1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Netflix

Czy to jeszcze serial, czy już pornol? Netflix zrobił swoje własne „365 dni”

sex life serial netflix recenzja

365 dni” był najchętniej oglądanym filmem zeszłego roku na Netfliksie. Na świecie, ze wszystkich kategorii. Gigant streamingu musiał więc na szybko skręcić coś, co powtórzy ten sukces, ale pominie skandale. I tak powstał serial „Sex/Life” o przedziwnym trójkącie miłosnym, który błyskawicznie zaczął szczytować w serwisie.

Jest w nim tyle „momentów”, że aż musiałem sprawdzić czy na pewno mam odpaloną stronę netflix.com. Nie no, żartuję, od razu wiedziałem, co oglądam, bo nawet filmy erotyczne mają lepszą fabułę. Nie udają, że jest ona ważna, a stanowią tylko pretekst dla robótek ręcznych lub seansów konesera.

„Sex/Life” powstał chyba tylko dlatego, by przemycić tandetne sceny seksu na Netfliksa. Serial chciałby mieć głębię filozoficzną, ale na każdym kroku irytuje zachowaniem bohaterów i zabija nastrój. A za samo zakończenie (spokojnie, nie zdradzę) jego twórczyni, Stacy Rukeyser, powinna dostać dożywotniego bana ma kręcenie seriali. Człowiek zmęczył te 8 odcinków, by na koniec „ktoś mu w mordę dał”, cytując klasyka.

Fot. „Sex/Life” / Netflix

O co chodzi w „Sex/Life”? Odpowiedź jest tak banalna, że aż nie wierzyłem.

Billie (Sarah Shahi) to główna bohaterka, która nie może się zdecydować, które ciacho jest smaczniejsze. Jej mąż, bankier Cooper (Mike Vogel), czy były przebojowy chłopak sprzed 8 lat, Brad (Adam Demos). Z pierwszym ma dwójkę dzieci i mieszkają razem w urokliwej posiadłości w Connecticut. Z drugim bzykała się jak królik, gdzie popadnie, ale przez pewne tragiczne wydarzenie zaczął ją zdradzać i w końcu się rozstali.

Została kurą domową zajmującą się willą i małymi dzieci, której teoretycznie niczego nie brakuje. Z wyjątkiem jednego: ognia w sypialni. Seks z mężem nie jest taki jak kiedyś, więc między karmieniem piersią jednego malucha, a odwożeniem drugiego do przedszkola, zaczyna fantazjować o swoim dawnym życiu i przelewać to na papier, a właściwie edytor tekstu. Pewnego razu sprośny pamiętnik zostaje odkryty przez jej małżonka.

Fot. „Sex/Life” / Netflix

Dalej mamy ciąg po prostu głupich decyzji Billie i Coopera, które na siłę dostarczają zwrotów akcji.

Najbardziej „podobał” mi się motyw, w którym Billie opisuje pikantne sekrety ze studenckich czasów na samym środku salonu. Mówi się, że najciemniej jest pod latarnią, ale przynajmniej mogła nie zapisywać pliku na pulpicie ich prawdopodobnie jedynego laptopa w domu.

Oczywiście przyłapanie przez męża niczego jej nie nauczyło i to się powtórzyło. A wystarczyłoby zapisać plik na pendrajwie... To tylko jedna głupotka dla przykładu, bo nie chcę nikomu psuć fabuły. W sumie twórcy nie zostawili mi zbytniego pola do popisu.

Fot. „Sex/Life” / Netflix

Samo fantazjowanie o eks i bycie nieszczęśliwym, kiedy właśnie o takim poziomie życia wiele osób może tylko pomarzyć, zirytuje wielu widzów. Ja jednak wychodzę z założenia, że nawet mając wszystko, możemy czuć pustkę w sercu.

To leży w naszej naturze. Gdybyśmy byli zawsze zadowoleni z tego, gdzie jesteśmy, nie wyszlibyśmy z jaskiń, nie byłoby żadnych odkryć i wynalazków. Człowiek po prostu ma w sobie gen zdobywcy i pragnie nowych wrażeń, nawet mieszkając na kilkuset hektarach.

