1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Dzieje się
  4. Filmy

„Szczepienia pomogą nam wrócić do normalności” – Paweł Domagała o koncertowaniu, kabaretach i „W jak morderstwo”

w jak morderstwo film

Polskie kina nareszcie odżywają po pandemii, a to oznacza premiery wielu wyczekiwanych produkcji. Jedną z nich jest komedia kryminalna „W jak morderstwo” z Piotrem Adamczykiem, Anną Smołowik i Pawłem Domagałą, z którym porozmawialiśmy o nowym filmie, koncertowaniu po pandemii i krytyce komedii romantycznych.

Paweł Domagała opowiada o muzykujących aktorach, złej sławie komedii romantycznych i filmie „W jak morderstwo”.

Twój bohater w „W jak morderstwo” to trochę nieudolny inspektor policji pomagający domorosłej detektyw w rozwikłaniu tajemniczej sprawy zabójstwa. Fani klasycznego kryminału od razu rozpoznają ten motyw.

Paweł Domagała: Komisarzowi Jackowi Sikorze bardzo nie podoba się, że Magda grana przez Annę Smołowik przejmuje jego śledztwo. On jest policjantem od lat, ale rzadko wyjeżdża poza Podkowę i do tej pory jego najtrudniejszą sprawą była kradzież roweru, wobec czego nikt go tam nie traktuje zbyt poważnie. Dlatego bardzo zależy mu na udowodnieniu, że jest pełnoprawnym komisarzem. Strasznie mi się podoba w tej postaci, że jest tak formalna i rysowana grubą kreską. Bo właśnie w ten sposób puszczamy też oko do widzów zaznajomionych z klasyką kryminału. W Polsce wciąż jest mało kina gatunkowego, a to dla aktora po pierwsze największa frajda, a po drugie dobry sprawdzian warsztatu. Taka rola wymaga też uruchomienia wyobraźni, co rzadko jest teraz od aktorów wymagane.

Od razu w oczy rzuca się, że grasz komisarza bardzo serio, co sprawia, że ta rola jest jeszcze zabawniejsza. Co czyni postać, która tak bardzo stara się być serio, aż tak śmieszną?

Na komediowy rys składa się bardzo wiele rzeczy. Ważni są partnerzy na ekranie i kontekst, bo przecież im bardziej chcemy sprawiać poważne wrażenie w absurdalnej sytuacji, tym śmieszniejsi się stajemy. Postać Jacka Sikory została też z taką intencją napisana przez scenarzystów, a później właśnie tę stronę kierował ją też nasz reżyser. Całe otoczenie komisarza też gra na jego komediowość.

W filmie nie bez przyczyny pojawia się nawiązanie do Agathy Christie. Prywatnie jesteś większym fanem jej książek czy kryminałów sir Arthura Conan Doyle'a o Sherlocku Holmesie?

Mój wybór to Sherlock Holmes. Sympatia do tego bohatera została mi z dzieciństwa, a dzisiaj nazwałbym go wręcz figurą antropologiczną. Książki Agathy Christie też trochę czytałem, ale wybieram Sherlocka. A tak w ogóle to, za młodu uważałem, że największym detektywem jest inspektor Clouseau z cyklu „Różowa pantera”. To na jego filmach się wychowywałem.

Wspomniałeś wcześniej o tym, że wciąż robi się u nas za mało kina gatunkowego. Przy okazji komedii też to widać, bo rynek wciąż zalewają głównie podobne do siebie jak dwie krople wody komedie romantyczne. Coś takiego jak komedia kryminalna zdarza się rzadko.

Tak i mam nadzieję, że to nas wyróżni. Na naszą korzyść przemawia też fakt, że w „W jak morderstwo” oba człony są sobie równoważne. To i komedia, i kryminał. A jeśli chodzi o komedie romantyczne – wszyscy lubią wieszać na nich psy, ale trzeba jednak patrzeć na wyniki oglądalności. Rynek jest pod tym względem bezlitosny. One w dalszym ciągu biją rekordy popularności. Nie ma sensu z tego powodu obrażać się na rzeczywistość.

A czym dla ciebie jest gra w komediach romantycznych? Masz za sobą rolę w takich filmach jak „Planeta singli”, „7 rzeczy, których nie wiecie o facetach” czy „Serce nie sługa”. To jest tylko proste wyrobnictwo i okazja, żeby się pokazać większej liczbie widzów? A może jednak da się z punktu widzenia aktora znaleźć w tym coś więcej?

Do każdej roli, którą przyjmuję, podchodzę rzetelnie. Gdy biorę udział w komedii romantycznej, to wiem, jakie są wobec mnie oczekiwania. Jeżeli jakiś projekt mi się nie podoba, to po prostu nie biorę w nim udziału. I tyle. Jedna z polskich komedii romantycznych pt. „Miłość do kwadratu” dopiero co była olbrzymim globalnym hitem na Netfliksie. Obejrzały go miliony ludzi na całym świecie, a takie filmy po to się robi. Ostatnio nie przyjąłem żadnych komedii romantycznych, bo po prostu nie dostałem scenariusza filmu, który byłby choć trochę inny od tego, co leciało w kinach wcześniej. Ale jest to gatunek, który wciąż ma się dobrze.

