z kształtowaniem postaw współczesnego człowieka. Bo to po prostu norma, przynajmniej w ostatnich kilku latach.

Dlatego nie ma wielkiego sensu reagować na słowa doradcy ministra Przemysława Czarnka gniewem i obelgami. Nawet ostre kpiny niewiele pomogą, ponieważ widzenie rzeczywistości między osobami zarządzającymi Ministerstwem Edukacji Narodowej jest zupełnie inne od naszego. Dobrze pokazuje to wywiad udzielony dzisiaj przez szefa resortu portalowi wPolityce.pl.

Przemysław Czarnek broni w nim dra Skrzydlewskiego i użycia hasła „cnoty niewieście”.

Jednocześnie obaj budują wizję groźnej, ideologicznie nacechowanej popkultury, która demoralizuje nam dzieci i grozi upadkiem całej cywilizacji. Szef MEN-u notorycznie wraca też do słowa „prawda”, które jak wiadomo zawsze dobrze sprawdza się jako swoisty mentalny wytrych. Bo przecież dopóki bronimy prawdy, to mamy rację i sprawiedliwość po naszej stronie. Nawet gdy nikt właściwie nie wie, czym są te tajemnicze „cnoty niewieście” i czym różnią się od „cnót męskich”. Część komentujących sprawę osób publicznych postanowiła zresztą zgadnąć o co mogło chodzić lub zaproponować od siebie faktycznie pożyteczne cechy dla każdego z nas.

Co ciekawe, więcej niż raz w tych wypowiedziach pojawiło się odwołanie do Gileadu i „Opowieści podręcznej” jako rzekomo idealnego świata dla ministra Czarnka i jego doradców. I choć sam szef resortu edukacji jako obrońca prawdy zapewne zaprzeczyłby takim oskarżeniom i zrzucił je na „celebrytki o lewackich poglądach”, które „nie rozumieją słów ze słownika filozoficznego”, to książka Margaret Atwood (plus powstały na jej bazie serial) jak najbardziej wpisuje się w groźny atak współczesnej popkultury na tradycyjny model rodziny. Doktor Paweł Skrzydlewski określił to w następujących słowach:

Dziś obserwujemy w kulturze bardzo niebezpieczne zjawisko moralne, także religijne, pewnego zepsucia duchowego kobiety polegającego na rozbudzeniu w kobiecie pychy, która się przejawia próżnością, zainteresowaniem wyłącznie sobą, egotyzmem, zwalczaniem obiektywnego porządku na rzecz widzenia siebie

To oczywista bzdura. Zresztą osobiście wolę jedną Beth Harmon nad tysiące niepokalanych dziewic. Bo ludzkie postaci są ciekawsze.

W walce polskiej prawicy z promującym LGBT serwisem Netflix i innymi współczesnymi diabłami popkultury od zawsze brakowało konsekwencji. Netflix czy HBO pokazują gejów i lesbijki w zwyczajnych, codziennych sytuacjach? Źle, bo promują nienormalność jako normalność. To może lepiej pokazać osoby LGBT+ w karnawałowych warunkach parady równości lub wybierać takie postaci, które właśnie wcale nie dążą do „normalności”? To też fatalnie, gdyż w taki sposób dzieci nam demoralizują otwarcie. Chcemy odważnych i moralnie czystych jak łza bohaterek na dużym ekranie? Nie, bo wtedy zabierają role mężczyznom i głowę podnosi demon poprawności politycznej. Wypowiedź Skrzydlewskiego i inne komentarze jemu podobnych sugerują, że niejasnych moralnie kobiet w popkulturze też nie chcą.

W oczach tego typu osób najlepiej byłoby chyba cofnąć się o kilkaset lat rozwoju cywilizacji do tyłu i stosować odgórną cenzurę. Wszystkim ma się podobać tylko to, co chcemy, żeby im się podobało. Dziewczynki mają się podporządkować „cnotom niewieścim” i tyle w temacie. Bez dyskusji, bez wolnej myśli, bez różnorodności. Nie po raz pierwszy w tym dążeniu do unifikacji działają zresztą tak samo jak to okropne Hollywood, którego tak nie znoszą. Przecież w rzeczywistości, jeżeli można mówić o jakimkolwiek trendzie kształtowania postaci kobiecych w zachodnim kinie, to raczej widać dążenie do pokazania ich w samych superlatywach. Postaci takie jak Kapitan Marvel czy Rey są idealne właściwie w każdym calu i nie ima się ich żadna słabość. Nawet nowa Cruella musi być w gruncie rzeczy fantastyczną osobą, bo dla dawnych złoczyńców nie ma miejsca.

Osobiście to w tym widziałbym problem, a nie w jakiejś wydumanej demoralizacji i zepsucia duchowego kobiet. Takie budowanie postaci kończy się po prostu przeważnie okropnie nudnymi filmami i serialami. Wszyscy jesteśmy ludźmi, mamy swoje słabości i pokusy, których przezwyciężenie daje satysfakcję. Na ekranie chcemy oglądać osoby, które nawet będą do pewnego stopnia wyidealizowane, ale mimo wszystko nie do końca oderwane od rzeczywistości. Wydaje mi się zresztą, że właśnie dlatego takim sukcesem okazał się serial „Gambit królowej”. Beth Harmon nie jest tam osobą bez wad. Wręcz przeciwnie, na przestrzeni lat musi sobie radzić z bardzo wieloma słabościami. Właśnie oglądanie tego, w jaki sposób to zrobi, można określić jako prawdziwą satysfakcję. Dlatego precz z waszymi cnotami. Popkultura potrzebuje więcej wad.