Fot. „Sex/Life” / Netflix

Trójkąt miłosny został skonstruowany tak, by nie był oczywisty, ale przez to jest mega oderwany od rzeczywistości.

Sam mętlik w głowie Billie jestem więc w stanie przełknąć – podejrzewam, że takich kobiet i mężczyzn jest mnóstwo. Nie czytałem książki (serial jest inspirowany powieścią w formie pamiętnika: „44 Chapters About 4 Men”), ale pomiędzy wierszami domyślam się, że ona nie wspomina samych numerków z Bradem, by je powtórzyć. Tzn. nie tylko dlatego. Po prostu tęskno jej do dawnego, szalonego życia. I tyle. Może i zdradza męża emocjonalnie, ale raczej nie chciała z tym wychodzić poza obszar jej czaszki.

Nie mogłem jednak przeboleć samego trójkąta miłosnego, który został stworzony na przekór, by nas równocześnie intrygować i wkurzać. Gdyby mąż Billie miał kochankę, był alkoholikiem lub przemocowcem – bez dwóch zdań rozumielibyśmy jej pragnienie, ale wtedy nie byłoby serialu.

Fot. „Sex/Life” / Netflix

Connor jest ambitny, atrakcyjny i gotów jest dla niej zrobić wszystko. Jego największym grzechem jest to, że jest MIŁYM FACETEM, a więc NUDZIARZEM. I ma mniej niż 180 cm. Tak, sprawdziłem tego aktora i brakuje mu dwóch centymetrów do bycia „prawdziwym” mężczyzną. Argh!

Z kolei Brad to typ maczo z zawianym włosem, odnoszący sukcesy szef wytwórni muzycznej, który ma penisa w zwisie do połowy uda (w serialu w co drugiej scenie przewijają się piersi głównej bohaterki, ale owszem, jest jedna komiczna scena z męską golizną). Potrafi być szarmancki i ma cząstkę duszy romantyka, ale i daddy issues.

Niezbyt dobrze układało mu się z ojcem i to jego obwinia za to, że nie nadaje się do związków i krzywdził Billie w przeszłości. I to właśnie za nim kobieta szaleje i jest gotowa poświęcić wszystko. I żeby chociaż wybrali do tej roli innego aktora, który byłby bardziej „hipnotajzin”. Argh!

SFot. „Sex/Life” / Netflix

Nowy serial Netfliksa ogląda się tylko dla samej historii, bo wszystko inne tu leży i kwiczy.

„Sex/Life” wciąga tak samo jak „Kto zabił Sarę?”. Nie włączamy kolejnych odcinków, bo podoba nam się gra aktorska, dialogi, ujęcia czy scenografia, ale po prostu jestem ciekawi, co znów odnetfliksują bohaterowie i czy zdołaliśmy przewidzieć, jak to wszystko się potoczy.

Niestety sama końcówka jest nie dość, że niesatysfakcjonująca, to sprawia, że wszystko to, co się wydarzyło, jest najzwyczajniej bez sensu.

Fot. „Sex/Life” / Netflix

Jedyny plus tego serialu to muzyka. Na ścieżce dźwiękowej znaleźli się tacy nieoczywiści i offowi wykonawcy jak m.in. Cigarettes After Sex (dobra, tutaj nazwa zobowiązywała), The Knife, HAIM, Ólafur Arnalds, Purity Ring czy Jessie Ware, a w jednym z odcinków wystąpił nawet na chwilę zespół Broken Social Scene.

Mógłbym użyć metafory, że „Sex/Life” jest jak seks bez orgazmu, ale nawet i on byłby lepszy niż ten serial. Może gdyby nie scenariusz, to sprawdziłby się jako bardzo długie soft porno dla masochistów, którzy dotarli do ostatniej strony PornHuba. A tak to mamy płytką historyjkę ze stereotypami damsko-męskimi rodem z Wykopu, z której nic nie wynika.

Serial „Sex/Life” możemy obejrzeć online na Netfliksie.