1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Filmy

Polskie kina i dystrybutorzy w nerwowym oczekiwaniu. Miesiąc po otwarciu myśli się o przetrwaniu, a nie biciu rekordów

kina repertuar 2021 branża filmowa pandemia

Kina w Polsce powróciły do normalnej (choć wciąż niepełnej) działalności nieco ponad miesiąc temu. Branża powoli odbudowuje swoją pozycję, ale kiniarze i dystrybutorzy wciąż są dalecy od radości. Bo choć sytuacja się poprawiła, to obaw wciąż jest wiele. I winni temu są również widzowie.

Multipleksy i kina studyjne otrzymały pozwolenie na powrót do działalności w ścisłym rygorze sanitarnym od piątku 21 maja. Nie wszystkie największe sieci skorzystały z tej możliwości i ruszyły dopiero tydzień później, dlatego teza o mijającym właśnie miesiącu po wznowieniu kin nie jest w żadnym razie nadużyciem. Pytanie jednak, co w ciągu tych kilkudziesięciu dni się wydarzyło. Czy powrót do kin okazał się zadowalający dla wszystkich zainteresowanych stron? Czy widzowie dopisali, pokazując wszem i wobec, że naprawdę tęsknili za oglądaniem filmów na dużym ekranie? A może wręcz przeciwnie, ich przyzwyczajenia zmieniły się w okresie pandemii, po tym jak masowo zaczęli zakładać konta na serwisach streamingowych? Odpowiedź na wszystkie te pytania nie jest do końca jednoznaczna, bo też interesy poszczególnych podmiotów nie zawsze idą ręka w rękę.

Wszyscy zainteresowani oczywiście ucieszyli się z majowego wznowienia kin. Rząd mógł tę operację przeprowadzić lepiej i bardziej otwarcie, dając kinom i dystrybutorom więcej czasu na przygotowanie, ale ostatecznie nie okazało się to jakimś wielkim problemem. Głównie dlatego, że władza podobnie podeszła do odmrażania tej gałęzi gospodarki w zeszłym roku i w trakcie krótkotrwałego powrotu na przełomie lutego i marca. Można się było więc ze strony gabinetu Mateusza Morawieckiego spodziewać niespodziewanego. Jednocześnie prawda jest taka, że z czysto obiektywnego punktu widzenia otwarcie kin pod koniec maja było właściwie najgorszym możliwym terminem. Bo w właśnie w rzeczonym okresie kina rok w rok notują najsłabsze wyniki.

Dlatego szanse na wielki frekwencyjny boom automatycznie zmalały, zanim jeszcze na ekranach wyświetlono pierwsze filmy.

Nie oznacza to natomiast, że sytuacja jest fatalna. Nie ma może powodów do hurraoptymizmu, ale porównanie wyników z tego pierwszego miesiąca do lata 2019 wypada całkiem przyzwoicie. Na co zwraca uwagę prezes jednego z największych rodzimych dystrybutorów – NEXT FILM:

Wierzyliśmy, że ludzie po dłuższej przerwie od kin czy restauracji będą bardzo chcieli do nich wrócić. Publikowane dzisiaj oficjalne dane dotyczące box office nie są pełne. Nie wszyscy dystrybutorzy podają swoje wyniki. W niektórych tygodniach nie ma też informacji na temat pokazów przedpremierowych, bo one są potem kumulowane. Te dane w stosunku do analogicznego okresu z 2019 roku są bardzo obiecujące. Choć może niekoniecznie przekłada się to na oglądalność poszczególnych filmów.

W przedostatni weekend wprowadziliśmy nasz pierwszy film od momentu odmrożenia kin, „W jak morderstwo”. Nie mogę powiedzieć, że ten wynik otwarcia nas satysfakcjonuje. Żaden z polskich producentów nie może być do końca zadowolony. Konkurencja jest olbrzymia. pogoda zachęca do aktywności na świeżym powietrzu, a my jeszcze natrafiliśmy na weekend, gdy Polacy grali z Hiszpanami na Euro 2020.