Czyli ustaliliśmy już, że nie ma żadnego sensu lekceważyć komercyjnego kina rozrywkowego. A co z kabaretami? To druga obok komedii romantycznych popularna rozrywka Polaków, która jest bardzo często krytykowana. Należałeś swego czasu do Kabaretu na Koniec Świata.

Kabaret na Koniec Świata miał kabaret w nazwie, ale był dosyć specyficzny. Mówimy o kabarecie aktorskim, trudno go porównywać do typowych kabaretów. Występy tam wymagały olbrzymiego warsztatu aktorskiego. Uczestniczyli w tym aktorzy związani z Teatrem Dramatycznym, którzy raz w miesiącu robili pełnoprawne kabaretowe spektakle. Pieczę nad nimi sprawował reżyser Wawrzyniec Kostrzewski, który ma na koncie wiele nagród i sztuk dla Teatru Telewizji. Nazwa Kabaret na Koniec Świata była więc może nieco myląca. Poza tym obecnie największym hitem komediowego mainstreamu jest stand-up. Tego typu występy zapełniają całe hale i stadiony. W porównaniu do tego klasyczny kabaret w stylu „Biesiada z Dwójką” stał się przeżytkiem. Inne grupy też przeszły bardziej do formy filmowej. I to z sukcesami. Jak Robert Górski zrobił z aktorami „Ucho prezesa”, to cała Polska oglądała. Fajnie, że ludzie wychodzą z własną inicjatywą, a nie siedzą w domu i narzekają, że wszystko jest ch*jowe.

W kwestii wychodzenia z domu teraz wszyscy mamy coś do powiedzenia. Sytuacja pandemiczna wciąż nie jest łatwa, ale kina się otworzyły i środowisko aktorskie odżyło. Też czujesz nadzieję, że od teraz już wszystko będzie dobrze czy może z tyłu głowy pozostała obawa o to, co może być za miesiąc lub dwa?

Ja jestem pełen nadziei, że w końcu ruszę w trasę koncertową przekładają od ponad roku. Liczę, że szczepienia pomogą nam wrócić do normalności. Bardzo bym chciał, żeby na koniec w tej batalii wygrały zdrowy rozsądek oraz nauka. I populacja się zaszczepi bo znacznie więcej wiemy teraz o tym wirusie. Ludzie są bardziej świadomi.

Silna nadzieja to też odpowiedź na wcześniejsze czarne myśli, które mogły pojawiać się po kolejnym zamknięciu kin czy przekładaniu terminów trasy koncertowej? Im było gorzej, tym teraz czujesz większy entuzjazm?

Na pewno. Natomiast ja nie należałem do osób, które znalazły się w czarnej rozpaczy. Momentami było ciężko, ale byłbym hipokrytą, gdybym twierdził, że spotkały mnie olbrzymie kłopoty. Miałem ostatnio tłuste lata. Nie musiałem się zamartwiać, czy moja rodzina będzie miała z czego żyć. Mnie to nie dotyczyło. A wielu moich znajomych z branży i spoza niej oberwało bardzo mocno. Niektórzy dzisiaj są w niezwykle trudnej sytuacji, a ich biznesy w ruinie. Wobec czego dziękuję losowi, że miałem więcej szczęścia. Bardzo bym przed tymi ludźmi nagrzeszył, gdybym teraz narzekał na swoją sytuację. Siedziałem w domu, nudziło mi się, nie grałem koncertów. Pewnie sprzedałem mniej płyt niż w normalnych okolicznościach, ale lamentować nie będę, bo znam osoby, które potraciły wszystko.

Wracając do wypełniającego nas wszystkich obecnie optymizmu i otwarcia kin, chciałbym zapytać o coś innego. Każdy aktor to w jakimś sensie zarazem najbardziej aktywny widz. Masz jakieś filmy, których szczególnie wypatrujesz w najbliższych miesiącach?

Czekam bardzo na nowego Bonda, „Top Gun: Maverick” i na „Diunę”. Nie jestem jakimś wielkim fanatykiem agenta 007, ale scenariusz do „Nie czas umierać” napisała Phoebe Waller-Bridge znana z „Fleabag”, a to dla mnie absolutna mistrzyni. Myślę, że z nią jako współscenarzystką ten nowy Bond ma szansę mnie zwalić z nóg. Kto wie, może to być nawet najlepszy film w historii tej serii.

Porozmawiajmy trochę o muzycznej stronie twojej kariery. Udało ci się osiągnąć olbrzymi sukces komercyjny w tej branży i masz tam teraz niepodważalną renomę. Ostatnio wysypało aktorów i celebrytów, którzy próbują pójść w twoje ślady. Jak oceniasz tę modę na śpiewających i rapujących aktorów?

Szczerze mówiąc, nie śledzę tego tak dokładnie. Słyszałem o Sebastianie Fabijańskim, ale rap to akurat nie mój gatunek muzyczny. Nie znam żadnego jego kawałka, z hip-hopu wybieram tylko KęKę i Palucha. Natomiast mam swoją teorię na temat tego, czemu nagle wszyscy teraz nagrywają płyty. Po prostu możliwości techniczne są obecnie takie, że każdy może to zrobić. Do popu teraz wystarczy mieć komputer z kilkoma programami i można w domu stworzyć cały album. Jakby filmy dało się robić łatwiej, taniej, szybciej i w pojedynkę, to pewnie byłoby to samo. Plus trudniej napisać dobry scenariusz niż piosenkę.

A co popchnęło ciebie w stronę kariery muzycznej? Miałeś jakąś jedną nadrzędną motywację?

Od zawsze robiłem muzykę, bo to dla mnie najszczersza forma wyrazu artystycznego. Jeżeli ktoś chce się o mnie czegoś dowiedzieć, to powinien posłuchać moich piosenek. W nich mówię o sobie najwięcej i to jakaś forma terapii. Nie zakładałem, że będzie z tego jakiś wielki sukces. Kolosalnej porażki też nie przewidywałem. Po prostu płynąłem z prądem i bardzo się cieszę, że skończyło się w taki sposób. Bo muzyka to moja największa miłość.

W ostatnich miesiącach przez środowisko aktorskie przeszła prawdziwa burza związana z mobbingiem i agresją na kierunkach aktorskich. Masz podobne doświadczenia z czasu studiowania na Akademii Teatralnej w Warszawie?

Osobiście nie doświadczyłem czegoś takiego, dlatego nie do końca mogę się włączyć w dyskusję, choć włos się na głowie jeżył w trakcie czytania niektórych relacji kolegów. Mówiąc szczerze, ja od zawsze byłem mocno zdystansowany do szkoły. Nie przechodziłem ostrej fuksówki, ale słyszałem, że niektóre koleżanki przeżyły mocny hardkor. Ja jestem z Radomia, mam grubą skórę i po prostu na pewne rzeczy miałem wywalone. Z jedną osobą przewijająca się w historiach innych aktorów i aktorek faktycznie miałem nie po drodze. Ale wtedy po prostu przestałem przychodzi na jej zajęcia (śmiech). Natomiast cieszę się, że w końcu mówi się o tym wszystkim głośno. A jest tak, bo teraz po prostu zapanowały inne czasy.

To znaczy?

Mam prawie 40 lat, więc za moich szkolnych lat było pełno przypadków kocenia. Niestety byliśmy do tego przyzwyczajeni. Teraz młodzi ludzie mają większą świadomość i bardzo dobrze, że się nie zgadzają na takie sytuacje. Znają swoje prawa i wiedzą, co jest przekroczeniem pewnych granic. Nas nikt tego nie uczył, być może dlatego podchodziłem do tego trochę bezrefleksyjnie. A też nie dotknęła mnie żadna trauma, więc trochę nie miałem do czego wracać.

Tylko czy za tym pójdzie jakaś realna zmiana? Bo dobrze, że się mówi o podobnych przypadkach, ale potem będzie trzeba zrobić krok do przodu.

Nie mam pojęcia. Nie jestem na uczelni i nie wiem, co tam się dzieje. Nie czuję się kompetentną osobą, żeby jednoznacznie wypowiadać się na ten temat. Mam nadzieję, że faktycznie zmiana na kierunkach artystycznych nastąpi. Zresztą nie tylko w świecie aktorskim, ale też w tym jak wyglądają relacje między pracodawcami i pracownikami.

Mamy przykłady sytuacji, które w polskim środowisku aktorskim faktycznie się w ostatnich latach poprawiły. Choćby pod względem tego jak często rodzimym gwiazdom udaje się zagrać w zagranicznych produkcjach. Ostatnio głośno pod tym względem jest m.in. o Piotrze Adamczyku, z którym grasz w „W jak morderstwo”. Występ w hollywoodzkiej produkcji jest dla ciebie wielkim marzeniem?

Nie mam takich ambicji. Oczywiście chciałbym, gdyby pojawiła się taka okazja, ale nie powiedziałbym, żeby to było moje marzenie. Więcej myślę o duecie z jakąś gwiazdą muzyki. Co nie zmienia faktu, że cieszy mnie to, jak dobrze radzą sobie Joasia Kulig czy Tomek Kot. Kiedy ja zaczynałem myśleć o aktorstwie, to nikt nawet nie wyobrażał sobie tak wielu Polaków grających na Zachodzie.

W takim razie z kim byłby ten wymarzony duet? I czy jest jakaś szansa na podobne projekty w twoim wykonaniu?

Przyznam szczerze, że pracujemy nad tym, by doszło do takiej międzynarodowej współpracy. A jeśli chodzi o wymarzony duet, to najchętniej zagrałbym z Johnem Mayerem. Ale póki co nie zadzwonił i niczego nie proponował. To ja też nie będę się narzucał (śmiech).