– podkreśla Robert Kijak, prezes NEXT FILM

Wspomniana ostra konkurencja to najbardziej niecodzienny element obecnej sytuacji. Bo w normalnych okolicznościach repertuar kin byłby równie skromny jak wakacyjna frekwencja. Tym razem jest inaczej, bo liczba filmów czekających na swoją premierę po miesiącach pandemii jest po prostu olbrzymia. Na wypuszczenie swoich filmów czekali i polscy, i zagraniczni dystrybutorzy. Dlatego na przestrzeni kilkudziesięciu dni do kin weszły oscarowe hity takie jak „Ojciec”, „Nomadland”, „Na rauszu” i „Minary”, blockbustery największych wytwórni („Mortal Kombat”, „Cruella”, „Godzilla vs Kong”, „Ciche miejsce 2” i „Obecność 3: Na rozkaz diabła”), a także pierwsze polskie produkcje.

Prezes zarządu Stowarzyszenia Kin Studyjnych Marlena Gabryszewska podkreśla, że trudno się dystrybutorom dziwić, że po tak długim czasie chcą pokazać swoje filmy. Takie nagromadzenie produkcji z potencjałem w jednym okresie jest jednak dosyć kłopotliwe dla kin studyjnych. Bo jak pokazać tak wiele obiecujących tytułów na jednym, maksymalnie dwóch ekranach? Według prezes SKS to po prostu niewykonalne:

To jest trochę problem. Pandemia totalnie rozchwiała kalendarz premier. W zeszłym roku do września prawie w ogóle nie było nowości, a teraz mamy ich prawdziwy wysp. Kina studyjne w większości jedno- lub dwusalowe muszą dokonywać trudnych wyborów dotyczących tego, co zaserwować widzom. Do repertuaru wchodzi właśnie mnóstwo polskich filmów, co jest wydarzeniem bez precedensu. W okresie letnim zwykle było ich niewiele i pojawiały się po sukcesach festiwalowych, które gwarantowały zainteresowanie widzów, jak np. „Zimna wojna” wprowadzona w czerwcu. Natomiast obecnie mamy dwie-trzy polskie premiery w tygodniu. Trudno się dziwić takiej sytuacji, biorąc pod uwagę fakt, iż w kolejce czeka około 60-ciu polskich tytułów.

Filmy te przeleżały kilkanaście miesięcy i nie miały szans się zmonetyzować, a po kinie są kolejne pola eksploatacji, które też czekają na świeży kontent. Wpływ na decyzje o letnich premierach ma też zapewne program pomocowy PISF, który prawdopodobnie zostanie przedłużony do 31 sierpnia. Niemniej decyzje o letnich premierach sprawiają, że filmy te muszą walczyć o atencję widza konkurując z ładną pogodą. Stoczą ten bój o ekrany z oscarowymi produkcjami i innymi polskimi tytułami. A niestety największe hity wypierają często mniejsze, bardziej art house'owe tytuły. Filmy, które kiedyś utrzymywałyby się na ekranach przez kilka tygodni, teraz znikają po jednym lub dwóch. Myślę, że ta sytuacja potrwa do końca wakacji. Natomiast liczę na pewne uspokojenie line-upu od września.

Polskie kina pokazują hity. Ale pandemia koronawirusa nie pobudziła w narodzie wielkiej tęsknoty za filmami na dużym ekranie.

W ciągu ostatnich dwóch tygodni rozmawiałem z kilkudziesięcioma osobami kierującymi swoje kroki do warszawskich kin. Wszystkim zadawałem te same pytania: „Czy tęsknili za chodzeniem do kina w trakcie pandemii?”, „Ile razy udali się do kina w ostatnim miesiącu?” oraz „Czy w o obecnym repertuarze i tym na najbliższe tygodnie jest jakiś film, który koniecznie chcą obejrzeć na dużym ekranie?”. Jak zwykle w tego typu sytuacjach jednostkowe odpowiedzi były najróżniejsze. Niektórzy ankietowani przyznawali się do dużej tęsknoty, nieliczni podkreślili, że przerzucili się na VOD i o kinach nie myśleli. Większość miała zaś nastawienie gdzieś pośrodku, czyli nie tęsknili jakoś niesamowicie, ale cieszą się z tej opcji.

Wśród wskazywanych przez widzów filmów, na które czekali, były wielkie blockbustery i oscarowe hity, takie jak np. „Cruella” i „Na rauszu”.

Nie oznacza to jednak, że aż tak chętnie z niej korzystają. Większość odpowiadających wybierała się do kina właśnie po raz pierwszy. Pojawiały się też odpowiedzi, że takich wizyt było dwie, bardzo rzadko trzy. Natrafiłem na tylko jedną osobę „uzależnioną” od kina, która w ciągu miesiąca poszłaby na więcej filmów niż trzy. Nie jest to oczywiście nie wiadomo jak reprezentatywna grupa (choć jak podkreśla Marlena Gabryszewska kina w mniejszych miastach radzą sobie obecnie gorzej niż te z metropolii), ale wynika z niej dosyć jednoznaczna postawa Polaków.

Można odnieść wrażenie, że pandemia po prostu nijak nie zmieniła naszych przyzwyczajeń. Odwiedzający kina i multipleksy nadal dzielą się na dwie bardzo jednorodne grupy. Pierwszą z nich można by nazwać „niedzielnymi widzami”, dla których wyjście do kina raz na jakiś czas jest towarzyską lub rodzinną rozrywką taką samą jak pójście do parku, zoo czy restauracji. A na drugą składają się widzowie zaangażowani badający na bieżąco repertuar i chodzący na filmy zdecydowanie częściej. W trakcie pandemii korzystali oni chętniej z serwisów VOD, ale obecnie raczej z nich rezygnują i wracają do zwyczajowej aktywności:

Widzowie kinowi dzielą się na tzw. heavy userów i odbiorców, dla których kino to tylko jedna z form spędzania wolnego czasu. Ci pierwsi świadomie dobierają repertuar i odwiedzają kina mniej więcej raz w tygodniu. Ta grupa korzystała w pandemii z platform streamingowych, ponieważ nie mogła iść do kina. To zwykle widzowie kin studyjnych i dla nich rok temu założyliśmy platformę MOJEeKINO.pl, która oferowała filmy art house'owe niedostępne na Netfliksie czy HBO GO. Widzowie korzystali z niej bardzo chętnie, ale to był dla nich substytut na okres pandemii (co nie znaczy, że platforma zniknie). Heavy userzy najszybciej wrócili do kin. Czeka nas jeszcze dużo pracy, by w widzach należących do tej drugiej, najliczniejszej grupy znów wzbudzić głód oglądania filmów w ciemnej sali kinowej.

– podkreśla prezes zarządu Stowarzyszenia Kin Studyjnych.

Kina repertuar – skoro jest tak dobrze, to dlaczego powodów do obaw wciąż tak dużo?

Prezes Kijak podkreśla, że wszyscy ci dystrybutorzy, którzy nie wysłali swoich filmów od razu na platformy streamingowe, wiedzieli, na co się piszą. I spodziewali się trudnego początku. W teorii pomóc ma im program przygotowany przez Polski Instytut Sztuki Filmowej i zapewniający dofinansowanie dla polskich produkcji dystrybuowanych w czasie pandemii (a także ich promocję), ale on zakończył się 30 kwietnia. Dlatego przedstawiciele branży czekają obecnie na oficjalnie potwierdzenie jego przedłużenia. Ze strony PISF-u pojawiła się deklaracja, że tak faktycznie się stanie, a nowym terminem granicznym będzie 31 sierpnia.

kina repertuar

Szef spółki NEXT FILM uważa, że ta pomoc na obecną chwilę jest optymalna i wspomoże kilkadziesiąt polskich filmów. Ale ani on, ani nikt inny nie ma pewności, co do kolejnych miesięcy. Bo nawet optymistyczny scenariusz frekwncji w następnych miesiącach nie zbliży się do rekordów bitych kilka lat z rzędu jeszcze przed nadejściem wirusa SARS-CoV-2. A przecież wcale nie musi być nawet tak dobrze, gdyby miała nadejść kolejna fala np. koronawirusa w wariancie delta:

Nie spodziewam się, że jesienią nastąpi jakaś istotna zmiana. Wierzę w nasze filmy i osiągnięcie przez nich zakładanej frekwencji. Ale nie mam wątpliwości, że w normalnych okolicznościach miałyby na to jeszcze większe szanse. Taki jest to biznes. Wszyscy zakładamy optymistyczny wariant, według którego nie czeka nas kolejny lockdown. My, nasi kontrahenci i konkurenci również. Ale przecież nikt nie wie tego na 100 procent.

Trudno mówić o rekordach. Wiem, że są filmy w jesiennym line-upie z potencjałem na ponad milionową widownię. Ze względu na ich jakość, tematykę i gatunek. Czy będą w stanie zrealizować ten potencjał? To zależy od wielu czynników i okaże się dopiero we wrześniu/październiku. Te miesiące będą najgorętsze. Bardzo pomocny w ściągnięciu widowni będzie festiwal w Gdyni, o ile odbędzie się w normalnych warunkach – z udziałem publiczności i w zwyczajowym terminie. Do pierwszej selekcji zgłosiło się 48 filmów, a z nich wybranych zostanie 14. To też świadczy o tym jak gigantyczna konkurencja zapanowała na rynku.

– prognozuje prezes Robert Kijak.

Festiwal w Gdyni może też potencjalnie pomóc w rozbudzeniu obecnie zamarłem mody na chodzenie do kina. Pierwszy miesiąc otwarcia kin jeszcze nie doprowadził do odrodzenia tego zjawiska. Większość osób, z którymi rozmawiałem, traktowała swoje wyjście do kina jako incydentalną rozrywkę. A przecież był już taki moment, gdzie nawet umiarkowani kinomaniacy czuli, iż wyjście do kina jest czymś społecznie mile widzianym. Teraz wszyscy przedstawiciele branży stoją przed wyzwaniem, by ponownie wykreować modę na filmy wszelkiego rodzaju.

Widzowie, którzy traktują wyjście do kina jako rozrywkę jak wiele innych, to bardzo ważni klienci dla naszej branży. Oni generują znaczne wyniki finansowe. A jednocześnie to grupa, której najłatwiej podjąć decyzję o rezygnacji z kina. My musimy ich z powrotem pozyskać. Nie mówię tutaj tylko o kinach studyjnych, ale całej branży. Musimy ponownie przekonać tych odbiorców, że warto do nas wrócić.

– podsumowuje Marlena Gabrzyszewska.

Czy podobnie optymistyczny scenariusz łatwo będzie zrealizować?

Niedawna afera związana z miejscami dla zaszczepionych i niezaszczepionych w sieci multipleksów Helios pokazuje, że prawie na pewno nie. Bo widzowie nie są wolni od demonów toczących całe społeczeństwo. Nawet próba zapewnienia im większej liczby miejsc na sali w zgodzie z obowiązującym prawem została odebrana przez część klientów jako akt segregacji i spotkała się z olbrzymim hejtem. Widzowie zadziałali w sprzeczności z własnymi interesami, a co za tym idzie również interesami całej branży. Skoro nawet w takiej sytuacji nie jesteśmy w stanie dojść do porozumienia i przezwyciężyć negatywne emocje, to powrót filmów do bicia rekordów w box office i kin do liczenia rosnących zysków jest równie daleki jak kilka miesięcy temu.